Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

1465 miejsce

Boskie szczury – Świątynia Szczurów w Indiach

– Szybko, szybko! Podejdź tutaj! – kilka par rąk ciągnie mnie w miejsce, gdzie stoi już pokaźna grupka Hindusów. – Madame, teraz będziemy mieć szczęście! – mówi wzruszony pan z wąsem, wskazując jednocześnie na białego szczura.

Szczury chłepcące mleko kokosowe. Świątynia Karni Mata / Fot. Ewa Pluta

W hinduskiej świątyni Karni Mata położonej w Radżastanie żyje około dwóch tysięcy szczurów uznanych za święte. Spośród nich tylko kilka jest białych. To właśnie one – inkarnacje Karni Maty – przynoszą powodzenie i szczęście, a na ich spotkanie spieszą pielgrzymi z całych Indii.



Jedno z najbardziej niesamowitych miejsc w Indiach, które miałam okazję odwiedzić, znajduje się w północno-zachodniej części kraju, w Radżastanie. Świątynia Karni Maty mieści się w niewielkiej miejscowości Desznok, 30 kilometrów od Bikaneru, niczym nie wyróżniającego się, przemysłowego miasta, które jednak raz po raz przeżywa oblężenie i turystów, i pielgrzymów. Świątynia szczurów, jak potocznie jest nazywany ów przybytek, to miejsce szczególne na duchowej mapie Indii. Karni Mata jest inkarnacją Durgi, wojowniczej bogini o demonicznym, budzącym respekt wyglądzie.

Natomiast Karni Mata to postać historyczna żyjąca w XIV wieku. Zanim stała się świętą, wiodła ascetyczne życie, które stało się wzorem dla jej współczesnych. Legenda mówi, że chciała odratować chłopca, który zginał w wypadku. W tym celu udała się do Jamy – boga śmierci, który jednak zignorował jej prośby, dlatego ta, w szale i pod wpływem chwili, zamieniła bliskich w szczury. Koniec opowieści jest już bardziej optymistyczny: gryzonie to przyszli święci mężowie: sadhu (wędrowni asceci) i mistycy, którzy w tej postaci odrodzą się w kolejnym wcieleniu.

Do Desznoku dotarłam lokalnym autobusem z Bikaneru, co wbrew pozorom nie było łatwe. Brak oznakowanych przystanków autobusowych czasem uniemożliwia w Indiach szybkie przemieszczanie się. Chcąc zatrzymać autobus, trzeba stanąć przy drodze i czekać. Należy też się doinformować innych, potencjalnych pasażerów czy to właściwy kierunek i pojazd, bo napisy na tabliczkach są w hindi, zatem bez współpracy z autochtonami zginiemy tam marnie. Na moje szczęście już po kilku minutach intensywnego wywiadu wśród miejscowych, przeplatanego ożywioną gestykulacją, zajmuję miejsce w autobusie do Desznoku.

Nie mogę oderwać wzroku od zakurzonej szyby: Radżastan jest piękny! Półpustynny, jałowy krajobraz, urozmaicony czasem rachitycznym drzewkiem, z niskimi domami budowanymi z białego kamienia, a wszystko to na tle zawsze intensywnie niebieskiego nieba… Pośród tej półpustyni wyrastają gdzieniegdzie kamienne forty – świadectwa dawnej chwały, kiedyś własność maharadżów, którzy sprawowali tutaj rząd dusz. Do dziś można jeszcze spotkać na terenie Radżastanu radżputów (członkowie indyjskich rodów rycerskich, którzy wywodzą się – jak sami twierdzą – od aryjskich wojowników) przechadzających się dumnie po swoich włościach (znaki rozpoznawcze to fantazyjnie wywinięte czubki butów i kolorowy turban na głowie).

Radżastan zajmuje powierzchnię większą niż terytorium Polski, żyje tam około 60 milionów ludzi, przy czym większość w dużych skupiskach miejskich: Jodhpur, Udaipur, Puszkar, bo reszta stanu nie sprzyja osadniczym planom – to w większości pustynie i półpustynie.

Świątynia Karni Mata jest jednocześnie centrum niewielkiego Desznoku. Ciąg straganów z dewocjonaliami i pamiątkami wskazuje, że miejsce jest raczej niezwykłe, o czym przekonuję się dość szybko. Przed wejściem do przybytku kłębi się tłum pielgrzymów, którzy w pośpiechu kupują kokosy i słodycze. Nikt z Hindusów nie odważy się wejść do środka bez darów. Nie przybywają tutaj przecież dla doznań estetycznych czy ze względów poznawczych. To pielgrzymka – zawsze w jakiejś intencji.

Zanim przekroczę próg świątyni, muszę ściągnąć buty, co robię nadzwyczaj niechętnie, myśląc o tych tysiącach szczurów biegających po, zapewne brudnej, posadzce. Długo zastanawiam się, czy wejść do środka – jestem w licznej grupie osób, które odczuwają paniczny strach przed tymi gryzoniami. Z premedytacją odwlekam tę chwilę: najpierw sok z trzciny cukrowej, potem thali, znowu sok, mija już godzina, a mnie trapi brak własnej decyzyjności. W końcu przełamuję się, zostawiam buty i wraz z grupką odświętnie ubranych Hindusów wchodzę do środka. Jeszcze rzucam okiem na misternie wykonane drzwi, ponoć srebrne, ufundowane przez maharadżę Gangę Singha, który w ten sposób podziękował za otrzymane łaski. Sądząc po ilości zużytego kruszcu, maharadża albo był niezwykle hojny, albo miał bardzo dużo na sumieniu.

Hindusi, dzierżąc w ręku dary, powoli przesuwają się w kierunku głównego dziedzińca świątyni. Panuje nastrój podniosły, o dziwo nie słychać żadnych hałasów, nie ma zamieszania, każdy wydaje się być bardzo skoncentrowany na modlitwie, tylko bransolety na przegubach kobiet wydają monotonne dźwięki. Trochę mnie zdumiewa ta karność pielgrzymów, tak inna od dotychczas obserwowanych obrazków życia codziennego w Indiach.

Kapłan opiekujący się świątynią, do którego obowiązków należy dbanie o jej mieszkańców - 2000 świętych szczurów / Fot. Ewa PlutaStało się – stoję pośrodku dziedzińca, a wokół biegają szczury, całkowicie oswojone, co więcej: syte i zupełnie obojętne. W narożach dziedzińca stoją metalowe misy z mlekiem, czasem jakiś szczur podbiega, zanurza pyszczek, chłepce od niechcenia, po czym znika w którymś z półokrągłych otworów. Cała świątynia została zaprojektowana z myślą o jej przyszłych mieszkańcach. Po bokach dziedzińca umieszczono specjalny stopień, w którym wykuto dziesiątki niewielkich otworów, w sam raz, by niewielki, szczurzy korpus mógł się przez nie przecisnąć. Boskie szczury to pojawiają się, to znikają w sieci wydrążonych kanałów. Ciężko dociec, jak długie są, gdzie się rozwidlają, czy tworzą labirynt, czy może kończą się ślepo gdzieś dalej. Hindusi z namaszczeniem kładą słodkie kuleczki przed otworami, ale szczury nie zawsze wykazują zainteresowanie darami. Czasem tylko od niechcenia potrącają je pyszczkiem, po czym znowu znikają.

Centralne i jednocześnie najświętsze miejsce w świątyni - główny ołtarz / Fot. Ewa PlutaNajważniejsze i najświętsze miejsce w świątyni to główny ołtarz, przed którym ustawia się długa kolejka. By dotrzeć właśnie do tego miejsca, Hindusi pielgrzymują nieraz z drugiego krańca Indii, co jest nie lada wyczynem, biorąc pod uwagę wielkość subkontynentu. Nieśmiało zaglądam do środka, by zobaczyć „najświętsze ze świętych” szczurów. Leniwie krążą wokół posągu bogini, czasem któryś z nich podbiega do miseczki z jedzeniem i kosztuje odrobinę, co Hindusów wprawia w nastrój prawie euforyczny. Jeśli boski szczur poślini jedzenie, pielgrzymi natychmiast wkładają go do ust i z nabożeństwem przełykają – to święty pokarm, a szczurza ślina jest wielką łaską dla wiernego. Nie każdy tej łaski doznaje, bo szczury są zazwyczaj przejedzone już w okolicach południa i gardzą podsuwanymi im pod sam pyszczek frykasami. Turyści, którzy chcieliby tej świętości troszkę uszczknąć, mogą liczyć na opiekę lekarską w pobliskim Bikanerze. Białego cudzoziemca kontakt z sacrum może kosztować serię zastrzyków z tetracykliny.

Uważnie stąpam po rozgrzanej posadzce, trochę ze strachu, bo sytuacja jest dla mnie daleka od komfortowej, a trochę z przezorności. Przepisy panujące w świątyni są dość restrykcyjne: kto świętego szczura nadepnie i przez przypadek zabije, musi ofiarować tyle złota lub srebra, ile ważył „nieboszczyk”. Patrząc na niektóre okazy, szacuję, że na taki wypadek zwyczajnie mnie nie stać.


Świątynne szczury wydają się w ogóle nie zwracać uwagi na gości / Fot. Ewa PlutaKiedy zbieram się już do wyjścia, słyszę podniecone głosy, widzę gromadzący się tłum, po chwili ktoś ciągnie mnie w kierunku niewielkiego otworu. A tuż przed nim pięknie umaszczony i dobrze odżywiony paraduje... biały szczur. Ostentacyjnie ignoruje dziesiątki wlepionych w niego spojrzeń, czasem tylko liźnie podsuwane mu słodycze. Już po chwili dowiaduję się, jak wielkie szczęście mnie spotkało. W całej świątyni żyje zaledwie kilka (szacuje się, że cztery bądź pięć) białych okazów, które są inkarnacją (wcieleniem) samej Karni Maty. Spotkać je, to jednocześnie zapewnić sobie pomyślność do końca życia, zaskarbić przychylność bóstw i polepszyć karmę.

Tak twierdzą Hindusi. I ja im wierzę.


Relacja została pierwotnie opublikowana w portalu podróżniczym etraveler.pl.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Rewelacyjne!
I świetnie napisane - wartko, bez zbędnych dłużyzn.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękuję za miłe słowa. Jeśli będzie Pani mieć okazję znowu odwiedzić Indie, to polecam Radżastan i Desznok. Miejsce naprawdę na długo zostaje w pamięci. Pozdrawiam!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Pani Ewo, Pani reportaż napisany (jak widać) z pasją, przypomniał mi własny pobyt w Indiach, a ponieważ byłam w innym regionie, nie spotkałam się z tym szokującym kultem.Bardzo cenię Pani odwagę, oraz to, że tymi doświadczeniami zechciała się Pani podzielić z Czytelnikami Wiadomości24 ! Dziękuję i życzę szczęścia w dalszych wędrówkach.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.