Facebook Google+ Twitter

"Borgman" - holenderskie "Funny Games" nadgryzione "Kłem"

„Borgman” Alexa Van Warmerdama to bardzo oryginalna, porównywana z "Kłem" opowieść o zamkniętej w mikroświecie walce klas toczącej się na przedmieściach między gromadą tajemniczych ludzkich wyrzutków, a statyczną, uporządkowaną rodziną.

Alter Ego Pictures Sp. z o.o. / Film Point Group / Fot. plakat
W rewelacyjnym prologu „Borgmana” czwórka mężczyzn zbiera się do linczu. Ksiądz i trzech chłopów z widłami i siekierami zmierzają do lasu. Zaraz potem kamera przenosi się do ziemianki, gdzie ukrywa się samotny, zarośnięty mężczyzna.

To scena jak z sennego koszmaru. Ucieczka outsidera podziemnym, wąskim korytarzem musi wywołać automatyczną "solidarność ze ściganym" (i głosować za „naturą”), tak samo jak niesympatyczne, zacięte twarze mężczyzn chcących dokonać samosądu raczej odstraszają (co zniechęca do „kultury”).

Zarówno sposób nakręcenia prologu, oryginalne miejsce i punkt wyjścia czynią z niego małe arcydzieło w dziele. Uciekinier zbiera po drodze dwójkę kolegów żyjących w jeszcze gorszych warunkach – i tu pojawiają się zaskakujące elementy – bezdomni posługują się ze sobą telefonami komórkowymi, a zatem źle im się nie wiedzie, co jakiś czas wszak muszą doładowywać impulsy i baterie, a nie jest to uznana przez nauki społeczne podstawowa potrzeba człowieka (choć teraz już pewnie powinna być). Kim więc są? I czy aby na jakąś karę sobie nie zasłużyli?

Film rozkręca się w momencie, kiedy włóczęga, przedstawiający się jako tytułowy Borgman odwiedza przypadkową rodzinę i po to, żeby nie być wprost zbytym – twierdzi, że zna panią domu...

Wątek mężczyzn ścigających nie powraca w filmie w ogóle, przez co film Van Warmerdama nieco traci na tempie. Nie ma już napięcia dotyczącego losu Borgmana, ale... los rodziny. Z czasem bowiem można zdać sobie sprawę z realnego zagrożenia, jakie może stanowić nieprzewidywalny Borgman. Dramaturgia filmu i nasza deklarowana sympatia przerzucają się bardziej na rodzinę i jej los. Ale i tu reżyser zostawia niespodzianki – na sielskiej relacji małżeńskiej pojawiają się rysy. Także dzieci wcale nie będą takie niewinne, za jakie zazwyczaj uchodzą.

„Borgman” jest filmem do którego idealnie pasuje nierecenzenckie określenie „porąbany”. Gdyby Van Warmerdam poprzestał na samym symbolicznym konflikcie klas, na wykluczeniu i aspiracjach Borgmana i jego towarzyszy, a także na obronie pozycji przez rodzinę – osiągnąłby minimalistyczne mistrzostwo (tak jak wprowadzany do kina za parę tygodni rewelacyjny polski debiut „Hardkor Disco”).

Van Harmerdam dał się już jednak poznać jako mistrz czarnego humoru, jako reżyser, który woli sprawiać ciągłe niespodzianki, niż osiągnąć spójny od początku do końca, jednolity filozoficznie film. Jego poprzednie dzieło, „Ostatnie dni Emmy Blanks” wyświetlane u nas na Warszawskim Festiwalu Filmowym również było zamkniętą w małym wiejskim domu opowieścią. Psychiczny terror i podejrzane, skomplikowane relacje między członkami zamkniętej społeczności również odgrywały główną rolę, ale rzecz od początku mogła być odbierana jako psychologiczny anty-kryminał nie pod tytułem „kto zabił”, ale „kto zabije”.

Van Harmerdam w "Borgmanie" tak bardzo nie odchodzi od tego stylu – wiemy, że zło musi się rozlać, ale nie wiemy jak i kiedy, choć krwawe wtręty są zapowiedziami ewidentnymi.

Ponieważ za dużo o tak oryginalnym filmie pisać nie można, warto wspomnieć o kolejnych kluczach znaczeniowych – o stygmatyzowaniu i napiętnowaniu (dzieci i opiekunka - zostają - nie wiadomo kiedy - przez kompanów Borgmana oznaczeni takimi samymi znakami jakie skrywają na swoim ciele oni sami, rodzice – innymi) mogącymi oznaczać wprost klasowe i pokoleniowe wykluczenie, a także o motywach sennych – z wałęsającymi się po domu groźnymi psami, które zachowują się spokojnie, a także w różnych kulturach różnie nazywanym Dusiołkiem (Nocną marą z obrazu Johanna Heinricha Füssliego), koszmarem sennym, którego Borgman może symbolizować.

Generalnie więc „Borgman” to film sprawiający radość tym, którzy oczekują od kina czegoś nowego, świeżego. Nie wszystkich na pewno zafascynuje, można skonstatować, że momentami stopień jego „porąbania” jest powyżej zdrowej dawki, ale niewątpliwie Van Warmerdam jest to reżyser wart śledzenia, a sam "Borgman" - wyświetlany w Konkursie Głównym Cannes - momentami będzie nam przypominał wielkie filmy takie jak "Funny Games" Hanekego, czy "Kieł" Lanthimosa.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.