Facebook Google+ Twitter

Boska Komedia: "Opętani" - trzy odcienie nudy

Otwarcie Boskiej Komedii miało być huczne, a sztuki wystawiane pierwszego dnia miały pokazać, jak dobrze zapowiada się cały festiwal. Jedyne co mogło huknąć na przedstawieniu "Opętani", to głowa uderzająca w czasie snu w oparcie krzesła.

 / Fot. PromoNa przedstawienie do Starego Teatru poszedłem bez żadnych uprzedzeń. W niepamięć poszedł fakt, że instytucja ta przeżywa w ostatnich latach regres formy artystycznej, wyjątkowo nawet nie przeszkadzały mi te żywcem wyjęte z multipleksów siedzenia, którym brakuje jedynie podstawek pod Popcorn. Wiedziałem jednak, że jeśli Krzysztof Garbaczewski, reżyser młodego pokolenia nie wyczuje specyficznego stylu Gombrowicza, będzie to fatalna sztuka. No i masz.

Witold Gombrowicz całą książkę pisał dla żartu, jest to przecież zlepek z fragmentów opowiadania, które publikował z potrzeby szybkiego zarobku w prasie codziennej. Dzięki temu w "Opętanych" mamy ferię różnorakich wątków, pozornie całkowicie ze sobą nie pasujących. Kto zabił Maliniaka, czemu Leszczuk jest tak podobny do Frania i wreszcie, czy w zamku na wzgórzu straszy? Jednym słowem jawi się w tej sztuce Gombrowicz, jakiego nie znamy - do bólu próbujący być sensacyjny i trzymający w napięciu. I dalej miałbym sentyment do tej sztuki, gdybym tylko nie znalazł się na sali Starego Teatru w poniedziałkowy wieczór. Trzy akty, trzy godziny gry aktorskiej, trzy godziny chaosu scenicznego i przerostu formy nad treścią.

Stare powiedzenie teatralne mówi, że jeśli "nie masz co mówić - krzycz". I wydaje się, że aktorom " w to graj"! Hińcz (w tej roli niesamowity jak zawsze Krzysztof Zarzecki) w rytm szybkich gitarowych riffów z całej siły wykrzykuje przeciągłe "złooo", reszta zespołu wtóruje mu podobnym zaangażowaniem w zdzieranie gardeł. A Dariusz Maj zamiast krzyczeć wespół z resztą aktorów, rozbiera się do naga i paraduje ze swoimi nieokrytymi pośladkami po scenie przez ładnych parę minut. Już nie wiem co gorsze, czy to wulgarne wyrzucanie z siebie potoków wyrazów, czy te nieudanie zagrane sceny homoseksualne. Garbaczewski próbował chyba odtworzyć ciężki nastrój podobny do tego z "Factory 2", ale okazuje się tylko marną podróbką Krystiana Lupy.

Na początek aktu trzeciego młody reżyser postanowił wprowadzić dziki taniec, który z założenia miał ożywić publiczność i wybudzić ją z sennych majaków. Nie wiem, czy efekt wielkiego zdziwienia i niesmaku w reakcji na teatralną hucpę, która rozegrała się zaraz po wybrzmieniu trzeciego dzwonka, był zamierzony. Aktorzy wili się w paroksyzmach przypominających drgawki w zaawansowanym stanie padaczki, krzycząc na cały głos "rata ta" w rytm splotu paru utworów muzycznych nałożonych na siebie. Oczywiście, żeby nie było klarowniej, cała ekipa tupie, łomocze, klaszcze i zdziera gardła w rytm "Nas nie dogoniat" TATU oraz paru innych dyskotekowych hitów, m.in. "Firestarter" zespołu The Prodigy.

Krzysztof Garbaczewski wraz z całą swoją trupą aktorską stwierdzili chyba, że wystawiając słynnego Gombrowicza (a jest to przecież jedna z jego najgorszych sztuk!), "złapali Boga za nogi". Przystosowali całe dzieło dla odbiorcy, który od sztuki teatralnej oczekuje systematycznego krzyku, żartów o zwieraczach i dużej ilości golizny. Szkoda, że ekipa Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu zapomniała, że wystawiają sztukę również dla osób, które chciałyby coś z niej wynieść. A jedyne co można było wynieść z tej sztuki, to poczucie zmarnowanego czasu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Bardzo fajna recenzja*5

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.