Facebook Google+ Twitter

Biznes na ludzkim nieszczęściu

Dwa lata po trzęsieniu ziemi życie w L'Aquili wciąż nie może wrócić do normy. Jedynym zwycięzcą są włoskie firmy, które zdobyły lukratywne kontrakty. Wystarczyły znajomości i wadliwe włoskie prawo.

Zniszczony akademik / Fot. Dawid SerafinL'Aquila (środkowe Włochy) 6 kwietnia 2009 roku. Wstrząs 6,3 w skali Richtera. Potem seria stu wstrząsów wtórnych. Ginie 308 osób, rannych jest półtora tysiąca. Miasto wygląda jak po przejściu wojennego frontu.

Rano na miejsce tragedii przybywa premier Włoch Silvio Berlusconi. Jest poruszony rozmiarem tragedii. Po południu podczas konferencji prasowej w siedzibie Guardia di Finanza składa obietnicę: "Żaden z mieszkańców nie zostanie pozostawiony samemu sobie".

Na konferencji prasowej obecny jest także Guido Bertolaso, szef Protezione Civile, prywatnie dobry znajomy włoskiego premiera. Przed Bertolaso gigantyczne wyzwanie. Odbudować zniszczone miasto. - System obrony cywilnej działa niezależny od nikogo w czasie katastrof oraz podczas organizacji dużych wydarzeń, w tym także sportowych. To właśnie Protezione Civile podczas nadzwyczajnych wydarzeń decyduje komu zlecić wykonanie prac. Decyzje te nie podlegają żadnej kontroli - tłumaczy serwisowi Wiadomości24.pl Giorgina Cantalini, włoska reżyserka i dziennikarka pochodząca z Abruzji (region, którego stolicą jest L'Aquila przyp. red.).

Brak jakiejkolwiek kontroli nad Protezione Civile to zasługa dokumentu uchwalonego przez rząd Berlusconiego w latach 2000-2005. Podczas głosowania nad uchwałą włoscy deputowani przekonywali, że nadzwyczajne sytuacje wymagają nadzwyczajnych środków. W sytuacjach kryzysowych nie możne być hamulca w postaci biurokracji.

Duża swoboda w interpretacji prawa, brak kontroli w doborze firm. To szansa na biznes. Bardzo szybko zdają sobie z tego sprawę Francesco De Vito Piscicelli i jego szwagier Gagliardi; przedsiębiorcy z Florencji. Nad ranem tuż po tragedii Gagliardi dzwoni do Piscicelli. Gagliardi przekonuje szwagra, że trzeba jak najszybciej udać się na miejsce. Tłumaczy: trzęsienia ziemi przecież nie zdarzają się codziennie. - Wiem. Musimy pomóc tym biedaczkom. Śmiałem się dziś z tego rano - odpowiada Piscicelli. Rozmowę ujawniają włoscy dziennikarze prawie rok po trzęsieniu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.