Facebook Google+ Twitter

Bezkompromisowy kryzys konstytucyjny

Dotychczasowe poszukiwania kompromisu w sprawie rozwiązania kryzysu konstytucyjnego zakończyły się fiaskiem. Teraz do dyskusji ponownie włącza się Komisja Europejska.

Poszukiwania kompromisu w sprawie kryzysu konstytucyjnego nie przynoszą wyników. Najpierw pracował nad tym sejmowy zespół marszałka Kuchcińskiego, w którego ręce trafiła opinia Komisji Weneckiej zaraz po przesłaniu do Warszawy. Kiedy oczekiwanie na rezultaty jego prac przedłużało się, prezes PiS Jarosław Kaczyński zdecydował zaprosić do dyskusji przywódców wszystkich ugrupowań parlamentarnych. Niestety spotkanie, do którego doszło w końcu marca, zakończyło się kompletną klapą. Światełko w tunelu, które na moment dostrzegł Ryszard Petru, zgasło, a Grzegorz Schetyna z miejsca odmówił dalszego „dialogowania”. W ten sposób rozwiały się nadzieje Jarosława Kaczyńskiego na kontynuowanie obiecującego, w jego ocenie, dialogu z opozycją. Teraz strony zaangażowane w konflikt poszukują rozwiązań kryzysu na własną rękę. Stwarza to jeszcze mniej nadziei na osiągnięcie upragnionego kompromisu niż wcześniejsza inicjatywa Jarosława Kaczyńskiego.
Bo i na czym miałby polegać kompromis między publikowaniem a niepublikowaniem wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który to wyrok - według jednej ze stron - nie jest wcale wyrokiem tylko opinią, w dodatku opinią nie Trybunału a kilku sędziów zebranych przy kawie i ciasteczkach? Jest to więc w istocie spór między zwolennikami poglądu, że wyroki TK są ostateczne i powszechnie obowiązujące i od ich przyjęcia należy zaczynać ewentualne naprawianie funkcjonowania tej instytucji a obozem zwycięzców ostatnich wyborów parlamentarnych, którzy z mocy uzyskanego demokratycznie mandatu czują się upoważnieni do naprawiania wszystkiego, co zostało beznadziejnie zepsute przez poprzedników.
Żądanie opublikowania wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 9 marca, a także zaprzysiężenia trzech sędziów prawomocnie wybranych przez Sejm poprzedniej kadencji, wysuwane – dość anemicznie - przez główne siły opozycji, jest – jak zgodnie głoszą prezydent, pani premier, ministrowie sprawiedliwości, spraw wewnętrznych i spraw zagranicznych, nie licząc rzeszy pomniejszych polityków partii rządzącej, wreszcie sam prezes Kaczyński - nawoływaniem do łamania obowiązującego prawa, jako że w ich rozumieniu najwyższym prawem w Polsce jest wszystko co uchwali Sejm. Sejm uosabia bowiem wolę suwerena czyli narodu polskiego, a naród wyraża wolę w wolnych, demokratycznych wyborach. Ponieważ w ostatnich wyborach bezwzględną większość uzyskało Prawo i Sprawiedliwość i jej akolici, Sejm może uchwalić wszystko, czego chce większość. W świetle tej doktryny wyrok TK z 9 marca, unieważniający ustawę „naprawczą“ z 22 grudnia 2015 roku o tymże trybunale, był zamachem na prawa suwerena, który wszak może decydować o wszystkim, nie wyłączając sposobu działania wszystkich organów państwa, w tym oczywiście także Trybunału Konstytucyjnego.
Przypisywanie większości sejmowej prawa do reprezentowania i przemawiania w imieniu całego narodu, jest zuchwałą uzurpacją: wygrane wybory, nawet dużą większością (a wygrana PiS nie jest wielka), upoważniają obóz rządzący jedynie do reprezentowania własnych wyborców. „Prawidłowo“ układające się stosunki władzy wykonawczej z Trybunałem Konstytucyjnym opisał w połowie marca prezes Kaczyński, uznawany (i uznający się, bez fałszywej skromności) za pierwszą osobę w państwie w wypowiedziach dla Programu Pierwszego PR i „Rzeczpospolitej“. Słuchaczom Jedynki powiedział m. in.: "Pozostając absolutnie zwolennikiem tego, aby Trybunał istniał i żeby miał uprawnienia mniej więcej takie jak w tej chwili, jednocześnie nie mogę uznać, że w Polsce ma nie być demokracji i że Trybunał ma być suwerenem". To nieco mętne sformułowanie da się rozszyfrować tak: Trybunał Konstytucyjny może sobie być i nawet wydawać wyroki wedle swoich wyobrażeń, ale nie wtedy, kiedy sprzeciwia się woli suwerena czyli większości sejmowej. Czyli Prezesa. Jeśli podsuwa się tak daleko - godzi w demokratycznie wybraną władzę wykonawczą – godzi w demokrację. Dziennikarzom „Rzepy“powiedział w zasadzie to samo, mianowicie że rola Trybunału Konstytucyjnego „w naszym ustroju“ jest wprawdzie bardzo poważna, ale ma on kontrolować, a nie tworzyć prawo. Osobnej egzegezy wymaga tu uwaga o tworzeniu prawa przez Trybunał Konstytucyjny. Jak wiadomo, Trybunał nie uchwala ustaw tylko sprawdza ich zgodność z Konstytucją, jednak - zdaniem prezesa i jego „profesorów“ - unieważniając ustawę „naprawczą“ swoim wyrokiem z 9 marca wziął udział w tworzeniu prawa – niejako tworzeniu w sensie negatywnym - poprzez skasowanie prawa uchwalonego przez większość sejmową.
Kiedy teraz prezes mówi, że zaprzysiężenie trzech sędziów wybranych w poprzedniej kadencji Sejmu i opublikowanie wyroku TK z 9 marca jest wykluczone, bo sprzeczne z prawem stanowionym przez „suwerena“, to udający się na organizowane przez niego spotkania przedstawiciele opozycji nie mogli i nie mogą mieć złudzeń, że ich nieśmiałe napomknienia o potrzebie wykonnia najpierw prawomocnych wyroków TK zostaną wzięte pod uwagę. Nie mogą równocześnie zrezygnować ze stawiania tego warunku, byłoby to bowiem pośrednim uznaniem dotychczasowych - formalnie przez nich kontestowanych - posunięć obozu rządzącego, burzących zasadę trójpodziału władzy w demokratycznym państwie, w którym władza ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza wzajemnie się równoważą – nie pozostają w żadnej hierarchicznej zależności.
Rozprawiając w kuluarach sejmowych i stacjach telewizyjnych o możliwościach politycznego rozstrzygnięcia kryzysu konstytucyjnego w Polsce, obie strony robią wrażenie, jakby zapomniały, że ta Polska przystąpiła w swoim czasie do ważnych organizacji międzynarodowych, gdzie obowiązują reguły demokracji zwanej liberalną; że w tych dyskusjach brakuje trzeciego ważnego uczestnika - organów tych organizacji; że w rzeczywistości biorą one w nich aktywny udział co najmniej od 13 stycznia, czasu wdrożenia postępowania sprawdzającego stan praworządności w naszym kraju przez Komisję Europejską; że na ten temat wypowiedziała się już Komisja Wenecka.
Sprawujący w Warszawie władzę – suwerenną, jak podkreślają – starają się ignorować głosy krytyki dobiegające z Brukseli czy Waszyngtonu. Opozycja wolała jak dotąd udawać, że ich nie słyszy, nie mówiąc o przyznawaniu się, że podziela krytyczne sądy "obcych". Całą uwagę poświęcała przeciwstawianiu się oskarżeniom o donosicielstwo i zdradę. Tymczasem do dyskusji o polskim kryzysie konstytucyjnym ponownie zgłasza się ów trzeci uczestnik sporu – Komisja Europejska – zadając Polakom proste pytanie: Co zrobiliście w celu jego rozwiązania waszego kryzysu. Jest ono skierowane nie tylko do rządzących. Tymczasem obie strony konstytucyjnego sporu nie mają nic konkretnego do powiedzenia.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.