Facebook Google+ Twitter

Bezsenność w Kuala Lumpur

W stolicy Malezji pokojowo koegzystują trzy wielkie kultury: muzułmańska, hinduska i konfucjańska. Gdzie nie spojrzeć, zobaczymy kobiety w islamskich hidżabach, indyjskich sari i minispódniczkach.

Po blisko trzynastu godzinach lotu z Londynu zszedłem na płytę lotniska w Kuala Lumpur (KL). Moje nozdrza zaatakowało gorące, tropikalne powietrze wymieszane z oparami paliwa lotniczego. Odprawa imigracyjna zdawała mi się wlec w nieskończoność, choć trwała zaledwie pół godziny.

Kilka minut spaceru w kierunku przystanku autobusowego szybko sprawiło, że jak oparzony pozbyłem się marynarki. Zegar wskazywał 9 wieczorem, a na dworze było prawie 30 stopni. Koszmarnie wysoka wilgotność powietrza w oku mgnieniu zamieniła mnie w ociekającego potem białego tragarza własnego bagażu. Szatański uśmiech na myśl o czekającej mnie przygodzie na stałe zagościł na mej twarzy.

Odbijałem się niczym piłeczka pingpongowa od autobusu mogącego mnie zabrać do centrum KL (70km od lotniska), a tego który podrzuciłby mnie do stacji kolejowej. Podróż pociągiem łączącym lotnisko z centrum miasta zajmuje jedynie 28 minut. Autobus może jechać nawet dwie godziny w zależności od poziomu zakorkowania ulic. Choć przelecenie ćwiartki kuli ziemskiej i przeskoczenie siedmiu stref czasowych w ciągu jednego dnia nie sprzyja decyzyjności, dałem za wygraną i wgramoliłem się do autobusu jadącego bezpośrednio do miasta.

Z zaciekawieniem, ale i wrodzoną niecierpliwością wypatrywałem miasta, a zwłaszcza jego najbardziej rozpoznawalnego elementu - bliźniaczych wież Petronas. Czasem zdawało mi się, że gdzieś mignęły mi na horyzoncie wśród licznych drapaczy chmur, ale odległość wciąż była zbyt wielka, a oczy zbyt zmęczone by mieć całkowitą pewność. Zbliżenie się do głównej stacji autobusowo-kolejowej KL Sentral dało się natychmiast poznać po utknięciu w jednym z licznych korków z których między innymi znana jest stolica Malezji. Był piątek wieczór, a miasto tętniło życiem. Taksówkarze trąbili na przepychające się wszędzie motocykle, ludzie przechodzili przez ulicę niczym święte krowy ignorując zniecierpliwienie kierowców, a z okolicznych, bogato zdobionych i oświetlonych straganów dudniła głośna muzyka. Uderzająca kakofonia dźwięków i gra świateł przypomniała mi turystyczny slogan: Malaysia Truly Asia!

Dworca w Kuala Lumpur nie powstydziłoby się żadne zachodnie miasto. Przestronny, czysty i dobrze zorganizowany świetnie radzi sobie z krajowym i międzynarodowym ruchem. Przedzierałem się przez tłumy ludzi podobnie jak ja obładowanych bagażami. Nad głową huczało rytmiczne techno z wszędobylskich telebeamów. KL Sentral miesza w sobie metropolitarność stolicy z kiczowatością Azji. To zdecydowanie jeden z moich ulubionych dworców na świecie.



Mimo mega zmęczenia to była długa i niemalże bezsenna noc. Kombinacja hałasu wydzielanego przez nieustający ruch drogowy za oknem i ekscytacji rozpoczętą podróżą, która miała szansę nigdy się nie skończyć sprawiła, że większą część nocy spędziłem albo w internecie albo wiercąc się bez sensu w łóżku.

Następnego ranka po raz pierwszy ruszyłem w miasto. Wypłaciłem trochę malezyjskich ringitów (MYR) z bankomatu, odnalazłem stację miejskiej kolejki powietrznej KL Monorail i metodą prób, błędów i pytań znów znalazłem się na KL Sentral. Tam zaopatrzyłem się w bilet w jedną stronę do Singapuru oraz kartę 1Malaysia stanowiącą rodzaj elektronicznego biletu na komunikację miejską. KL poprzecinana jest kilkoma liniami powietrznej kolejki oraz metra. Wszystkie linie w logiczny sposób łączą się w najbardziej strategicznych punktach stolicy sprawiając, że poruszanie się po mieście jest łatwe i przyjemne. Po kilku dniach przeskakiwałem z miejsca na miejsce tak, jakbym mieszkał tu od zawsze.

Pierwsza część poniedziałku zleciała mi na zabawie w typowego turystę. Wskoczyłem w powietrzną kolejkę i podziwiając nowoczesne, szklano-metalowe drapacze chmur dotarłem do tych najbardziej znanych - Petronas Towers. Dwie potężne wieże połączone mostem robią wrażenie. W środku, na niższych poziomach znajduje się ekskluzywne centrum handlowe oraz kilka barów i restauracji. Londyńskie ceny wygoniły mnie jednak na tyły wież, gdzie spędziłem trochę czasu fotografując ludzi chodzących po parku, dzieci pluskające się w basenie i liczną rodzinę ze Sri Lanki wdzięcznie pozującą do zdjęć na schodach. Mimo najszczerszych chęci nie udało mi się wjechać na taras widokowy, gdyż bilety na ten dzień były wyprzedane.
Udałem się do konkurencyjnej wieży - KL Menara. Główną zaletą tego punktu widokowego
jest to, że widać z niego Petronas Towers. Trochę zawodzi konieczność oglądania panoramy miasta przez grubą, niezbyt czystą szybę, ale jak się nie ma co się lubi...

Ostatniego dnia w Kuala Lumpur nie czułem się zbyt dobrze. Coś siedziało mi na żołądku i przez cały dzień towarzyszyły mi mdłości. Zmusiłem się do krótkiej wizyty w Little India - dzielnicy zdominowanej przez Hindusów. Mimo licznych zaproszeń od przyjaznych restauratorów nie mogłem patrzeć na jedzenie zwłaszcza, że warunki sanitarne nie prezentowały się najlepiej. Odpuściłem więc dalszą eksplorację dzielnicy i wizytę w Chinatown na rzecz strategicznego wycofania się do hotelu. Trzeba było nie zgrywać bohatera i myć zęby wodą z butelki, a nie z kranu jak zalecają przewodniki! Niestety dwa czy trzy razy butelkowana woda się skończyła, a wycieczka z pierwszego piętra hotelu na parter do sklepu była zbyt dużym wyzwaniem dla mojego lenistwa. W ruch poszły więc tabletki Motilium, który przyniosły tymczasową ulgę.

Rano obudził mnie głód. Gdy tylko podniosłem się z łóżka wróciły nudności uświadamiając mi, że wycieczka do Singapuru nie będzie należała do najłatwiejszych. Kolejne dwie tabletki Motilium popiłem prawie litrem wody (butelkowanej!). Dziesięć minut później porządnie się wyrzygałem. Wygląda na to, że dokładnie tego było mi trzeba, bo był to ostatni objaw mojej choroby.

Opuściłem hotel i przez ponad pół godziny próbowałem złapać taksówkę. Recepcja nie była zbyt pomocna i z niejasnych przyczyn odmówiła zamówienia transportu. Recepcjonista przyciśnięty do muru dał mi numer telefonu do kogoś kto słabo mówił po angielsku, a do tego przeraźliwie płacze mu dziecko. Wziąłem się w garść i objuczony plecakiem i walizką na kółkach dokonałem szturmu na powietrzną kolejkę jadącą do KL Sentral. Zziajany, wykończony i spocony jak pies wpadłem do pociągu relacji Kuala Lumpur-Singapur pięć minut przed odjazdem. Moje wparadowanie do wagonu w stanie takim jakbym właśnie wyszedł spod prysznica wywołało powszechną radość wśród współpasażerów i konduktorów. Zająłem miejsce myśląc kiedy rozkręcona na maxa klimatyzacja nabawi mnie zapalenia płuc. Wsłuchiwałem się w rytmiczny stukot kół zostawiając Kuala Lumpur gdzieś za horyzontem.

Miałem kiedyś koleżankę, która spędziła pół roku w Tajlandii. Zapytałem ją, czy wybrała się kiedyś do Kuala Lumpur. - Nie, nigdy nie byłam w Malezji, bo to muzułmański kraj i jako kobieta miała bym tam przerąbane - odpowiedziała. W rzeczywistości jednak stolica Malezji to miasto, w którym pokojowo koegzytują trzy wielkie kultury: muzułmańska, hinduska i konfucjańska. Gdzie nie spojrzeć zobaczymy kobiety w islamskich hidżabach, indyjskich sari i minispódniczkach. Żadna nie patrzy z wyższością na inne rozumiejąc, że inny styl ubioru wynika z innej kultury.

Moja koleżanka straciła wizytę w nowoczesnej, tętniącej życiem metropolii. W KL, jak w skrócie nazywają miasto jego mieszkańcy) zarówno wielbiciel drapaczy chmur ze szkła i betonu jak i koneser światowych kultur znajdzie coś dla siebie. Od monumentalnych Petronas Towers przez wspaniały widok na miasto z KL Menara Tower po spacery przez dzielnice o wszystko mówiących nazwach Little India, Chinatown i Ain Arabia.

Miasto wygląda trochę jak nowocześniejsza, mniejsza i bardziej zielona wersja Nowego Jorku. Wszędzie można dostać się miejską kolejką Monorail lub metrem. Dla wygodnickich zawsze pozostają dosyć tanie taksówki. Chaos drogowy, który spodziewałem się ujrzeć po wizycie w Marrakeszu, Teheranie czy Bangkoku jest dużo mniejszy, niż oczekiwałem. Styl jazdy i zachowanie kierowców na drodze bardziej przypomina mi ten z południowej Europy niż z krajów rozwijających się.

Nocne życie KL także prezentuje się wyśmienicie. Wizyty w klubach Twenty-One i NV to szalone noce w towarzystwie pięknych, skąpo odzianych kobiet i hektolitrów lejącego się alkoholu.

W Kuala Lumpur praktycznie wszyscy, z którymi rozmawiałem posługiwali się dobrym lub bardzo dobrym angielskim. Miasto w zasadzie jest całkowicie dwujęzyczne - wszystkie znaki, informacje i komunikaty w komunikacji publicznej odczytywane są po malajsku i po angielsku.

Mógłbym spokojnie tu zamieszkać i zaklimatyzować się w przeciągu tygodnia. Na razie jednak ruszam w dalszą drogę...

Informacje praktyczne

Jak dolecieć?

Od marca 2009 roku Air Asia X (www.airasia.com) lata bezpośrednio z Londynu do Kuala Lumpur. Ceny zaczynają się już od 1200 zł za bilet powrotny w zależności od czasu rezerwacji (im wcześniej tym lepiej) i bieżących promocji. Nawet mimo konieczności dolecenia do Londynu jeszcze nigdy nie udało mi się znaleźć tańszego połączenia z Europy do Malezji. Lot trwa 13 godzin.

Gdzie spać?

Bardzo ciekawym kompromisem między relatywnym luksusem a ceną jest Tune Hotel (www.tuneshotels.com) zlokalizowany w centrum miasta, blisko kolejki KL Monorail. Hotel gwarantuje pięciogwiazdkowy standard łóżka i prysznica za bardzo atrakcyjną cenę. Pokoje jednak są dużo mniejsze niż w typowym pięciogwiazdkowym hotelu, a sam hotel nie oferuje usług dodatkowych takich jak np. restauracja, basen czy siłownia. Dzięki niskokosztowemu modelowi biznesowemu, ceny zaczynają się już od ok. 75 zł za dobę.

Wizy i waluta

Brak obowiązku wizowego dla Polaków na czas pobytu do 90 dni. Na lotnisku znajduje się skaner wyłapujący potencjalnie zarażonych świńską grypą. Podwyższona temperatura może nas zaprowadzić wprost z samolotu na obowiązkową kwarantannę i badania.
10 zł = 12 MYR (Ringgitów Malajskich)

Gdzie jeść?

Dla odważnych - uliczne stragany oferujące każdy rodzaj kuchni od malajskiej po chińską w cenie od 4 zł za posiłek. Dla mniej odważnych - kryte restauracje z każdym rodzajem kuchni jaki możemy sobie wyobrazić często w podobnych cenach.

Co zobaczyć?

Wieże Petronas, widok z KL Menara, dzielnice Chinatown, Little India, Ain Arabia

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (23):

Sortuj komentarze:

@ Barbara - dzięki. Na książkę mam czas. Wydać coś takiego to nie sztuka. Tak jak nie sztuką jest wydać serię notek z bloga. Widziałem i takie. I pewnie się sprzedają. Dobra okładka, dobry tytuł i leci. Ale czy jak już kupisz coś takiego to czy sięgniesz po tego autora następnym razem? No właśnie, ja chyba wolę przemyśleć projekt jeszcze kilka lat i napisać coś z zupełnie innej półki. :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Zgadzam się z autprem i jego wątpliwościami, też bym miała. WG mnie to nie jest część ani rozdział książki o Malazji. To jest relacja przewodnikowa. Jeśli to miała by być książka to brak mi tutaj czegoś....;]

Komentarz został ukrytyrozwiń

@ Magdalena - no na pewno. Lektura "W Azji" Terzaniego wyraźnie pokazuje jak jego teksty ewoluowały. Te, które pisał w latach 70-tych są dramatycznie inne niż te napisane 20 lat później. Z jednej strony to normalne - więcej widział, więcej rozumiał, miał więcej do powiedzenia. Więc z pierwszą dużą publikacją pewnie nie warto czekać w nieskończoność. Co do azjatyckich wrażeń - poszedłem dziś do fryzjera. Niby nic szczególnego, gdyby nie to, że dwóch obecnych fryzjerów okazało się być transwestytami. (Słynni tajscy ladyboys!) Przyznaję bez bicia, że czułem się nieswojo, ale przełknąłem ślinę i dałem sobie umyć głowę i się ostrzyc. Zabawne, że klientka obok mnie, całkiem urocza Tajka czuła się o wiele bardziej komfortowo niż ja. Dla nich transwestyci są "sanouk". Najwierniesze tłumaczenie tego słowa to "zabawa" - niemalże życiowy cel każdego Taja i Tajki...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Zanim Bruczkowski i Terzani wydali swoje książki też pewnie mieli wątpliwości ...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Marku, zajrzę, uzupełnię zaległości :) Pamiętam Cię, już kiedyś wpisywałam się, też artykuł zainteresował mnie.
A jeśli masz zdrowie i wytrzymujesz tamtejsze warunki, to nie rezygnuj. Mało tu mamy takich
osobistych relacji, więc każda będzie życzliwie przyjęta.
A książka?... choćby Arkady Fiedler, czy inni podróżnicy, podobnie opisywali własne przeżycia.
Masz tak bogaty materiał, że każdy znajdzie w niej coś ciekawego.
Powodzenia i pozdrawiam :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Np link i link

Komentarz został ukrytyrozwiń

@ Jadwiga - dziękuję! Do upału można się przyzwyczaić a nawet polubić. Zacząłem czwarty miesiąc swojego tańca na równiku i przyznaję, że wolę to niż wieczne chmury i irlandzki deszcz, którego doświadczałem przez ostatnie trzy lata :-). Jest coś fajnego w szybkim, styczniowym marszu na śniadanie na mieście, gdy na dworze słońce i +32 :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękuję Stefanio! Prawda jest taka, że teksty nie ukazują się w kolejności podróżowania. Wszystko zależy od czasu i weny twórczej. Wszystko zaczęło się w Kuala Lumpur. Dalej był Singapur, Phuket (Tajlandia), Dżakarta, Bali, Timor-Leste, znów Bali i Malezja (Kuala Lumpur i Melaka) i podróż pociągiem z Kuala Lumpur do Bangkoku przez 3 dni z postojem w Hat Yai (Tajlandia). Tak dla hecy, bo wcale nie było taniej ( a wręcz drożej!) niż samolotem :-). W marcu przyjmę pewnie Wietnam lub Myanmar (Birma), bo będę musiał tajską wizę odnowić. Chciałbym zrobić coś o "demokratycznych" wyborach, które odbędą się w tym roku w Birmie po raz pierwszy od prawie 20 lat, ale jeszcze nie wiem czy się uda. Od prawie miesiąca mieszkam w Bangkoku - mieście znienawidzonym przez wielu turystów. Wieczne korki, zanieczyszczenie powietrza, chaos i tropikalny upał sprawia, że turyści po 2-3 dniach uciekają na wyspy. Ja dałem miastu szanse i z każdym tygodniem kocham je coraz bardziej. Wracając do tekstów - rzuć okiem na mój profil. Kilka już jest. Będzie więcej! :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Na razie ruszasz w dalszą drogę... czyli można spodziewać się kolejnych interesujących relacji?
Bardzo czekam na nie; a za tę, gdyby można było więcej gwiazdek...,
jednak *5 musi wystarczyć :))

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ok, wystarczy tego słodzenia, dobra? :-) Teraz na poważnie potrzebuje porady. Ten tekst to mocno zmodyfikowana wersja rozdziału z mojej przyszłej książki. Chwalicie tutaj, ale sam mam wiele wątpliwości. Wysłałem wersję "książkową" do kilku przyjaciół z prośbą o konstruktywną krytykę i znajomi potwierdzili moje obawy. To tekst typu: Byłem tu, widziałem to, dzisiaj zrobiłem to. W trakcie tej podróży zrobiłem trasę Kuala Lumpur-Singapur-Phuket-Dżakarta-Bali-Timor-Melaka(Malezja)-Hat Yai (Tajlandia)- Bangkok. I zasadniczo KL jest jednym z tych miejsc, gdzie jak widać w tekście w sumie nie wiele się wydarzyło. Kupilibyście książkę napisaną tym stylem? Bo ja nie jestem pewien...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.