
Młody czarnoskóry podróżnik z gitarą, arogancki artysta u szczytu sławy, muzyk ujawniający się od strony intymnej, zadumany samotnik w scenerii z westernu, piosenkarz oddający duszę Bogu... Każda z tych postaci zdaje się być jednostką autonomiczną, umieszczoną w odrębnej scenerii, z własną duszą. Dlatego mamy wrażenie, że to biografia nie jednego bohatera, lecz kilku.
Efekt ten potęguje fakt, że żadnego z nich nie nazwano Bobem Dylanem. Reżyser wybierając taką właśnie formę, zerwał zupełnie z tradycyjnym schematem biografii, co dało mu niezwykłą wolność w kreacji obrazu artysty, bez konieczności wystawiania oceny, ukazywania życia muzyka pod konkretnym kątem. My, jako odbiorcy utworu, mamy za to w tej kwestii dowolność, nie pozostajemy bierni.
Obrazami z pogranicza snu i jawy nie rządzi żadna chronologia, żadna teza. Nic nie jest tu jasno powiedziane, widz sam musi odnaleźć się w chaosie słów i postaci. I zdaje się, że to najlepsza recepta na dokonanie interpretacji takiego artysty, jak Bob Dylan. Wrzucenie go w niczym nieograniczoną przestrzeń, pozwolenie na to, by swobodnie się w niej poruszał wraz z całym otoczeniem, myślami, snami, słowami - i muzyką oczywiście. Zamieszanie, bałagan - wszystko jest tu uzasadnione. Sam Dylan stwierdził przecież: "Akceptuję chaos. Nie jestem pewny, czy chaos akceptuje mnie".
Czy mimo tak niekonwencjonalnych metod, jakimi posłużył się reżyser, film dalej można nazwać biografią? Tak - bo każda z postaci przedstawia przecież Dylana w różnych etapach życia, odrębnych stanach ducha i umysłu. Kto jednak będzie doszukiwać się suchych faktów, poukładanego w przestrzeni i czasie życiorysu, może się zawieść. Bo nie chodzi tu wcale o zgrabne przedstawienie historii o drodze do sławy. Tu rzeczywistość miesza się z fikcją, fakt z mitem, jawa z fantazją. Nie wiemy kto jest prawdziwy, a kto wykreowany jedynie przez wyobraźnię.
Zamiast konkretnych informacji dostajemy w zamian prawdziwy kolaż osobowości, którą trudno ogarnąć umysłem. Sama postać Dylana okazuje się być jedną z wielu ról, które odgrywa Robert Allen Zimmerman (prawdziwe imię artysty).
W niezwykłą koncepcję podróży po świecie Dylana świetnie wczuli się aktorzy. Na szczególną uwagę zasługuje tu Cate Blanchett. Płeć nie przeszkodziła jej wejść w skórę aroganckiego i zbuntowanego muzyka, zdającego się być przytłumionym przez własny sukces. Jej wcielenie to Jude Quinn - nawiązanie do Dylana z połowy lat 60. Już sam widok wystylizowanej na piosenkarza gwiazdy robi ogromne wrażenie. Za tę rolę aktorka nominowana została do Oscara.
Co do oprawy muzycznej filmu - chyba nie ma potrzeby się rozpisywać. Po prostu genialna.