
Nasze rowerowe przygody miały swoją kontynuację w lipcu 2010 roku. Zabrałem wtedy cztery córki Justynę, Paulinę, Alicję i Aleksandrę na podbój duńskiej wyspy Bornholm.
Z pewnymi przygodami, bo przez Warszawę, dotarliśmy pociągiem do Świnoujścia. Nic nie wskazywało wtedy, że przenikliwe zimno popsuje nam humory na początku wycieczki.
Jedyny dzień w Świnoujściu postanowiliśmy wykorzystać na wycieczkę do Niemiec. Ścieżką dojechaliśmy do dużego mola w Albecku. Zostawiliśmy rowery przy solidnej barierce i poszliśmy na spacer. Na molo liczne sklepy i punkty gastronomiczne przeżywały stan oblężenia.
Po morskich falach grupka młodzieży szalała na wodnym bananie, ciągniętym przez motorówkę. Drogę powrotną odbyliśmy ścieżką wzdłuż dziesiątków kolorowych hotelików i oddających się wypoczynkowi turystów, którzy korzystali z licznych atrakcji rozrywkowych. Pokazałem dziewczynkom dawny pas graniczny, po którym pozostał fragment ogrodzenia. Popołudniu sprawdziliśmy dokładnie ekwipunek przed wypływem promu. Na wszelki wypadek zaproponowałem dziewczynkom, aby przygotowały sobie cieplejszą odzież.
Miałem dziwne przeczucie, że pogoda sprawi nam niemiłą niespodziankę. I okazało się, że się nie pomyliłem.
Sobota 24 lipcaSobotni poranek nie zwiastował przyjemnego dnia. Nad Świnoujściem wisiały szarobure chmury. Spakowani ruszyliśmy do promowego terminalu. Zanim dojechaliśmy do promu, pływającego na drugim brzegu Świny, rozszalała się ulewa i zaczął wiać silny wiatr. Schroniliśmy się przed zimnem w terminalu promowym przy okazji załatwiania biletów na prom.
Podjechaliśmy do nabrzeża, gdzie stał już prom Pomerania, ale tu zatrzymała nas i pozostałych pasażerów jego obsługa. Po ok. 30 minutach, solidnie zmoczonych wpuszczono nas na prom przygotowany do rejsu.
Na statku dziewczynki rozgrzały się gorącą herbatą. Gdy Pomerania wypływała ze Świnoujścia, nawet mewy gdzieś zniknęły, chroniąc się przed deszczem i wiatrem. U ujścia portu na falochronie wzburzone morskie fale oblewały wiatrak Stawa Młyny. Na pełnym morzu zaczęła się męcząca "kołysanka" i trwała przez cały rejs.
Po przybiciu do nadrzeża w Ronne opuszczaliśmy prom w strugach ulewnego deszczu. Biuro Informacji Turystycznej okazało się naszym tymczasowym schronieniem i źródłem dodatkowych informacji o wyspie Bornholm. Na dworze szalała ulewa, grupki rowerzystów mimo porwistego wiatru i zacinającego deszczu powoli rozjeżdżały się, każda w inną stronę. W końcu my też ruszyliśmy w drogę do prywatnego campingu, znanego z przewodników po wyspie pod nr 2. Ścieźką wzdłuż ulic i pośród lasu dotarliśmy do sporych zabudowań na bocznej drodze. Tu spotkała nas niemiła niespodzianka. Duży napis przed drogą do budynków informował No camping. Okazało się, że campingu już tutaj nie ma.
Dziewczynki postanowiły porozmawiać z gospodarzami pobliskiego niewielkiego domku z ogrodem. Zadania tego podjęły się Paulina z Justyną, a ja z najmłodszymi pozostałem na drodze.
Widząc naszą ekipę, żona gospodarza zaprosiła nas do domu. Pokazała, gdzie możemy zostawić rowery, umyć się i osuszyć. Odświeżeni zostaliśmy
zaproszeni przez gospodarzy na kawę i herbatę. Podczas miłej rozmowy gospodyni wskazała dziewczynkom dwa wolne pokoje przebywających na wakacjach dzieci, w których mogliśmy się przespać. Te przemiłe gesty poprawiły nam nieco humory, choć martwiły nas przemoczona odzież i buty.
Siedząc przy stole, długo rozmawialiśmy z gospodarzami, wzbudzając ich zainteresowanie i sympatię. Dziewczynki świetnie sobie radziły w dialogach po angielsku. Gdy słońce schowało się za horyzontem, poszliśmy odpocząć po męczącym dniu, z nadzieją, że w dalszym pobycie na wyspie pogoda będzie dla nas łaskawsza.