Facebook Google+ Twitter

Boska Komedia: Nie było wesoło

Sztuka Piotra Waligórskiego wybrana została do konkursu o statuetkę Boskiego Komedianta jako ukazanie wszystkiego, co w polskim teatrze najlepsze. Jeśli tak jest, to teatr ten znajduje się w opłakanym stanie.

Scena z przedstawienia. / Fot. Łukasz CyganZapowiadało się arcyciekawie - akcję dramatu umiejscowiono w małym szpitalu dla psychicznie chorych, gdzie niedawno dołączył nowy pacjent, Robert. Ze strzępków rozmów dowiadujemy się jedynie, że "mocno narozrabiał w swojej wiosce" oraz dwa lata spędził sam w środku lasu. Grupę terapeutyczną do której uczęszcza Robert prowadzi podenerwowana, wyraźnie próbująca uciec od przeszłości Teresa, a dyrektorem całej placówki jest mężczyzna wiecznie nieobecny, czasem reagujący zbyt impulsywnie. Świat stworzony przez Piotra Waligórskiego to doskonały materiał na przygnębiający, ale zarazem szalenie wciągający dramat. I taki jest aż do połowy. Skromna sala do terapii, pokój Teresy ze zdezelowaną wersalką i prostym stolikiem, i niezbyt reprezentacyjny gabinet dyrektora to przestrzenie wręcz klaustrofobiczne, bardzo zagęszczające klimat sztuki.

Problemy zaczynają się, gdy w tych przestrzeniach pojawiają się aktorzy. Ich role chyba całkowicie niezamierzenie zostały przerysowane aż do granic możliwości. O ile śmiech Teresy na początku brzmi bardzo niepokojąco, to w późniejszych minutach zaczyna działać na nerwy. Modlitwy Roberta do fikusa miały dać obraz człowieka szalonego, a wyszło komicznie. Widzów czekających na wyjaśnienie historii Teresy muszę rozczarować, została ona potraktowana po macoszemu i całkowicie nie ma związku z głównym wątkiem sztuki. No właśnie - główny wątek. A raczej wątki, bo widz plącze się pośród ucieczki Roberta, przeszłości terapeutki, miłości Roberta do Teresy i historii chorób pacjentów. Lecz to i tak nic przy zakończeniu sztuki, które wprawiło mnie w nieme osłupienie. "I będzie wesele... j" kończy się w najmniej oczekiwanym momencie, jakby reżyserowi zabrakło ochoty na prowadzenie dalej akcji sztuki. Marysia wyśpiewuje banalną i nie mającą z niczym związku pioseneczkę, a z wypowiedzi bohaterów dowiadujemy się o uciecze Roberta, który zostawił zakochaną w nim dziewczynę. Najlepszym podsumowaniem tego nieudolnego zakończenia będzie fakt, że cześć osób poderwała się z miejsc nawet nie przypuszczając, że to może nie być antrakt.

Jeśli międzynarodowe jury oglądając przedstawienia takie jak to uzna, że reprezentują one poziom naszego teatru, to większej antyreklamy w teatralnym świecie nie potrzebujemy. Miało być weselej, a wyszło jak zawsze.

Zobacz również galerię z tego przedstawienia

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.