Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

2678 miejsce

Biffy Clyro: My chyba nie nadajemy się do normalnego życia

Biffy Clyro to zespół petarda, który zawsze na swoich koncertach daje z siebie wszystko. Szkoci po nerwowej w ich życiu przerwie powrócili z siódmym albumem „Ellipsis”.

 / Fot. FacebookO nowym albumie, problemach, jakie pojawiły się podczas jego nagrywania miałem przyjemność porozmawiać z basistą Jamesem Johnstonem tuż przed ich koncertem na warszawskim Torwarze.

Chciałbym zacząć naszą rozmowę od waszego siódmego albumu ‘Ellipsis’. Jak wyglądała praca nad nim? Z czym musieliście się zmierzyć tym razem?

J.J: Gdy zaczęliśmy prace nad naszym siódmym albumem Ellipsis wiedzieliśmy, że nadszedł czas, aby ruszyć do przodu. Postanowiliśmy zacząć zmiany od producenta, którym został Rich Costey. Chcieliśmy zmienić nasze brzmienie i odkryć je na nowo. Ważne dla nas było to, aby się nie powtarzać. Nie chcieliśmy nagrać ponownie albumu Opposties, Przyjrzeliśmy się, więc temu jak nagrywaliśmy wcześniej. Rich Costey wniósł bardzo nowoczesne podejście do produkcji. Lubi eksperymentować i korzystać z najnowszych technologii. Poprzednie nasze albumy można powiedzieć, że były nagrywane w oldschoolowym stylu, co było super na tamten okres. Uważam, ze wszystko ma swoje miejsce i jest robione z odpowiednich powodów. Czasami trzeba wyjść po prostu poza swoją strefę komfortu może nawet poczuć się bardzo niekomfortowo, aby spróbować nowych rzeczy. Podczas nagrywania Ellipsis mieliśmy wiele takich momentów, gdy czuliśmy się niekomfortowo. Każdy, kto mówi, że nagranie kolejnego albumu to łatwizna według mnie jest kłamcą. Prawda jest taka, że wymaga to dużo skupienia i koncentracji. My byliśmy w studiu w Los Angeles przez sześć miesięcy. Zajęło nam sporo czasu nagranie naszego najkrótszego albumu, ale uważam, że byliśmy to winni samym sobie, naszym fanom i wszystkim, którzy nas wpierają.


Postanowiliście w pewnym momencie wziąć zasłużoną przerwę od koncertowania. Czy było Wam łatwo się odnaleźć w normalnej codzienności? Jak ta przerwa na Was wpłynęła?

J.J: Wiesz, co, spędziliśmy dwa lata w trasie z ostatnim albumem Opposites. Był to bardzo intensywny okres. Ważne jest, aby od czasu do czasu opuścić tą nadmuchaną bańkę i żyć „normalnym życiem”. Zdaliśmy sobie wtedy sprawę, że my chyba się nie nadajemy do normalnego życia. Przez te wszystkie lata, stajesz się instytucją masz wyznaczone zadania, twoje życie jest pełne obowiązków, ale do tego jesteś w stanie się przyzwyczaić. Kiedy kończymy trasę i wracamy do naszych domów nie wiemy, co ze sobą zrobić. Myślę, że ważne jest, aby po prostu zachować zdrową równowagę. W tym czasie nie przestaliśmy tworzyć muzyki. Spotykaliśmy się i próbowaliśmy obrać nowy kierunek, w którym chcielibyśmy pójść. Nie było to jednak łatwe. Simon był pod wielką presją, gdy po zakończeniu tak udanej trasy z albumem Opposites i wielu sukcesach musiał zacząć myśleć o nowym albumie. Nie pomagały też zewnętrzne naciski ze strony wytwórni i ludzi związanych z naszym zespołem. To było cholernie trudne. Wiesz każdy ma w sobie wiele nadziei, wewnętrzną presję, możesz z tym żyć w swojej głowie, ale gdy czujesz presję z zewnątrz to bywa trudne do pokonania. Kilka miesięcy zajęło nam psychiczne poradzenie sobie z tym i uporządkowanie wszystkiego. W końcu poczuliśmy pewność siebie i mogliśmy ruszyć naprzód.

Macie na swoim koncie wiele sukcesów, nagraliście siedem albumów. Zdaję sobie sprawę, że praca nad każdym z nich wyglądała zupełnie inaczej. Jakbyś mógł porównać dwa ostatnie albumy ‘Opposites’ i ‘Ellipsis’, co najbardziej uległo zmianie w procesie ich powstawania?

J.J: Pracując nad Opposites podwójnym albumem nagraliśmy 23, 24 piosenki. Mięliśmy wielką tablicę na ścianie, na której zaznaczaliśmy etapy naszej pracy. Każda piosenka była podzielna na elementy, tj. perkusja, bas, wokal itd. Wszystko, co musieliśmy osiągnąć było na tej tablicy. Wszystko było dokładnie zaplanowane. Na przykład podczas trzeciego tygodnia wchodziliśmy do studia nagrywać perkusję do Black Chandelier. Trzymaliśmy się planu i przy takiej ilości muzyki do nagrania to wyszło nam na dobre. Tym razem pracując z Richem Costey było zupełnie inaczej. Nie było żadnego planu. Każdego dnia nie mieliśmy pojęcia, nad czym będziemy pracować. Na przykład przychodząc do studia rano nie wiedzieliśmy, co będziemy robić popołudniu. Na początku to było dla bardzo szokujące. Ponieważ byliśmy przyzwyczajeni do pracy według pewnego schematu. Ale nie daliśmy za swoje i po pewnym czasie na ścianie pojawiła się tablica, jednak z tą różnicą, że nagrywaliśmy bardziej chaotycznie. Przy poprzednich albumach niemal każda piosenka powstawała od perkusji postem pracowaliśmy nad resztą. Dla zobrazowania, to jest tak jak z budową domu zaczynasz od fundamentu i kończysz na dachu, tyle, że tym razem czuliśmy, że budujemy dom od dachu. Jak już do tego przywykliśmy było to bardzo ekscytujące. Cieszymy się, że odważyliśmy się na ten gigantyczny krok naprzód. Wyszliśmy poza swoją strefę bezpieczeństwa i opłaciło się to w 100%.

Jestem pod ogromnym wrażeniem Waszego nowego tatuażu, który Was połączył w całość. Co Was do tego zainspirowało?

J.J: Byliśmy wielkimi fanami pracy Chaima Michvela. Jest to artysta tatuażu z Tel Awiwu. Aktualnie prowadzi swoje studio DotstoLines w Berlinie. Zawsze myśleliśmy o zrobieniu czegoś, co by nas naprawdę połączyło. Przy każdym albumie staraliśmy się odnowić swoje oddanie dla zespołu właśnie wykonując wspólnie jakiś drobny tatuaż. Tym właśnie są dla nasz tatuaże, dzięki nim tworzymy wspomnienia. Decydując się na ten tatuaż był to dla nas idealny moment przejścia do kolejnego etapu, którym jest nasz siódmy album. Dla osób, które nie wiedzą, o czym mówimy, tatuaż zaczyna się na nodze Simona następnie idzie przez moje plecy i kończy się na ramionach Bena. To był dla nas bardzo emocjonalny moment, który nas jeszcze bardziej połączył. Bardzo podoba mi się idea tego tatuażu bez jednego z moich braci ten tatuaż staje się niekompletny. A my siebie uzupełniamy idealnie.

W jednym z wywiadów kiedyś powiedzieliście, że jesteście „spełnionym zespołem”. Z jakiego osiągnięcia jesteście najbardziej dumni?

J.J: To trudne pytanie. Wydaje mi się, że najbardziej jesteśmy dumni z tego, że nam się nadal chce i że staramy się nagrywać najlepsze płyty, jakie tylko możemy. Wiele zespołów na tym etapie sobie odpuszcza. Jeśli miałbym wybrać jeden moment w naszej karierze, z którego wyjątkowo jesteśmy dumni to byłby to na pewno nasz kolejny występ na tegorocznym festiwalu Reading & Leeds. Miło było powrócić ponownie, jako headliner. Był to dla nasz wielki zaszczyt i wyjątkowo emocjonalny koncert. Od zawsze marzyliśmy, aby wystąpić na scenie największego rockowego festiwalu w Wielkiej Brytanii. Poczuliśmy się tam jak w domu. Wiedzieliśmy, że publiczność jest razem z nami. To było naprawdę piękne!

Czego mogę Wam życzyć?
J.J: Chcemy nadal tworzyć dobrą muzykę? Dla mnie osobiście nie jest to zbyt skomplikowane. Ja chce po prostu nagrywać świetne albumy i grać jak najwięcej koncertów. Niesamowicie jest móc podróżować po całym świecie robiąc to kochasz z ludźmi, których kochasz. Na przykład na dzisiejszy koncert w Warszawie zjechali się fani z całej Polski to naprawdę rozczula nasze serca. To jest wspaniałe uczucie wiedząc, że swoją muzyką możemy zrzeszyć ludzi i stworzyć z nimi wyjątkową atmosferę podczas koncertu. Bycie w trasie nigdy nie stanie się dla nas męczące. Możliwość odwiedzania nowych miejsc jest dla nas bardzo ekscytująca.

Rozmawiał: Marcin Michałowski / https://www.youtube.com/user/bandscantalk



Polecam również mój wywiad z zespołem White Lies




Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.