
Zaczyna się w klaustrofobicznym pomieszczeniu, którego ściany zastawione są szczelnie jarzącymi się w półmrok monitorami. Na ekranach skrzy się rozkawałkowane, chaotyczne życie metropolii. Tłum ludzi, milczących i bez rysów, przelewa się mechanicznie przez brudne ulice na obrazach z centrum miasta; z kadrów ujmujących przedmieścia wyziera pustka urbanistycznego labiryntu, przyprawiona brutalnością zaułków i beznadziejną szarością blokowisk dla marginesu. Wszędzie ten sam krajobraz z betonu, blachy i ogromnych brył, ta sama bezbarwność, wszędzie wreszcie: jaskrawe, krzyczące neonami wykwity tandety. Hamlet byłby dziś wulgarnie dosłowny: nowoczesne miasto jest przytłaczającym więzieniem.
Po jego brzydkim, fragmentarycznym pejzażu z monitorów wodzi uważnie zatopiona w ciemności kobieta. Tęsknym wzrokiem lustruje pędzące szaleńczo sceny z wielkomiejskiej komedii, widzi przestępstwa, przemoc, sztubackie zabawy, ludzkie podłości i miłosne zaloty, wszystko w nieprzerwanym ciągu. I – uśmiecha się do szklanych tafli.
Nazywa się Jackie (znakomita K. Dickie), jest pracownicą policyjnego monitoringu w Glasgow, a migawki z życia miasta stanowią dla niej ostatnią ostoję przed poczuciem bezsensu. Poza życiem zawodowym przemierza bowiem w jednostajnym rytmie podobne do siebie dni, samotnie i bez nadziei na wyłamanie się z martwego scenariusza. Spędza regulaminowy czas w pracy, po czym ze świadomością skazańca powraca do pustego mieszkania, w którym znajduje jedynie ciszę i godziny jałowego oczekiwania na następny poranek. Istnienie jej, zastygłe w codzienny, nieznośny rytuał, jest niczym niezmącone; czasem tylko Jackie wyjeżdża po robocie z żonatym kolegą za miasto, by w krótkim samochodowym seksie doznać rozkoszy bez znaczenia. Z rozpaczliwą pustką potrafi zmierzyć się jedynie w czasie seansów przed ekranami monitoringu. W chwilach, w których karmi się okruchami cudzej prywatności, cudzymi radościami i smutkami, pozwala sobie na uśmiech, na nikłe złudzenie uczestnictwa w mitycznej, jakże odległej intensywności życia.
Trwa to jednak tylko przez sekundy zapomnienia, po których Jackie na powrót przybiera melancholijną maskę żałobnicy. Jej życie bowiem – to dogorywanie w cieniu tragedii. Przy jej łóżku stoją dwie czarne urny: większa, ze spopielonymi zwłokami męża i mniejsza, ze szczątkami synka. Obaj zginęli, zmiażdżeni samochodem prowadzonym przez kompletnie naćpanego kierowcę. Jackie pozostała, pogrążona, z każdym rankiem bardziej, w poczuciu winy i rozrywającej nienawiści. Za milczącą obojętnością skrywa rosnącą obsesję. Wreszcie – któregoś dnia, takiego samego, jak wszystkie – dostrzega, na obrazie z kamery umieszczonej na Red Road, mordercę najbliższych…
Film Arnold stanowi bardzo sugestywną wariację na tematy z XX-wiecznego egzystencjalizmu spod znaku Sartre i Heideggera. Bolesny pesymizm, rozdzierający tutaj każdy kadr, wypływa z drobiazgowej obserwacji ludzkiego życia w ogromnym mieście epoki postmodernistycznej; wydaje się to ono miałkim spektaklem, podszytym w każdej scenie dojmującą pustką. Bezsens owego „bytu ku śmierci” wyziera z ekranu przerażającym szyderstwem; ładunek emocjonalny dzieła szkockiej debiutantki nie pozwala właściwie na obiektywną ocenę jego walorów. Recenzent porzucić musi krytycyzm na rzecz jątrzącej duszę kontemplacji. Ta zaś odbywa się w zimnej, zółto-błękitnej tonacji znakomitych zdjęć Ryana; operator bardzo plastycznie oddał jałowy ogrom Glasgow, w którym pustka zaległa wokół bohaterów zdaje się niemal materializować. Jest przy tym „Red Road” manifestem filmowego naturalizmu, brutalnym i pełnym brudu cytatem ze stylistycznych szaleństw skandynawskiej Dogmy. Przez blisko dwie godziny oglądamy orgię dosłownej cielesności, której kulminacją jest niezwykle odważna, dręcząca zmysły, niemal pornograficzna scena stosunku, w której seks zdaje się przepoczwarzać w fizjologiczną udrękę. Maluje się przed nami świat – pułapkę, mroczny, zimny i bezduszny, w którym ohydna materialność ludzka stapia się z martwą, metaliczną tkanką świata.
Najważniejsza konstatacja „Red Road” wypływa właśnie z analitycznego rozpatrzenia pojedynczych tego świata elementów; by ją odczytać, trzeba cofnąć się do początku filmu i jeszcze raz przyjrzeć się szczegółom obrazów lustrowanych przez Jackie. Na jednym z ekranów roześmiane nastolatki w nagłym przypływie agresji osaczają jedną z rówieśnic. Pada seria ciosów nożem, okrwawiona ofiara upada na bruk. Zasztyletowały ją dla kilku funtów, teraz uciekają z marnym łupem jak wataha drapieżników. Na innym monitorze młody mężczyzna przyciska do pokrytego graffiti muru ciało przygodnej kochanki. W ciemnym zaułku dwoje pożądających ludzi pośpiesznie, rozrywając sobie ubrania, uprawia czysto fizyczną miłość w krótkich, zwierzęcych spazmach. Jeszcze gdzie indziej smutny starszy pan ciągnie przez ulicę otyłego, ciężko poruszającego się psa. Czyni tak codziennie, obierając tę samą trasę, z tym samym trwożliwym spojrzeniem na męczącego się czworonoga. Troska to zrozumiała – obecność zwierzaka jest ostatnim pozorem kontaktu, kojącym jego samotność.
Wszyscy ci ludzie rozpaczliwie próbują wypełnić pustkę swojego życia bądź zagłuszyć w sobie jej świadomość. Ich żałosne starania uzyskują w filmie rys tragiczny. Kluczową konfrontacją tego uniwersalnego dramatu jest w „Red Road” spotkanie kobiety, która straciła ukochanego i dziecko, i mężczyzny, który ma ich krew na rękach. Jackie łudzi się, że sens ukryty jest w ślepym pragnieniu zemsty, Clyde (świetny T. Curran) zagłusza ból zmarnowanej młodości w morzu alkoholu i w conocnych, seksualnych ekscesach. Oboje szukają w gruncie rzeczy wybawienia w drugim człowieku, i nie ważne, czy jest on dla nich tylko przedmiotem, czy też stanowi ucieleśnienie dręczących demonów. Usiłowania obojga – pokaleczone ciężarem wzajemnych win – są okrutną groteską bez szans na uzyskanie spokoju. Diagnoza wypływająca tak z ich historii, jak i z zestawionych wcześniej kadrów, jest bezlitosna i cyniczna. Przedstawia współczesną rzeczywistość jako pole żałosnej egzystencji obcych sobie, poranionych emocjonalnie jednostek. Treścią ich życia jest niesmaczna farsa, nieprzerwane i pełne udręki odgrywanie sztucznych i ograniczających form, w których bólem największym okupiona jest międzyludzka interakcja. I nie ma tu miłości – zastąpiła ją bezduszna kopulacja; nie ma sensu życia, bo wśród wartości zabrakło drugiego człowieka. Seks, który boli, absurdalna przemoc, samotność, oznaczająca powolną śmierć – oto fundamenty przedstawionej nam metafizyki. Los Jackie jest dokładną repliką zbiorowej egzystencji w skali mikro.
Konstatacja znów przypomina drwinę Hamleta: świat jest więzieniem, w którym nie zamknięcie jest najgorsze, a autodestrukcyjny instynkt tkwiący w tych, którzy skrępowani są kajdanami. „Piekło to ludzie”, mawiał Sartre. Film Arnold pozbawia nas złudzeń, że z człowieka, obok ogni, może przyjść także zbawienie.
"Red Road" (Szkocja, 2006)
Reżyseria i scenariusz: A. Arnold
Zdjęcia: R. Ryan
Obsada: K. Dickie, P. Higgins, T. Curran, M. Compston, N. Press
Film nagrodzony na zeszłorocznym festiwalu w Cannes nagrodą jury.