
Pięćdziesięcioletni dziś Joe Satriani (dla przyjaciół Satch), amerykański muzyk, na gitarze zaczął grać jako czternastolatek. Bogiem był dla niego Jimi Hendrix. – Dziś jest bardzo nowoczesnym gitarzystą. To, jak gra, to duży postęp od czasów Jimiego Hendriksa. W wysublimowany sposób wyraża emocje – twierdzi Piotr Nowicki, krytyk muzyczny pisma „Top Guitar”. Od początku lat 70. uczył innych. Pracował ze znakomitościami: Kirkiem Hammettem z Metalliki, Larrym PaPonde’em z Primusa, Charlie’em Hunterem.
Gitara zdobywa radio
W 1979 roku w San Francisco założył zespół The Squares. Grał nawet z Deep Purple i Mickiem Jaggerem. Pierwszą płytę wydał dwadzieścia lat temu. Wziął kredyt, by zrealizować nagrania. Od tego czasu jego dyskografia to ponad dwadzieścia krążków. Już drugi przyniósł mu nominację do prestiżowej nagrody Grammy. Na czwartym zadebiutował jako wokalista. Ale to instrument, nie głos, przyniósł mu sławę. – Był pierwszym gitarzystą, którego instrumentalne utwory normalnie kursowały w radiu. A to ogromna rzadkość – mówi Piotr Nowicki.
– Muzyka gitarowa nie jest popularna, a on potrafi tworzyć melodyjne, energetyczne utwory – mówi Wojciech Mazurczyk, założyciel pierwszego polskiego fanklubu Satrianiego. – Trafia do ludzi, przenosi emocje.
Jest najlepszy
Wszyscy mówią, że jest najlepszym technicznym gitarzystą. Laikowi takie określenia jak: uprawia tapping, hammer-on i pull-off, nic nie mówią. Wbrew trudnym nazwom, to, co słyszymy, jest szlachetnie proste. Jak zwykle w twórczości perfekcjonistów. Zaskakuje, tworzy niespodziewane melodie.
Krzysztof Pełech, wrocławski wirtuoz gitary klasycznej, w swoich zbiorach ma kilka jego nagrań. – Cenię go za profesjonalizm, kunszt i techniczne umiejętności. Wybiorę się na koncert. Jestem ciekaw jego muzyki – tłumaczy. Marek Napiórkowski z Funky Groove: – Jest świetnym gitarzystą rockowym. Dysponuje niezwykłą techniką, łatwością gry. Potrafi budować melodyjne frazy i rozwijać techniczne możliwości. To dzięki niemu przetrwała moda na gitarę, kiedy w latach 90. ubiegłego wieku mocno przesłoniła ją elektronika.
Z trójką przyjaciół założył supergrupę G3. W Stanach i w Europie grali z nim: Steve Vai, Adrian Legg, Eric Johnson, John Petrucci i Robert Fripp z King Crimson. Każdy z nich inny. Johnson – łagodny, Wayne – bluesowy, Legg – akustyczny. Adrian Legg wystąpi także dziś we Wrocławiu.
– To brytyjski dżentelmen grający bardzo piękne melodie nawiązujące do celtyckiego folkloru – opowiada Piotr Nowicki. – Jego muzyka niesie wiatr z wrzosowisk, angielską mgłę, ale też słońce Kalifornii. Słynie z unikalnej techniki gry: rozwiązuje akordy, kręcąc podczas grania główką gitary.
Szacunek dla mistrza
Jaka jest twórczość Satrianiego? – Dąży do abstrakcyjnej perfekcji, można powiedzieć, że dziś ściga się już z samym sobą. Jest jednym z najważniejszych muzyków dziesięciolecia. Steve Lucater, inna sława, powiedział kiedyś o nim: „Jeśli ja jestem najlepszy między najlepszymi, to Satriani jest bogiem”. Sam stwierdził kiedyś, że nigdy tak o sobie nie myślał.
Jak na boga przystało, zasługuje na szacunek. Kilka lat temu przyjechał na koncert do Warszawy. – Jest bardzo miły, kulturalny, wyważony i z poczuciem humoru – twiedzi Piotr Nowicki. – Co ważne, klasę, którą widać na scenie, prezentuje także poza nią. Satriani zagra dziś, o godzinie 21.30 we Wrocławiu.
Małgorzata Matuszewska
PT