Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

9637 miejsce

Bezradność w bezradnym teatrze dworcowym

Przyznam się, że jestem w nie lada rozterce. Mając słabość do ambitnych teatrów piwnicznych, zszedłem do piwnic dworcowych Teatru Gdynia Główna w Gdyni.

Działa tutaj grono mocno zaangażowanych osób, realizujących spektakle dla różnorodnej wiekowo publiczności, oparte na poważnej literaturze i stałej miejskiej dotacji. Podobno ich teatr / zdaniem zagorzałych sympatyków i zaprzyjaźnionych recenzentów / wcale nie ustępuje pola profesjonalnym scenom Trójmiasta... Rzeczywiście - cena biletu była "profesjonalna". Chwilę potem ogarnęła mnie nieogarniona bezradność wobec tego, co ogladam i tego, co powinienem zrobić.

Po pierwsze - bezradność autora monodramu, znanego w latach 90-tych ubiegłego wieku "brutalisty", Marka Ravenhilla, wobec tematu, który sobie zadał. Napisał brutalny tekst "Produkt" na temat terroryzmu, ale żeby było satyrycznie i erotycznie, wymyślił narrację o pokrętnej miłości między Amerykanką a islamskim terrorystą; co programowo miało być niedorzeczne. Dodatkowo,chcąc zakpić z mentalnych postaw, stereotypów i przekłamań na ten temat oraz dopiec mass-mediom koloryzującym po kupiecku wszystko, co się da sprzedać, pokazał nam tę historię poprzez relację między aktorką / Oliwia / i producentem filmowym / James /, opowiadającym, co znajduje się w scenariuszu jego nowego filmu, do którego chce zaangażować aktorkę w roli kochanki terrorysty. On cały czas gada, a ona słucha... Mamy uwierzyć, że to pazerni na forsę i frekwencyjny sukces filmowcy manipulują i uwodzą widzów fałszywym obrazem zagrożenia terrorystycznego. Co poważnie myśli o terroryzmie Mark Ravenhill - nie wiemy.

Po drugie - bezradność reżysera, Michała Rzepki, wobec takiego materiału literackiego i zaangażowanych do takiej roboty aktorów. Reżyser nie mógł się zdecydować w jakiej wyrazistej i spójnej konwencji teatralnej chce zrealizować swój spektakl. Czy to ma być dramat psychologiczny, groteska, "czarna komedia", kabaret... Mamy więc materii stylistycznej pomieszanie. Nie potrafił poprowadzić aktorów, pomóc im zbudować określone postaci, uwiarygodnić działania sceniczne. Tworzenie właściwych relacji i kontaktów między partnerami w grze scenicznej, przy dramaturgicznym założeniu, że aktor mówi cały czas, a aktorka wyłacznie milczy i aktywnie słucha, jest niezwykle trudne i wymaga profesjonalnego warszatu.

Po trzecie - bezradność aktorów; Wojciecha Jaworskiego i Zofii Nather ma swoje źródło w potencjale na poziomie zaledwie amatorskim. Nie jest winą Wojciecha Jaworskiego, że uwierzył, iż producent filmowy, kiedy opowiada o swoim scenariuszu, to wpada w tokujący trans, rozsadzają go emocje, zachowuje się jak wariat; tak go nakręca własne dzieło. Spotęgowana ekspresja aktora, krzykliwość, chaos gestyczny, monotonia w tempie i rytmie mówienia, niszczenie krzesła... dało efekt w postaci dużych plam potu pod pachami. Wojciech Jaworski nie znalazł środków wyrazu, żeby oddzielić od siebie dwie różne postaci, które miał wykreować: producenta i terrorysty. Próbował zmieniać głos. Za mało. Zofia Nather nie bardzo wiedziała, co ma robić przy tak ekspansywnym partnerze. Starała się słuchać, uśmiechała się nieśmiało, przemieszczała się zgodnie z wolą kolegi... Jaka tam z niej amerykańska gwiazda filmowa !

No i jak przystało na "brutalistyczny" spektakl brutalistycznej sztuki, musiały się ujawnić tzw. momenty. Akt kopulacyjny na białej kanapie okazał się zgoła nie brutalistyczny z powodu małego uświadomienia seksualnego aktora i aktorki. A i jak to zrobić przez rajstopy, żeby zrobiło wrażenie... Pokaz jak się "ciągnie laskę" był bardziej przekonujący. Po co tyle nie zagospodarowanego teatralnie wysiłku i potu ? Pewnie to wszystko dlatego, że zszedłem za nisko na dworcu.


Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.