Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

173705 miejsce

Bitwa o formę, czyli książka kontra adaptacja

Myślisz, że opowiadana historia cię wciąga? Tak ci się tylko wydaje. Bo dlaczego mając książkę i jej adaptację - wybierasz TYLKO jedno? To nie historia jest najważniejsza, a... twój odbiór!

„Za moich czasów...”

Kłótnie o to, czy lepsza jest książka czy adaptacja filmowa, często mają zabarwienie konfliktu międzypokoleniowego. Najczęściej dzieci są za filmem, a rodzic za słowem pisanym. Nie chodzi mi tylko o lektury szkolne. Odsyłając na bok dydaktyczne skrzywienia rodzicieli, zastanówmy się nad powodami tychże różnic.

Ze strony starszych sytuacja jest klarowna. Ot, tak wychowani. W ich czasach telewizja raczkowała, nudy PRL-oskie leciały. O grach komputerowych czy internecie zapomnijmy. Rozrywka sprowadzała się do podwórka szaro-burego, natomiast co bardziej wolny duch znajdował kolory w marzeniach. Także cudzych i cudzą ręką spisanych. Takie przygodowe i emocjonalne gotowce.

Nie dziwi więc sentyment do druku, umiłowanie wyobraźni. A narzucone wzorce postaci-aktorów są traktowane jako atak na wolność wyobraźni.

Idzie młodość!

Co zaś tyczy się młodych, wiadomo co zaprząta ich wyobraźnię. Filmy, gry. To codzienność. Łatwa i przyjemna. Książki niech sobie zalegają na półkach i obrastają przynależną im szarością kurzu. A co! Czytanie to strata czasu i siły, bezsensowny wysiłek. I tak to co się czyta w 10 godzin można zobaczyć w dwie. Do tego, to nie my, a reżyser męczy się nad wypracowaniem kolorowego świata.

Racjonalne, ale stereotypowe. Stanowi też nikłą część sporu. Niemniej jednak nadaje mu smaczek konfliktu między starszym, a młodszym pokoleniem. Tylko, że jest on mało istotny. Najważniejsza jest odpowiedź na pytanie, dlaczego prawie zawsze wybieramy albo książkę albo jej ekranizację. Dlaczego musimy polubić ALBO to ALBO to?

Armaty przeciw książkom, bazuki na film!

Sprawa jest prosta w przypadku utworu Sapkowskiego i wytworu wiedźmino-podobnego na ekranie. Takimi radykalnymi przypadkami zajmować się nie będę. Problem pojawia się, kiedy mamy książkę i jej adaptację na równym poziomie artystycznym. Polubimy wyłącznie jedno z nich, bo działa wtedy efekt kontrastu, czyli polaryzujące uczucia porównanie.

Na pewno zależy to od ogólnego upodobania do książek lub filmu. Nie oceniamy wtedy poszczególnych przedstawicieli tych sztuk. Zakładamy, że lektura nigdy nie dorówna filmowi bądź odwrotnie. W tym miejscu przerywam ten wątek, bo zaraz znalazłabym się się między działami zwolenników obu opcji.

Kto pierwszy ten lepszy

Co z człowiekiem na tyle otwartym, że lubi i jedno, i drugie. Dziwne takie osobniki istnieją i wbrew pozorom, dobrze się mają. Także w tzw. dzisiejszym pokoleniu (co pokazuje stereotypowość poglądu przedstawionego na wstępie).

Otóż wyobraźmy sobie, że staje on przed wyborem między dziełami na tym samym poziomie. Docenia on walory obu dziedzin, więc nie będzie się zastanawiał nad wyższością stylu pisanego nad środkami stricte filmowymi (albo odwrotnie). I oto on... WYBIERA! Tak, jest w stanie wybrać co bardziej mu się podoba! Pytam więc, jak? Toż to mission impossible jest! A jednak da się tego dokonać.

Kwestia jest prostsza niż może się wydawać. Człowiek nie jest w stanie czytać i oglądać jednocześnie. Którąś czynność musi wykonać pierwszą. Chyba, że uda nam się przeprowadzić pewien eksperyment. Trzeba odszukać w programie telewizyjnym adaptację jakiejś lektury. Koniecznie podzieloną na dwie części emitowane z tygodniową przerwą. Może być to np. Doktor Żywago. Po obejrzeniu pierwszej partii, należy przeczytać książkę, następnie zaś przystąpić do oglądania części ostatniej. W ten sposób połowę filmu widzimy „na świeżo”, połowę zaś po książkowych doświadczeniach. Wadą tego rozwiązania jest to, że musimy dobrać odpowiedni (czyt. lubiany przez nas) gatunek. Jego ocena nie powinna wpływać na ocenę obiektów doświadczenia. Jako, że długie (czyli podzielne) ekranizacje są raczej kostiumowe – eksperyment ten mogą wykonywać tylko fani tego rodzaju. Większość obywateli jest więc skazana na pospolitą kolejność.
Ta KOLEJNOŚĆ determinuje potem nasze postrzeganie dzieł.

Punkt widzenia zależy od punktu odniesienia, czyli Einstein w sztuce

Co dzieje się z osobnikiem, który najpierw przeczyta daną historię? Załóżmy, że mu się spodoba. Polubi historię, czyli ciąg przyczynowo-skutkowy. Będzie to nowość. Bo przecież sztampa nikomu nie przypada do gustu. Wyłączając komedie romantyczne.

W każdym razie, działa tu efekt świeżości. Inaczej czytamy coś za pierwszym razem, inaczej za drugim. Często coś się nam podoba ze względu na nieprzewidziane zwroty akcji, czyli dlatego, że nas czymś zaskoczono. Lubimy poznawać coś nowego, inne spojrzenie na świat. Objawiło się to w Matrix cz. 1. Tam interesowała nas „idea”, nowy pomysł. Zabrakło tego w kolejnych częściach. Im nie pomogły nawet oszałamiające efekty specjalne. Na tym właśnie polega „syndrom oryginału”.

Odwracamy kolejność. Teraz nasz biedny królik doświadczalny zajmie się adaptacją, potem zaś książką. Dla niego oryginałem, a tym samym punktem odniesienia, stanie się film. Jeśli mu się spodoba zarówno historia, jak i jej pokazanie, sięgnie po lekturę. I tu niespodzianka! Rozczaruje się prawie na 100% !!!

Bo oto przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że książka umożliwia nam stworzenie dowolnie pasującego nam świata i rysunku postaci. A tu, brzydko mówiąc, „wtryniają” się nam obrazy z filmu. Już nie możemy zmieniać wieku głównego bohatera (dotyczy kobiet) albo bohaterki (dotyczy mężczyzn), o ich wyglądzie zewnętrznym nie wspominając. A przyzwyczajenie do ich wizerunku filmowego, na niewiele się zdaje wobec pokusy własnej wyobraźni automatycznie generującej obrazy. One nie utrzymują się długo ze względu na utrwalone i atakujące nas klatki filmowe. To bezpardonowe niszczenie naszej inwencji, działa irytująco. Nasze zdenerwowanie natomiast powoduje ślepotę na walory właściwe tylko książce, np. styl narracji. Siłą rzeczy nie jesteśmy w stanie jej nawet ocenić. Jesteśmy źli na własną głupotę. O, przepraszam. Nie my, tylko nasz królik doświadczalny.

Nietrudno więc skonkludować, że to właśnie pierwszeństwo ma decydujący wpływ na to co lubimy bardziej. Dotyczy to tylko i wyłącznie sytuacji równowagi artystycznej oraz równowagi upodobań. W przypadku niespełnienia któregokolwiek z powyższych warunków, dany wybór może być uzasadniony konkretnymi racjonalnymi argumentami.

Jajko czy kura?

Na tym tle zastanawiające jest całkiem nowe zjawisko. Jest nim pisanie książek po filmie (nie mówię tu o wydaniach scenariuszy)! To, że pojawiają się nowe wydania książek, zaraz po ich ekranizacji, nie dziwi. To, że ilustruje się je fotosami z filmu, także nie. Mimo, iż wystawia to na próbę wcześniejsze wnioski, jestem w stanie taki obrót rzeczy przyjąć i pochwalić.

Większa popularność filmu zostaje wtedy odpowiednio wykorzystana i przełożona na wzrost czytelnictwa. Widz zachwycony filmem sięga do źródeł... Książka zostaje porównana i oceniona w stosunku do udanej jej adaptacji. Ale nic to! Zresztą, ilustracja zdjęciami historii pisanej jest próbą pogodzenia obu wersji. Stwarza w widzu-czytelniku przekonanie, że nie wykluczają się one wzajemnie. Co więcej, razem tworzą jedną całość.

Tak jak Kill Bill 1 i Kill Bill 2. Sama tak mam, że jeśli są ilustracje to co jakiś czas na nie zerkam. Kiedy bohater czymś mnie zaskoczy czy zdziwi – patrzę mu „prosto w twarz” i próbuję jego działania z tą twarzą pogodzić. Taki mechanizm w połączeniu z „filmową” wersją książki skutecznie niweluje denerwujące pokusy wyobraźni. Jednocześnie dalej mogę myśleć... Mogę ożywiać i przywoływać bohatera z filmu, mogę „godzić” jego poczynania i myśli z postacią „realną ”– a nie jest to łatwe.

Natomiast tendencja pisania książek na podstawie filmu, jest dość kontrowersyjna. Takie "Pojutrze", film katastroficzny, którego jedynym atutem były efekty specjalne (bo przecież nie historia! Nigdy!), nagle pojawia się z okładką. No dobrze. Ale na ten film chodziło się ze względu na efekty wizualne, a takowych książka nam nie może dostarczyć. Po co więc ktoś ją pisał?

Może chciał rozwinąć poszczególne wątki, pogłębić wymowę. W takim razie lepiej byłoby wymyślić coś zupełnie nowego. Nie musiałby wtedy trzymać się ogólnego rytu postaci i fabuły narzuconej przez poprzedzający książkę film. Znawcy twierdzą, że to ograniczenie jest bardziej ułatwieniem (łatwiej mieć gotowy szkic niż wymyślać wszystko od początku). W takim wypadku jednak pogłębienie wymowy "Pojutrze" jest raczej fikcją. Osobiście skłaniam się ku innej wersji. Książka jedzie na popularności filmu! Wykluczone jest więc nadanie głębi. Lektura staje się kolejnym gadżetem (takim jak figurki, etc.) służącym zarabianiu pieniędzy. A ewentualne zainteresowanie czytelników pozostaje dla mnie zagadką.

Zgoda buduje, niezgoda rujnuje

Rzadkie są przypadki, kiedy jednakowo cenimy obie interpretacje, ale takie się zdarzają. Przykładem jest "Władca pierścieni". Lubiano go zarówno w wersji oryginalnej jak i adaptowanej, niezależnie od kolejności
poznania. A to dlatego, że świat Jacksona dopasował się do większości wyobrażeń czytelników. Natomiast ofiarom błędu kolejności (czyli najpierw film, a potem książka), oszczędzony został wysiłek wymyślania. Mieli podane na tacy najlepsze wzorce. I wcale nie chcieli nic w nich zmieniać. Prawdę powiedziawszy, sama złapałam się na tym, że przyznałam Peterowi wyższość. Wymyślił lepszego Golluma niż mój...

Przypadek "Władcy..." nie musi być wcale wyjątkiem potwierdzającym regułę. Może on stanowić dowód, że fenomen „przymusowego wyboru: książka – jej adaptacja” (nie licząc "mutantów" tj. "Pojutrze") wcale nie jest ani przymusowy, ani oczywisty. Nie musimy już chwalić jednego kosztem drugiego. Możemy lubić oba dzieła, każde za jego i tylko jego walory. Tym optymistycznym akcentem kończę ten wywód. Oby jak najwięcej takich zgodnych koegzystencji oryginałów i ich wersji!

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Zastanawiam się, tyle tu wejść a mało komentarzy. "Gonitwa szczurów", nie mają czasu zatrzymać się na chwilę.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.