Facebook Google+ Twitter

Bractwo Bang Bang. Poruszyć sumienie świata [Recenzja]

Kiedy w Europie Wschodniej na początku lat 90. ubiegłego stulecia bezkrwawo dokonywały się przemiany ustrojowe, na drugim końcu świata, w RPA, trwała wyjątkowo krwawa wojna domowa, kończąca kilkudziesięcioletni okres apartheidu.

Bractwo Bang Bang. Migawki z ukrytej wojny, Greg Marinovich, Joao Silva. / Fot. Paweł MajchrzakBractwo Bang Bang to książka wyjątkowa. Wyjątkowa z kilku powodów. Po pierwsze jej autorzy to wybitni fotoreporterzy wojenni, laureaci najważniejszych fotograficznych nagród na świecie Greg Marinowich (zdobywca nagrody Pulitzera) oraz Joao Silva (World Press Photo). Naoczni świadkowie upadku apartheidu, będący zawsze w centrum wydarzeń. Pochodzący z Republiki Południowej Afryki reporterzy - w przeciwieństwie do zagranicznych korespondentów - o wiele lepiej rozumieli kontekst otaczających ich niezwykle krwawych walk poprzedzających pierwsze wolne wybory kończące erę podziału rasowego. Po drugie - książka w bardzo szczegółowy sposób oddaje nie tylko nastrój tego okresu, ale i w drastyczny sposób dokumentuje krwawe walki między zwolennikami i przeciwnikami Nelsona Mandeli. Wreszcie po trzecie - to historia przyjaźni oraz próba odpowiedzenia na pytanie gdzie jest granica, kiedy (i czy w ogóle) fotoreporter wojenny powinien przestać robić zdjęcia by zaangażować się w pomoc poszkodowanym.

Czytaj także: Krzysztof Miller: Wróciłem z wojny, stoję na główce i dalej się bujam

Bractwo Bang Bang tak naprawdę… nie istniało. Określenie to wymyśliła jedna z lokalnych gazet, opisująca pracę grupy miejscowych fotoreporterów. Ken Oosterbroek, Kevin Carter, Joao Silva i Greg Marinovich byli zawsze tam, gdzie inni bali się zapuszczać. Tam gdzie świstały przelatujące kule, gdzie było "bang bang". Zgodnie z maksymą legendy reportażu wojennego Roberta Capy - "Jeśli twoje zdjęcie jest niewystarczająco dobre, znaczy to tylko, że nie podszedłeś wystarczająco blisko". Przez cztery lata, niemal każdego dnia ryzykując własne życie, dokumentowali krwawe zajścia w townshipach. Ich zdjęcia obiegły świat, poruszyły społeczność międzynarodową, autorom przyniosły międzynarodowy rozgłos i nagrody. Jednak cena jaką przyszła im zapłacić za swoją pasję była ogromna.

- Musi być kara za to, co czasem robimy! - upierał się João.
- Chcesz powiedzieć, że to, co robimy, to grzech? - zapytał Kevin.
João nie potrafił na to odpowiedzieć, ale czuł, że spotka nas jakaś forma kary za to, że przyglądamy się przez wizjery, jak ludzie się zabijają, i nie robimy nic prócz zdjęć.” (Bractwo Bang Bang. Migawki z ukrytej wojny)


Kilka dni przed wyborami prezydenckimi, w których zwyciężyć miał uwolniony po wielu latach z więzienia Nelson Mandela, podczas starć w Thokozie zginął Ken Oosterbroek, przez wielu uważany za najlepszego fotografa w grupie. W tej samej strzelaninie ciężko ranny został Greg Marinovich. Kilka tygodni później życie odebrał sobie Kevin Carter. Po zrobieniu w Sudanie legendarnego zdjęcia małego dziecka z czekającym na jego śmierć sępem i otrzymaniu za tą fotografię nagrody Pulitzera nie potrafił poradzić sobie z presją, jaka spotkała go po publikacji zdjęcia. Wieczne pytania o to czy pomógł dziecku, czy chociaż przepędził sępa oraz śmierć najbliższego przyjaciela spowodowały kolejne załamanie. W liście pożegnalnym napisał "Prześladują mnie żywe obrazy zabitych i cierpiących, widok ciał, egzekucji, rannych dzieci. Odszedłem i jeśli będę miał szczęście, dołączę do Kena." Joao Silva w 2010 roku stracił obie nogi po nadepnięciu na minę w Afganistanie, Greg Marinovich po kilku ciężkich postrzałach zrezygnował z uprawiania reportażu wojennego.

Bractwo Bang Bang to poruszające świadectwo wydarzeń jakie towarzyszyły przemianom w RPA dwie dekady temu. Pozycja zdecydowanie warta polecenia.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Panie Pawle, dokładnie. A przekład Jagielskiego być może właśnie dlatego jest tak dobry, że on doskonale wie, o czym mowa :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Polecam:) Przekład W.Jagielskiego jest bardzo wierny (jako,że czytałem również oryginał). Jeśli chodzi o krytyków - łatwo krytykować Cartera i innych siedząc w ciepłym i wygodnym mieszkaniu. Ale nikt,kto nie był w tak ekstremalnych warunkach nie powinien stawiać tak poważnych oskarżeń, bo nie rozumie tak naprawdę jaką ci ludzie płacą cenę za dokumentowanie tak wielkich ludzkich tragedii.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ciekawa recenzja :-) Mam tę książkę na swojej liście i na pewno po nią sięgnę.

Czy fotoreporter powinien robić zdjęcia umierającym i cierpiącym? Robi je, żeby poinformować świat o tym, co widzi. Próbuje pomóc ofiarom - tak jak potrafi. Nic więcej nie może zrobić.

A czy my, którzy rozważamy, czy to etyczne, czy nie, robimy w ogóle cokolwiek? Nie. Siedzimy w ciepłych kapciach i oglądamy doniesienia z frontu, oceniając tych, którzy tam pojechali. A nie powinniśmy, bo przecież Ci ludzie płacą za swoją pracę (i pasję, nie zapominajmy) olbrzymią cenę.

Wydaje mi się, że w ogóle to problem trochę wydumany. Właśnie przez tych w kapciach siedzących ;-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.