Facebook Google+ Twitter

Bez rewelacji po premierze „Szwaczek” w Teatrze Śląskim

  • Źródło: Dziennik Zachodni
  • Data dodania: 2006-10-02 10:34

Zrealizowane w Teatrze Śląskim przez Andrzeja Celińskiego "Szwaczki" Pawła Sali, nie są dobrym przedstawieniem, choć trudno nie dostrzec intencji autora i reżysera.

Od lewej Anna Kadulska i Bogumiła Murzyńska w jednej ze scen „Szwaczek”.Realizatorzy protestują przeciw krzywdzeniu ludzi przez parszywy los, nieuczciwym pracodawcom, środkom masowego przekazu, a nawet Matce Boskiej, która skupia się na mówieniu zamiast czynić cuda.

Taka opinia nie jest ironizowaniem ani złośliwością. To jest uczciwa relacja z tego, co widzi i słyszy widz, przez półtorej godziny atakowany ze Sceny w Malarni hybrydycznym tekstem.

Dramat Pawła Sali może i miał być w założeniu postnowoczesny, ale w scenicznej rzeczywistości okazał się mocno pretensjonalny, co stało się praprzyczyną nieudanego przedsięwzięcia. Pomieszanie gatunków i konwencji, jeśli ma mieć sens, musi być precyzyjnie przemyślane, a cała "zabawa" polega na tym, że elementy pochodzące z różnych obszarów sztuki nieoczekiwanie zaczynają do siebie pasować. W "Szwaczkach" nic do niczego nie pasuje, bo jest zbyt oczywiste i zbyt często popada w banał. W dodatku trudno oprzeć się wrażeniu, że autor tę sztukę zwyczajnie sobie wyspekulował, uteatralniając rejestr polskich bolączek społecznych i ujmując całość w ramy eksperymentu formalnego.

Na scenie mamy więc: patos i metafizykę, realizm magiczny (w łódzkim wszakże wydaniu) i realizm dosłowny, brutalizm i tajemniczą intrygę w stylu Davida Lyncha, jaskrawą karykaturę telewizyjnych programów publicystycznych oraz krytykę taniego gustu, a na ozdobę kłopoty z założeniem związku zawodowego, o dzieciobójstwie nie mówiąc... No po prostu czarny los pracujących na czarno kobiet, doświadczających wszystkich możliwych (do wymyślenia) tortur egzystencjalnych.

Jakim cudem w tym chaosie obronili się aktorzy, doprawdy nie wiem. Pewnie dzięki doświadczeniu i własnej wrażliwości, pozwalającej zagospodarować potok słów i wątków. Andrzej Celiński opiera konstrukcję przedstawienia na kontraście (tempa, światła, muzyki) między lakierowanymi marzeniami robotnic o lepszym życiu a dopadającym je fatum codzienności. Jakoś to się nawet układa, choć symbole są naciągane, przekleństwo losu, sygnalizowane mrokiem, dreszczy nie wywołuje, a wkładanie koturnów następuje nazbyt często. Drętwe dialogi nie pozwalają jednak zbudować między postaciami żadnych relacji ani uwiarygodnić konfliktów. W tej sytuacji każdy z aktorów buduje własną etiudę i tylko tak - przez pojedyncze role - da się ten spektakl oglądać.

Bogumiła Murzyńska stawia na pozorny spokój, pokrywający kompleksy i niezrealizowane pragnienia najstarszej z kobiet. Anna Kadulska, przez wulgarność swojej bohaterki i jej niepohamowany seksualizm sygnalizuje, że coś jest nie tak (i oczywiście jest), ale potrafi wykrzesać z nieszczęśnicy resztki kobiecości. Dorota Chaniecka bez przesady eksponuje infantylizm i życiową niezaradność młodziutkiej szwaczki.

Ryszarda Celińska brawurowo i z sensem parodiuje obowiązujący schemat telewizyjnej dziennikarki, a Marii od Cudów nie skąpi jarmarcznej (tym razem to nie zarzut) słodyczy. Marcin Szaforz w roli jedynego w tej szwalni mężczyzny, też ogrywa wydumane dylematy Krojczego jak może. Ale reżyserowi nie udaje się poskładać tych obrazków w całość, ani sprawić, by widz przejął się dramatem którejkolwiek z postaci. Wielka szkoda, bo problem podniesiony przez Pawła Salę naprawdę staje się palący. Coraz więcej Polaków postrzega własne szczęście jako kalkę życia gwiazd telewizyjnych seriali i modli się o cud wejścia w ich skórę.

• Spektakl będzie prezentowany na Scenie w Malarni Teatru Śląskiego we wtorek 10.10. o godz. 19.00 oraz w czwartek 26.10 o godz. 19.00.

Henryka Wach-Malicka - Dziennik Zachodni

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Cudo w Dzienniku.

Rzadko kiedy zdarzyło mi się czytać recenzję spektaklu tak głęboko poruszającą intelektualne pokłady mojej teatralnej wrażliwości. Nie potrafię sobie odmówić jej skomentowania.
Pisze recenzent na temat spektaklu „Szwaczki”:

„Realizatorzy protestują przeciw krzywdzeniu ludzi przez parszywy los, nieuczciwym praco-dawcom, środkom masowego przekazu, a nawet Matce Boskiej, która skupia się na mówieniu zamiast czynić cuda. Taka opinia nie jest ironizowaniem ani złośliwością. To jest uczciwa relacja z tego, co widzi i słyszy widz, przez półtorej godziny atakowany ze Sceny w Malarni hybrydycznym tekstem.”


Nikt nie podejrzewa recenzenta o złośliwość i ironizowanie. W końcu to, że ktoś protestuje przeciwko krzywdzeniu ludzi nie zasługuje na drwinę, chyba , że założymy, że sam fakt protestowania przeciwko krzywdzeniu ludzi w teatrze jest śmieszny, godny pogardy, złośliwości i ironizowania. O tak cyniczne intencje recenzenta rzecz jasna nie posądzam.

„Realizatorzy protestują także przeciwko temu, że Matka Boska skupia się na mówieniu, zamiast czynić cuda”

Znaczyłoby to, że realizatorzy żądają, aby Matka Boska cuda czyniła, czyli, że mają pretensję do Matki Boskiej o brak cudu, stając ramię w ramię ze szwaczkami w słusznym żądaniu cudu. Że się recenzentowi mylą intencje realizatorów z intencjami osób dramatu – tytułowych szwaczek – nie dziwi. Jeśli założymy, że „realizatorzy” pragną cudu jak szwaczki same, pozostaje już tylko konstatacja – realizatorzy to bojownicy o prawa szwaczek do cudu – słowem kretyni. Ich przedstawienie jest krzykiem protestu przeciwko braku cudów ze strony Matki Boskiej. Gdzie się recenzent doszukał w przedstawieniu protestu realizatorów (nie postaci) przeciwko brakowi cudów Matki Boskiej, pozostaje dla mnie znającej przedstawienie jeszcze jednym zdarzeniem cudownym. Dawno nie widziałam przedstawienia, w którym dystans do cudowności byłby równie wyraźnie przez realizatorów podkreślany(kostiumem, interpretacją, postawieniem sytuacji)… Gdzie tam się recenzent dopatrzył Matki Boskiej – jest Cudem dru-gim. Postać, o której mowa nazywa się „Maria Miracle” (Maria od cudów), co już samo w sobie sugeruje dystans do tandety uproszczonych wyobrażeń na temat Matki Boskiej, jakiemu hołdują tytułowe szwaczki i takie nazwanie tej postaci powinno dać recenzentowi do myślenia ( przy wstępnym założeniu, że myślał), że nie o prawdziwą Matkę Boską tu chodzi.

„To jest uczciwa relacja z tego, co widzi i słyszy widz, przez półtorej godziny atakowany ze Sceny w Malarni hybrydycznym tekstem”

To dobrze, że recenzent „uczciwie relacjonuje”, że widz widzi i słyszy w teatrze protest przeciwko krzywdzeniu ludzi. To znaczy, że cieszy się z tego, że sztuka teatru protestuje przeciwko temu, co niemoralne. Więcej – w określeniu „uczciwa relacja” zdaje się skrywać prostą ewangeliczną radość z możliwości podzielenia się z widzem informacją, że taki protest za pośrednictwem teatru miał miejsce. Czemu zatem zaczyna recenzję od słów – „szwaczki Paw-ła Sali nie są przedstawieniem dobrym”? To proste – recenzent w swej hybrydycznej recenzji, jest „za, a nawet przeciw przedstawieniu”.

„Dramat Pawła Sali może i miał być w założeniu postnowoczesny, ale w scenicznej rzeczywi-stości okazał się mocno pretensjonalny, co stało się praprzyczyną nieudanego przedsięwzięcia.”

Korzenie nieudanego przedsięwzięcia tkwią w założeniu, że dramat miał być postnowoczesny? Czyli, że dramaturg nie może zakładać, że dramat ma być postnowoczesny inaczej nieuchronnie popada w pretensjonalność? Inaczej. Jeżeli dramat jest naprawdę postnowoczesny, a nie tylko „postnowoczesny w założeniu” automatycznie staje się w scenicznej rzeczywistości „udany”? A może po prostu - dramat jest marny, niezależnie od tego czy jest, czy nie jest postnowoczesny? Są złe i dobre dramaty postnowoczesne. Czy recenzent chciał powiedzieć, że dramat Pawła Sali jest zły? Możliwe, że jest. Jedno jest pewne. Z lektury recenzji wyczytać można niezbicie, na czym polega dramat recenzenta. Dramat recenzenta polega na tym, że musi napisać recenzję nawet, jeżeli nie rozumie dramatu, o którym pisze..

„Pomieszanie gatunków i konwencji, jeśli ma mieć sens, musi być precyzyjnie przemyślane, a cała "zabawa" polega na tym, że elementy pochodzące z różnych obszarów sztuki nieoczekiwanie zaczynają do siebie pasować.”

To trochę jak w tej recenzji – jej poszczególne części zupełnie do siebie nie pasują, jedna część zdania przeczy drugiej. Przydaje to recenzji sporo postnowoczesności, ale zarazem zupełnie nieoczekiwanie pozbawia ją sensu.

„W "Szwaczkach" nic do niczego nie pasuje, bo jest zbyt oczywiste i zbyt często popada w banał.”

Zapamiętajmy. Jeżeli coś jest oczywiste to nie pasuje do niczego. Zawsze mi się wydawało, że to rzeczy odkrywcze nie pasują do oczywistości, a głębokie prawdy do banału. Tymczasem okazuje się, że wystarczy żeby coś było oczywiste a automatycznie do niczego nie pasuje. Na przykład: jest oczywiste, że oddychamy powietrzem a pijemy wodę. Te dwa oczywiste fakty zgodnie z definicją recenzenta wyraźnie do siebie nie pasują. Banalność tych stwierdzeń rozbije nieuchronnie spójność każdego dramatu, a nie tylko dramatu Pawła Sali, który był post-nowoczesny jedynie w założeniu. Mamy nową jakże odkrywczą definicję spójności i koherencji.

W dodatku trudno oprzeć się wrażeniu, że autor tę sztukę zwyczajnie sobie wyspekulował, uteatralniając rejestr polskich bolączek społecznych i ujmując całość w ramy eksperymentu formalnego.

Gdyby nie uteatralniał bolączek to by nie spekulował? (to słowo jak rozumiem oznacza dla recenzenta tyle, co „teoretyzowanie, oderwanie od rzeczywistości”) Inni recenzenci po-wszechnie i nagminnie DOMAGAJĄ się teatralizowania w teatrze polskiej rzeczywistości, czyli prezentowania w dramatach i na deskach scenicznych tematów zaczerpniętych z rodzi-mych realiów. Dlaczego jednak przedstawienie faktów społecznych w teatrze jest zdaniem naszego spekulacją (czyli oderwaniem od rzeczywistości) tego nie wytłumaczy nawet Maria Miracle. Czyżby fakty społeczne z natury rzeczy były oderwane od rzeczywistości? Chciało-by się powtórzyć za mistrzem Heglem – „tym gorzej dla faktów”. Reasumując – teatralizacja rzeczywistych bolączek społecznych jest spekulacją, czyli odrywaniem teatru od rzeczywisto-ści. Powstaje pytanie: Czy prawdą jest że gdyby nie teatralizować społecznych bolączek to teatr znalazłby się rzeczywistości bliżej? Nie pokazuj faktów będziesz bliżej prawdy. A może to, co recenzent nazywa spekulacją to jest to jest to, co się nazywa w teorii literatury metaforą, albo symbolem? Interpretacja mętnych wywodów recenzenta bywa bardziej męcząca od interpretacji dramatu postmodernistycznego. Może i ta recenzja miała być w założeniu mądra, ale spisana na papierze okazała się wyjątkowo nielogiczna, co stało się przyczyną jej bełkotliwości.

Na scenie mamy więc: patos i metafizykę, realizm magiczny (w łódzkim wszakże wydaniu) i realizm dosłowny, brutalizm i tajemniczą intrygę w stylu Davida Lyncha, jaskrawą karykaturę telewizyjnych programów publicystycznych oraz krytykę taniego gustu, a na ozdobę kłopoty z założeniem związku zawodowego, o dzieciobójstwie nie mówiąc...

Chryste Panie, Mario Miracle – gdzie tam się recenzent dopatrzył problemów z zakładaniem związków zawodowych. Jedna z postaci bodajże w jednym zdaniu ironizuje na ten temat, nic tam się w związku z zakładaniem związków nie dzieje… (Byłam na jakimś innym przedstawieniu?) I dlaczego na Boga realizatorzy mieliby „ozdabiać” przedstawienie kłopotami?
„Łódzkie wydanie” realizmu magicznego jest oczywiście pogardy godne i śmieszne. Jak wia-domo jedyny prawdziwy „realizm magiczny” o światowym wymiarze możliwy jest na Kara-ibach i pod warunkiem, że tworzy go pisarz nagrodzony nagrodą Nobla. Łódzki realizm ma-giczny jest prowincjonalny a realizm magiczny Macondo – nie. Przez głowę mi nie przejdzie zbyt banalne i oczywiste podejrzenie, że to jednak recenzent jest mocno prowincjonalny ze swym pojęciem o realizmie magicznym. Po scenie biegają karły i sobowtóry, aktorzy zamie-niają się rolami – słowem David Lynch jak żywy. Jaka intryga? Kto intryguje? Nikt. I to wła-śnie jest z Lyncha. Tajemnicza intryga nikogo. I ostatnia rzecz. Dzieciobójstwo. Tak się skła-da, że nie jest wyspekulowane. To fakt, który miał miejsce naprawdę. Pisały o tym gazety. Że Sala spróbował to przedstawić w tekście to źle? Może faktycznie za dużo tych nieszczęść. Może przesadnie dużo czerni. Ale każdy Szekspir ma prawo do swojego „Tytusa Androniku-sa” (Proporcion garde ;-))

Jakim cudem w tym chaosie obronili się aktorzy, doprawdy nie wiem. Pewnie dzięki doświad-czeniu i własnej wrażliwości, pozwalającej zagospodarować potok słów i wątków.

Rozmawiałam z aktorką po przedpremierowym przedstawieniu i poznałam tę tajemnicę. Otóż główna praca nad przedstawieniem polegała na pracy reżysera z aktorami, nad „zagospodarowaniem potoku słów i wątków”, na porządkowaniu sensów, budowaniu postaci, intencji, napięć i motywacji. To jest przedstawienie, w którym aktorzy nie mieli zbyt wiele swobody interpretacyjnej, prawie każda poszczególna intencja i zadanie aktorskie narzucał reżyser. O ogromie doświadczenia w przypadku niewątpliwie utalentowanych młodych aktorów Doroty Chanieckiej i Marcina Szafarza mówić się nie da. Wyobrażenie recenzenta o pracy w teatrze jest godne uwagi. Otóż – aktorzy robią swoje – reżyser się do tego nie miesza a jedynie układa swoje obrazki. Z materiałów teatralnych wynika, że Andrzej Celiński zaczynał jako aktor. Nie umiem sobie wyobrazić, żeby „odpuścił” aktorską interpretację i myślał jedynie o obrazkach. Nie tylko, że nie umiem sobie wyobrazić – ja wiem, że tak nie było. Wprawia w zakłopotanie elementarna niewiedza recenzenta o zasadach pracy na próbach. Jak wiadomo „praca nad obrazkami” może się zacząć dopiero wtedy kiedy stoi już scenografia i gotowe są światła, co zwykle się udaje nie wcześniej niż dwa tygodnie przed premierą. Czyżby zatem reżyser nie pojawiał się w teatrze przez trzy miesiące pozwalając aktorom zagospodarowywać „jak leci” „potok słów i wątków”?

Andrzej Celiński opiera konstrukcję przedstawienia na kontraście (tempa, światła, muzyki) między lakierowanymi marzeniami robotnic o lepszym życiu a dopadającym je fatum codzien-ności. Jakoś to się nawet układa, choć symbole są naciągane, przekleństwo losu, sygnalizo-wane mrokiem, dreszczy nie wywołuje, a wkładanie koturnów następuje nazbyt często. Drętwe dialogi nie pozwalają jednak zbudować między postaciami żadnych relacji ani uwiarygodnić konfliktów. W tej sytuacji każdy z aktorów buduje własną etiudę i tylko tak - przez pojedyncze role - da się ten spektakl oglądać.

Otóż nie recenzencie drogi. Te pojedyncze etiudy budował z aktorami reżyser. Wiem na pew-no, rozmawiałam o tym z Marią Miracle, którą chwalisz. Rozmawiałam po przedpremiero-wym przedstawieniu, które mnie ujęło, bo w przeciwieństwie do ciebie czytałam tekst i wiem ile pracy włożono, żeby ten dziwny dramat można było zagrać. Aktorzy nie budowali swoich „etiud” sami opuszczeni przez „realizatorów”. Nawiasem mówiąc, kim są tajemniczy „realizatorzy”? Nie Paweł Sala przecież – on przedstawienia nie „realizował”. Nie aktorzy są w pojęciu recenzenta „realizatorami” (oni w końcu nie protestują przeciwko brakowi cudów i krzywdzie ludzkiej). W podręcznikach, z których się uczyłam studiując wiedzę o teatrze napi-sane było, że realizatorzy to reżyser, scenograf, kompozytor, choreograf… w tym wypadku to jedna osoba. A zatem realizatorzy to Celiński. To realizatorzy Celiński nie buduje żadnych relacji, realizatorzy Celiński wkłada koturny i stara się wzbudzić w recenzentach dreszcze gęsto siejąc mrokiem po scenie. Realizatorzy Celiński osobiście odpowiada za nadmiar patosu i metafizyki a także za protesty przeciwko nieuczciwym pracodawcom i krzywdzie ludzkiej.
Co do tego, że spektakl jednak dreszcze wywołuje nie mam wątpliwości – we mnie parę razy wywołał. W osobach wypowiadających się na forach jak widać też. Może recenzent miał zły dzień? Może nie czuł dreszczy, bo siedział za blisko? Za daleko? Może miał kaca? Był za ciepło ubrany? Subiektywizm odczuć dobrze jest poprzedzić zaimkiem osobowym drogi re-cenzencie. Napisać „WE MNIE” nie wzbudza. Cóż czynić gdy „dreszczy nie wzbudza” kiedy „ma wzbudzać”? Sala w końcu nie Słowacki chociaż też na S.

Bogumiła Murzyńska stawia na pozorny spokój, pokrywający kompleksy i niezrealizowane pragnienia najstarszej z kobiet. Anna Kadulska, przez wulgarność swojej bohaterki i jej nie-pohamowany seksualizm sygnalizuje, że coś jest nie tak (i oczywiście jest), ale potrafi wykrze-sać z nieszczęśnicy resztki kobiecości. Dorota Chaniecka bez przesady eksponuje infantylizm i życiową niezaradność młodziutkiej szwaczki.

Ryszarda Celińska brawurowo i z sensem parodiuje obowiązujący schemat telewizyjnej dziennikarki, a Marii od Cudów nie skąpi jarmarcznej (tym razem to nie zarzut) słodyczy. Marcin Szaforz w roli jedynego w tej szwalni mężczyzny, też ogrywa wydumane dylematy Krojczego jak może. Ale reżyserowi nie udaje się poskładać tych obrazków w całość, ani sprawić, by widz przejął się dramatem którejkolwiek z postaci. Wielka szkoda, bo problem podniesiony przez Pawła Salę naprawdę staje się palący. Coraz więcej Polaków postrzega własne szczęście jako kalkę życia gwiazd telewizyjnych seriali i modli się o cud wejścia w ich skórę.

I oto jesteśmy w finale. Fantastyczni aktorzy – ale nie ma między nimi relacji czyli ze ze sobą nie grają. Kiepski tekst i pięknie zbudowane etiudy na tekście. Brzydko, ale ładnie. Grają dobrze, budują wyraziste postacie, ale nie można się tym wzruszyć – ergo – grają źle. Brawurowo i z sensem zagrane, ale trudno się tym przejąć (nawet tą brawurą?) „Jakoś to się wprawdzie układa” ale „nic się z niczym nie łączy”. Pachnąca kupa. Sucha woda. Cóż, więc mamy? Dramat postnowoczesny pełną gębą. A zatem założenie Pawła Sali o pisaniu dramatu post-nowoczesnego nie jest bezpodstawne C.N.D. (Co Należało Dowieść) Podziwu godna jest troska recenzenta o rozdzielenie wysiłku aktorów od tego co zrobił reżyser. Trochę to tak jakby oddzielać na talerzu mąkę od masła w gotowej zasmażce. Tym bardziej, że akurat ten reżyser znany jest z tego, że intensywnie pracuje z aktorami. Ale widocznie niepokój poznawczy trzeba było zagłuszyć znalezieniem chłopców do bicia – autora, reżysera. Taki mechanizm odreagowania. Chłopcy są daleko a aktorzy blisko i sympatycznie się z nimi bankietuje.
Niech Pan Bóg broni mnie posądzać, że czepiam się słów. To nie ja czepiam się słów – to recenzent czepia się przedstawienia, które zabełtało mu w główce tak bardzo, że nie potrafi nazwać żadnego z mgławicowych odczuć, jakie w nim wywołało. Co to ma wspólnego z re-cenzją? Nic. Chyba że recenzent zakładał, że jego hybrydycznie splątany tekst odda „hybrydyczną” niespójność przedstawienia. Ciekawy jestem czy tą recenzję z recenzji uznałby recenzent za dość postmodernistyczną w założeniu?
Maria Miracle raczy wiedzieć.
M

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.