Facebook Google+ Twitter

Bokiem w przód, czyli o driftingu słów kilka

Odkąd na ekrany kin weszła trzecia część Szybkich i Wściekłych: Tokio Drift, a na polskich torach coraz częściej goszczą drifterzy, fenomen driftingu przestał być pasją garstki zapaleńców - stał się coraz popularniejszym sportem nad Wisłą.

Polacy potrafią... zadymić. Na zdjęciu BMW Drift Day i popis naszych eksportowych kierowców. / Fot. Dariusz MurlikiewiczDrifting, czyli jazda w kontrolowanym poślizgu, wywodzi się stricte z rajdów samochodowych. To tam właśnie "jazda bokiem" służyła kierowcom do dynamicznego i płynnego pokonywania zakrętów, bez zbędnego wytracania prędkości i wybijania się z rytmu jazdy. Jednakże drifting, jako sport i styl życia wielu milionów fanów na świecie wywodzi się z Japonii. A ściślej z krętych, górskich serpentyn w okolicach japońskiego Nagano - to tam zrodziła się koncepcja i moda na pokonywanie zakrętów ślizgiem i współzawodnictwo w tej dyscyplinie.

Podczas, gdy Amerykanie mieli swoje hot-rody i pasje do ścigania się na prostych odcinkach ulic, to skośnoocy zapaleńcy rzucali sobie wyzwania na ciasnych, górskich serpentynach. Początkowo polegało to na jak najszybszym przejeździe z punktu A, do punktu B, przy założeniu, że zakręty należy pokonywać bokiem. Widowiskowa jazda na krawędzi, która przyciągała kierowców jak magnes, szybko przeniosła się także na ulice miast. To tam właśnie, na oczach publiczności i przypadkowych przechodniów tylnonapędowe potwory pędziły przez miasto w ruchu ulicznym, pokonując zakręty i mijając wolniejszych bokami, w kłębach efektownego dymu. Popularnośc driftingu i drifterów, z dnia na dzień stawała się co raz większa - najlepsi kierowcy zyskiwali niemały szacunek i wręcz uwielbienie kibiców, a wielu posiadaczy czterech kółek, koniecznie z tylnym napędem szło w ich ślady.

Pieniądze, które w formie zakładów krążyły wokoło półświatka drifterskiego, bardzo szybko pozwoliły najbardziej efektownym kierowcom zrobić z driftingu swoją metodę na dostatnie życie.Na pierwszym planie Keiichi "Drift King" Tsuchiya. Żywa legenda driftingu / Fot. Krzysztof Kaźmierczak
Jednakże sporo płatków z kwitnących kwiatów wiśni musiało opaść, nim drifting wypłynął na szerokie wody. Choć w podziemiu dyscyplina ta rozwijała się i miała wielu miłośników, to media, za sprawą władz, piętnowały ten proceder jako niedopuszczalny. Dopiero fenomen Keiichi Tsuchiya, który stał się pierwszym wychowankiem drifterskiego półświatka, który wprost z ulic wskoczył na tory wyścigowe i odnosił tam sukces za sukcesem, pozwolił temu sportowi złapać prawdziwy oddech.

Tsuchiya, który święcił triumfy w Japanese Touring Car Championship (Japońskie Mistrzostwa Samochodów Turystycznych), wsławił się tym, że zakręty pokonywał właśnie w sposób znany z drifterskich przejazdów. Efektownie, w kłębach dymu i bokiem - czym zyskał miłość i podziw fanów, a ilekroć był pytany przez dziennikarzy o powód takiego właśnie pokonywania wiraży, odpowiadał że on po prostu driftuje i wygłaszał długą przemowę na temat filozofii i idei takiej właśnie jazdy. Jego słowa, iż "robi to nie dlatego, że jest to najszybsza metoda pokonania zakrętów, ale najbardziej ekscytująca" stały się nieomal mantrą wszystkich miłośników, tzw. "chodzenia bokami".

Nic dziwnego, że mając takiego piewcę jak fenomenalny Keiichi, który stał się dla japońskich kibiców nieomal Bogiem Nipponu, drifting szybko stał się światową obsesją. Kierowcy na całym świecie biorą za wzór Japończyków i doskonalą swoje umiejętności i wzmacniają swoje pojazdy, by dorównać swoim idolom z kraju wschodzącego słońca.

Droga na górę Haruna. Tutaj właśnie wychowywały się pokolenia japońskich drifterów. / Fot. Dariusz MurlikiewiczDrifterzy na całym świecie konkurują nie tylko na górskich wirażach, czy miejskich ulicach, ale i zorganizowani pod banderami federacji, związków czy innych form oficjalnej organizacji wjeżdżają na tory wyścigowe na całym świecie. Na zamkniętych torach współzawodniczą ze sobą na oczach kibiców, którzy potrafią pokonać odległości liczone w tuzinach stopni geograficznych, byle tylko poczuć swąd palonej gumy. Oceniają ich profesjonalni sędziowie, a walczą nie tylko o uznanie i trofea, ale i o atrakcyjne nagrody finansowe i względy sponsorów.

Japonia i USA są obecnie uznawane za państwa, w których nie tylko drifting ma mocne tradycje, ale i jest uznawany za dyscyplinę sportów motorowych traktowaną na równi choćby z Formułą I, czy wyścigami NASCAR. Stamtąd też wywodzi się największa ilość pasjonatów jazdy bokiem. Co ciekawe - w Japonii, rząd łoży duże pieniądze na rozwój tej dyscypliny stwarzając młodym zawodnikom doskonałe warunki do rozwoju i jednocześnie starając się przyciągnąć wszystkich drifterów na tory, udostępniane nieodpłatnie. Aby jak najbardziej ograniczyć niebezpieczne wojaże bokiem po krętych, górskich drogach na wielu popularnych wśród drifterów trasach poustawiane są znane nam z osiedlowych uliczek przeszkody poprzeczne, popularnie zwane "śpiącymi policjantami". Takie właśnie ograniczenia znajdziemy choćby na legendarnej, wśród japońskich zapaleńców, górze Haruna.Jeden z plakatów cyklu Initial D - kultowej mangi o driftingu. / Fot. Initial D

Formuła D1 GP, czyli najbardziej elitarne zawody driftingowe na świecie, nie tylko skupia wokół siebie najlepszych zawodników, ale i miliony dolarów łożone przez sponsorów i miliony fanów rozsianych po całym świecie. D1 GP stało się komercyjnym przedsięwzięciem, które niebawem swoim rozmachem będzie mogło konkurować z Formułą 1. Zresztą obecnie, zawody Formuły D1 GP, potrafią przyciągnąć przed telewizory w Japonii, czy Stanach więcej kibiców niż Robert Kubica i jego koledzy.

Dzięki badaniom, które przeprowadzono na zlecenie organizatorów Formuły D1 GP, udało się ustalić swego rodzaju rys, przeciętnego fanatyka driftingu:
- mężczyzna w wieku 16-29 lat
- wykształcony - student, albo absolwent uczelni wyższej
- spędzający od 8 do 30 godzin tygodniowo w internecie
- ponad 40 proc. deklaruje samodzielne próby sił w drifcie, w sposób mniej lub bardziej zorganizowany
- 75 proc. posiada swój własny samochód - dominują tutaj marki japońskie Nissan, Toyota i Honda
- przynależący do klasy co najmniej średniej - średni dochód na głowe w ich gospodarstwach domowych określa się między 32.000 zł a 70.000 zł netto rocznie.

Gwiazda polskiego driftu, startujący w europejskiej Formule EDC i zarazem założyciel Polskiej Federacji Driftu - Maciej Polody. / Fot. Krzysztof KaźmierczakO skali popularności driftu na świecie najlepiej zaświadczą trzy liczby, jeśli mit i fenomen sportu z podziemia, sam z siebie nie wydaje się być przekonujący.
21 200 000 - tyle odpowiedzi wyrzuca www.google.com po wpisaniu zapytania "drifting"
158 468 922 - tyle dolarów zarobiła z biletów trzecia, poświęcona driftingowi część legendarnego filmu "Szybcy i Wściekli"

63 półgodzinnych epizodów, 4 godzinne i pełnometrażowy film - to dorobek popularnej mangi Initial D, emitowanej przez Fuji TV, a poświęconej właśnie driftingowi. Dodajmy tylko, że za stronę merytoryczną i zgodność z realiami serii odpowiada wspomniany już Keiichi Tsuchiya.
Jeśli to jeszcze nie wzbudza zainteresowania, jedyną rzeczą jaką mogę zrobić, jest zaproszenie do Łodzi, gdzie 29 i 30 sierpnia odbędzie się IV runda TOYO Drift Cup by PFD. Ostrzegam lojalnie jednak - zapach palonej gumy i auta pędzące bokiem... uzależniają.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.