Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

6118 miejsce

Białoruskie impresje, część 1. Lida, 6.30 rano

Niecodziennik (czy też : nieregularnik) z podróży przez zaśnieżoną Białoruś. Na żywo, bez szlifu i ze skreśleniami. Za to autentycznie...

Moja dzisiejsza kolacja. Już na brązowej desce. / Fot. YanH/KHPoczułem się dzisiaj jak gwiazda rocka. Taki Alice Cooper, czy choćby Pan Maleńczuk. Zostałem bowiem... wandalem. Tak, tak, wandalem, łachudrą, szkodnikiem niszczącym mienie hotelowe. Mimo, że wcale nie rzuciłem przez okno telewizorem (czy choćby obowiązkowym głośnikiem-kołchoźnikiem), nie wypaliłem skrętem dziury w podłodze ani nawet nie oberwałem prysznica, by pomachać nim przechodzącym pod moim oknem Białorusinkom. Zostałem jednak wandalem w pełnym tego słowa znaczeniu, zapłaciłem nawet karę i mandat. Na szczęście wewnętrzny, hotelowy, nie zaś wręczony przez srogiego białoruskiego milicjanta. A było to tak:

Jestem straszliwym żarłokiem. W drodze, w podróży jestem straszliwym żarłokiem do czwartej potęgi, podczas zaś mojej wędrówki po Wschodzie, jestem nim jeszcze w dwójnasób. Nie umiem odmówić sobie przyjemności zjedzenia tu rzeczy, nie przypominających w smaku kupy zbitych trocin czy też wypicia piwa, nie zajeżdżającego kwasem z akumulatora. Na załączonym obrazku moja wczorajsza kolacja. To jest PRAWDZIWY chleb, a nie jakieś wypchane polepszaczami wióry z unijnym certyfikatem przydatności nie wiadomo do czego. A takie rzeczy, szanowni panowie i panie, jak prawdziwe żarcie i napitki, to już niestety tylko na Wschodzie...

Głodziłem się zatem przez cały wczorajszy boży dzień, odmawiając sobie uporczywie wizyty w restauracji - a wszystko po to, by zostawić miejsce na upragnioną wieczorną wyżerkę. Nawiasem mówiąc, konia z rzędem temu, kto znajdzie w Lidzie otwartą restaurację, czy choćby stołówkę... Ja w końcu znalazłem, jednak o tym cicho i sza - nie powiem, gdzie i już. Omijałem więc tę jedyną szerokim łukiem. Nawiasem mówiąc nie było to dla mnie zbyt trudne : po czterech wizytach w domach czworga białoruskich Polaków byłem pełen po wręby. Wyobraźcie sobie cztery kolejne barszcze (te, które u nas nazywane są ukraińskimi, podczas gdy tak naprawdę to po prostu barszcz ...) oraz cztery kolejne wersje drugiego ... Był więc kurczaczek na dwa sposoby, cielęcina oraz chuda ryba. Plus jakaś niezliczona i kosmiczna ilość dodatków, surówek, sałatek, przekąsek, zakąsek, deserów, słodkości, hektolitry kawy, herbaty, samogonki ... Ci ludzie są niesamowici. Nie wyjdziesz z ich domów głodny, nie wyjdziesz z pustymi rękami czy - o, zgrozo - z pustym żołądkiem. Spragniony też nie wyjdziesz - to nie honor. Serce na dłoni : choćbyś był dla nich kompletnie obcym człowiekiem, przestajesz być obcy po kilku minutach. Bo przecież w końcu już się znacie ...

Po bardzo intensywnym dniu, wypełnionym historiami, historyjkami i wzruszeniami, docieram w okolicach dwudziestej pierwszej do hotelu. Na zewnątrz lodowata zadymka, sam nie wiem już czy podróżuję po Białorusi, czy może przez Sybir. Śnieg, mróz i lodowaty wiatr, ja zaś barykaduję się w ciepłym, hotelowym pokoju i wyciągam moje skarby. Pokroiłem już kołchozowy chlebek z obrazka obok, pokroiłem - również kołchozowy - żółty serek (co ciekawe, nikt tutaj żółtego sera nie nazywa żółtym. Mówi się na niego "twardy", podczas gdy biały to "miękki". Możecie się łatwo domyślić, jak bardzo potrafi to być upierdliwe i niejednokrotnie mylące przy zamawianiu lub kupowaniu). Do tego jakaś obłędna sałatka śledziowa i (znów kołchozowy) kefir, którego miarą jakości niech będzie data przydatności do spożycia : siedem dni i wsio. Chlebek jest wprawdzie kołchozowy, lecz nazywa się - nomen omen - "Pański Polski". Nic dodać, nic ująć. Do tego bateria pysznego, już nie kołchozowego, piwa Lidzkiego. Lidzkie, czyli dzisiaj Lidskoje, warzy się tutaj niezmiennie od stu pięćdziesięciu lat. Tak sobie myślę, że to piwo jest trochę jak damskie, nylonowe pończochy. Wszyscy wiedzą, że coś takiego kiedyś było, wszyscy wiedzą, że było to strasznie fajne, jednak za cholerę już nigdzie się tego nie kupi. Na temat zakupów pończoch nie będę się wypowiadał, jednak porządne piwo, które wygląda jak piwo, smakuje jak piwo i piwem w istocie jest, wciąż jednak można znaleźć. Gdzieniegdzie. Na przykład w Lidzie, na Białorusi. W przybrowarnym sklepie firmowym można je pić utoczone prosto z beczki. Można też wziąć je na wynos ...

Po zakończonej wyżerce (wróć: po niebiańskiej uczcie), natura i kilka Lidzkich Jasnych dają jednak znać o sobie. Jestem wykończony. Od paru dni ciągnę uparcie w śnieżycy na wschód, nie dosypiam bo są ważniejsze sprawy niż sen, całymi zaś dniami biegam po kominach, słucham historii, czuję historię, oddycham historią. A teraz zamykają mi się oczy. Wyłączam więc telefon, barykaduję drzwi, na zewnątrz zaś umieszczam przeogromną hotelową wywieszką, krzyczącą bukwami : NIE PRZESZKADZAĆ. NIE CHCĘ PORANNEGO SPRZĄTANIA. Mimo, że jest dość wcześnie, walę się do łóżka jak kłoda. Zasypiam natychmiast - śnią mi się pielmienie, jedyny brakujący element mojej wymarzonej, wschodniej kolacji. Niestety, przyrządzenie ich w warunkach hotelowych jest dość karkołomne, jeśli nie niemożliwe w ogóle.

I tutaj zaczyna się właściwa część mojej opowieści.

Rano budzi mnie huk. Wygląda na to, że zawalił się dach mojego hotelu albo wrogowie narodu zdetonowali pod niedalekim pomnikiem Lenina bombę wodorową, wysyłając wodza rewolucji na jego właściwe miejsce czyli na śmietnik historii. Pal licho dach i bomby, tym bardziej Lenina - chcę spać. Naciągam poduszkę na głowę i zagrzebuję się głębiej w pościeli. Huk jednak narasta. Niestety to nie zawalony dach ani nawet nie bomba. Ktoś z całej siły wali w drzwi do mojego pokoju. Co jest, do jasnej cholery? Rewizja? KGB? Godzina nawet się zgadza, lecz mamy już przecież XXI wiek... Jakaś cząstka mojej świadomości (ta, która zdążyła się już obudzić) podpowiada, że może lepiej udawać trupa. Jak żuczek gnojarek. Zwlekam się jednak z łóżka - metoda na żuczka gnojarka w tym wypadku zupełnie nie ma racji bytu. Nie wpuszczę ich drzwiami to wejdą oknem. Srał na nich pies, niech będzie co chce. Otwieram drzwi. Oczu wciąż nie udało mi się do końca otworzyć.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (6):

Sortuj komentarze:

E tam, od razu nie czytały... Z tekstu wynika, co następuje: Autor nie poszedł do restauracji, żeby wieczorem delektować się kolacją, co nie sprawiło mu trudności, bo wcześniej najadł się do syta u gościnnych Polaków - kiedy to "wcześniej" miało miejsce, nie sprecyzował. Do wieczora miał prawo zgłodnieć:)
Spojrzenia z góry też tu nie widzę. Autor zachwyca się miejscowymi produktami, do własnych poczynań podchodzi z humorem, a w kwestii pewnych reliktów minionej epoki Białorusini byliby pewnie z nim zgodni - sami doskonale je dostrzegają.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Autorze drogi, czekam na więcej takich tekstów:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

@Jadwiga Kowalczyk : Ciąg dalszy nastąpił, pani Jadwigo :-) Pozdrowienia :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Porządek musi być, etażowa pewnie przywykła, że goscie w pokoju żrą zachłannie pańsko-polski chleb; a turist desku brał? - nie brał! Znaczy się - musiał rezać stolik.
To sie nazywa inteligencja i dedukcja połączona z doświadczeniem.
O matko - chyba spadnę z krzesła! :)
Wklejam do ulubionych i czekam na ciąg dalszy BLOGA PODRÓŻNEGO!
Oczywiscie - podbijam na maksa czyli 10 dolców. :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękuję:-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Super artykuł :) na 5*

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Zobacz także:

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.