Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

86805 miejsce

Bjoerndalen znaczy zwycięzca

To był symboliczny obrazek. Chwilę po tym, jak ruszył na trasę sprintu, kamera pokazała zachodzące słońce pomiędzy zaśnieżonymi szczytami Kaukazu. Słońce w kolorze złota.

 / Fot. PAP/EPASportowiec starego, klasycznego stylu. Taki, który robi swoje, ale nie robi wokół siebie wrzawy. Taki, który nie narzeka na okoliczności, ale bezkompromisowo gna do mety. W odróżnieniu od norweskich przedstawicieli sportów biegowych, którzy dysponują naszpikowaną elektroniką ciężarówką i kilkuosobowym sztabem techniczny, sam przygotowuje swoje narty i karabin, sam wybiera miejsca treningów i tryb życia między nimi. Nie czuwa nad nim żaden opiekun. Słowo komfort nie ma dla niego znaczenia, słowo porażka poddane jest krytycznej analizie w każdym możliwym kontekście.

Kiedy debiutował, nad bulą fruwał jeszcze Jens Weissflog, slalomowe tyczki brawurowo mijał Alberto Tomba, a konkurencje snowboardowe nie zaliczały się do programu igrzysk. Jeśli kiedyś wyda książkę, w której każdemu medalowi olimpijskiemu poświęci osobny rozdział, będzie ich tyle, co w "Panu Tadeuszu". Dość powiedzieć, że częściej stawał na najwyższym stopniu podium niż polscy olimpijczycy.

Gdy zaspokoił głów zwycięstw w Pucharze Świata - dobrnął do 94, bijąc 23-letni rekord szwedzkiego alpejczyka Ingemara Steinmarka, horyzont planów niby gwałtownie się dla niego skurczył. Sezon 2012/2013 był pierwszym od 19 lat, kiedy znalazł się w trzeciej dziesiątce. Mówiono, że zegar biologiczny, którego wskazówki w tej dyscyplinie i tak przesuwają się wolno, wybił godzinę, za którą już nie mija się mety. Jego najwięksi rywale - Martin Fourcade i Emil Hegle Svendsen są kolejno o 14 i 11 lat młodsi, lepiej czują się strzelnicy i wciąż mają sobie wiele do udowodnienia. Fakt, ze strony norweskiego wojska Bjoerndalen pewnie nie otrzyma propozycji pracy snajpera, ale pomyłki na strzelnicy to cześć jego legendy, której znakiem jest szaleńczy wyścig z czasem. Mowa w końcu o pierwszym biathloniście w historii, który prześcignął biegaczy (zawody w Gallivare w 2006 r).

Za najwybitniejszego przedstawiciela sportów zimowych uważa tego, z którym zrównał się w klasyfikacji multimedalistów. "Bjoernowi Daelhi było trudniej uzbierać tę zdobycz, dziś jest więcej konkurencji" - powiedział "Guardianowi". Wczoraj w biathlonowym biegu na dochodzenie jeszcze się nie udało, ale trudno mieć wątpliwości, że i na tym polu wkrótce zostanie samodzielnym liderem. A w perspektywie jeszcze start za cztery lata w Pyeongchang i być może w Oslo, które będzie się ubiegać o organizację igrzysk w 2022 r. Norweski dominator będzie miał wtedy 48 lat. Kto jak nie on byłby skłonny porwać sie na niemożliwe.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.