Facebook Google+ Twitter

Bloodgroup to jest jednak klasa!

Występ w Basenie potwierdził, że Islandia oprócz eksportowania eterycznych, subtelnych brzmień, ma też wielki popowy potencjał - niby wszyscy znamy GusGus, ale niewielu pamięta o całej masie innych rewelacji, w tym właśnie o Bloodgroup.

Bloodgroup wpisują się w pewnym stopniu w estetykę GusGus:
bardzo dopracowana elektronika i pop, który co prawda w przypadku tych drugich stał się nieco pretensjonalny i zbyt profesjonalny. Warto też wspomnieć o Berndsenie, który wciąż do Polski nie dotarł, a nagrał już drugą płytę. Miał być w kwietniu, plany się jednak zmieniły i musimy uzbroić się jeszcze w cierpliwość. I tu też popowa elektronika, tym bardziej w uroczo tandetnej stylistyce lat 80-tych, sprawdza się rewelacyjnie. Takich tworów prosto z malutkiego Reykjaviku nie brakuje - a o ich wysokim poziomie przekonują takie występy jak wczorajszy.

Bloodgroup to rzecz mroczniejsza, niżby się po elektronicznym popie mogło wydawać. Ich selekcja dźwięków, upodobanie do ciemnych basów, dużych doz ponurego techno sprawiają, że gdzieś ucieka ta nieznośna lekkość elektronicznego grania - i mimo konsekwencji w odwołaniach do popu nie brakuje elementów je równoważących, dzięki którym ich muzyki nie wszyscy będą słuchać z upodobaniem. Bardzo podoba mi się ta koncepcja grania: łatwo połączyli nieco łatwiejszą w przyjęciu alternatywną elektronikę z ciężkim minimalem, przemycili elementy drum n'basu i dubstepów, a wokale dość konsekwentnie operowały w popowej stylistyce, tylko czasami próbując krzyczanych wyskoków. Świetnie to brzmiało: koncert był spójny, dynamiczny, mógł się pochwalić dwoma bardzo dobrymi głosami, które na zmianę śpiewały kawałki, oraz dwoma kolejnymi, które dzielnie i dobrze ich wspierały w chórkowych kwestiach. Niewiele jest takich zespołów, w których sto procent składu zdecydowałoby się na śpiewanie. Muzycznie wypadli równie rewelacyjnie, pogrążając nas w projektowanej przez nich muzycznej ciemności, w której bezwstydnie zachowały się kawałki tandety techna z lat 90-tych. Fenomenalnie się ten dźwięk wpisał w ciemną przestrzeń dookoła, i wbrew temu, co czytam w komentarzach, moim zdaniem nagłośnienie było zupełnie dobrze. Owszem, było go dość dużo, ale słuchając płyty, która do najbardziej minimalistycznych nie należy, można się było spodziewać eskalacji efektu na żywo. I tak faktycznie było, basy toczyły się po parkiecie, wprawiając wszystko w wibrację, a w powietrzu zawisły elektroniczne smaczki, keyboardy, perkusje i inne smaczki, które zgrabnie mieszały się w całość. Bardzo dobry koncert.

Dwa słowa o BAASCH, który zaskakująco dobrze wpisał się w ten schemat: ciemne indie-elektroniczne granie, spójna koncepcja muzyczna, fajny wokal, z rzadka jakieś alternatywne gitary w stylu Ferdinanda, i widoczne miesiące pracy włożone we wczorajszy bardzo dobry efekt. Tak, to jest dobry zespół, i nie, nie jest to rewolucja na polskiej scenie. Ale dobrze, że są - niebawem grywali będą na dużych festiwalach, bo to grupa wprost stworzona na Openery i Burny. I tak, to jednak jest komplement.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.