Facebook Google+ Twitter

Bożonarodzeniowe "Listy do M." na DVD

Tuż przed Wielkanocą na sklepowych pólkach ukazał się (na DVD) bożonarodzeniowy hit "Listy do M.". Film w reżyserii Mitji Okorna obejrzało w kinie ponad dwa miliony Polaków.

 / Fot. Magdalena FelskaNo, na przykład, ktoś mógłby chcieć zakochać się tak jak na filmach albo ktoś mógłby na przykład obudzić się w świąteczny poranek w górze od piżamy mężczyzny, w którym jest się bezgranicznie zakochaną. O, takie żałosne, patetyczne marzenie - mówi w radiowej rozmowie Doris, bohaterka filmu. No i właśnie o tym, że patetyczne marzenia też się spełniają są Listy do M.

Film jest przyjemny w odbiorze, momentami bywa zabawny. W obsadzie można znaleźć znane nazwiska, a gra aktorów na szczęście nie zawiedzie nas tak bardzo jak to bywa w innych polskich komediach. Widać też, że aktorzy dobrze się bawili w czasie kręcenia filmu. Fabuła opiera się na przedstawieniu losów kilku osób, w szczególnym dniu roku - w wigilię. Perypetie bohaterów splatają się na różnych płaszczyznach, łącząc się ze sobą w tym jednym, wyjątkowym punkcie - ostatni dzień przed Bożym Narodzeniem okazuje się dla nich wszystkich, dniem przełomowym. A to wszystko oczywiście dzięki...miłości (i to nie tylko tej między kobietą a mężczyzną).

Wybraliście najlepsze polskie komedie! Zobacz, kto otrzyma nagrody


Nie sposób oglądać filmu inaczej niż przez pryzmat znanej brytyjskiej komedii romantycznej To właśnie miłość. I chyba nic dziwnego, bo Listy... czerpią z angielskiego odpowiednika garściami. Odniesień do "To właśnie..." można tu znaleźć wiele, a wątki splatają się w podobny sposób. Przyjemnie jednak obejrzeć film, który powstał na rodzimym gruncie, i którego pokręcone perypetie są znacznie bardziej bliskie niż te, w angielskiej produkcji.

Niestety, wadą polskich komedii są realia filmowe, które w Listach do M. również nie zostały dostosowane przez scenarzystów do realiów naszej rzeczywistości. To już nagminny zabieg, że bohaterowie naszych produkcji mieszkają w pięknych, przestronnych mieszkaniach (lub domach), posiadają najnowocześniejsze gadżety, a wyposażenia ich "czterech kątów" mógłby pozazdrościć niejeden biznesmen. Oczywiście, ironizuję tu troszkę, jednak dbając o jak najbardziej prawdziwe osadzenie w polskich realiach, twórcy filmów mogliby zajrzeć do kilku "zwykłych" polskich mieszkań. Może wynika to z naszych (polskich) kompleksów, a może po prostu zbyt wiele wymagam od tych, którzy serwują nam bajeczny sen na ekranie. Bo komedia Okorna to tylko sen, nic więcej. I chyba na tym oparli część swoich założeń twórcy "Listów do M."

Film ma być bajką, którą z przyjemnością obejrzymy w świąteczny czas, kiedy nadzieja na spełnione marzenia znów wypełnia nasze serca. A skoro to bajka, musi się znaleźć w niej księżniczka, książę i happy end. A wszystko to odbywa się w trochę wyimaginowanym świecie. Nie jest to wada filmu, bo chyba nikt, kto zdecydował się obejrzeć ten film, nie oczekiwał dzieła równego dorobku Kieślowskiego.

Jeśli zatem od początku spojrzeć na Listy do M. jako na komedię romantyczną, której jedynym zadaniem jest nas rozbawić oraz umilić czas, dzieło Okorna spełnia większość tych wymogów. Bywa zabawny, "lekko pokręcony", na szczęście też nie nuży. To ciepły film, do którego miło wrócić w zimowe wieczory, kiedy mały promyk (nie tylko nadziei) ma nieco ogrzać zziębnięte życiem serce. Świetna komedia do oglądania przed Bożym Narodzeniem, by "wprawić się" w świąteczny nastrój. Oczywiście dla tych, którzy takiego "wprawienia się" potrzebują.

Znajdź nas na Google+

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.