Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

830 miejsce

Bronek z ulicy Chocimskiej

  • Źródło: Gazeta Krakowska
  • Data dodania: 2006-06-24 14:48

To Kraków ukształtował Bronisława Wildsteina. Miasto, wydarzenia, których był świadkiem i inspiratorem. I w końcu dwóch najbliższych krakowskich przyjaciół: Stanisław Pyjas i Lesław Maleszka.

Pierwszy – wrażliwy poeta zamordowany przez komunistyczną bezpiekę i drugi – błyskotliwy intelektualista, który okazał się agentem SB – jednym z najbardziej bezwzględnych.

Bronisław Wildstein, dziś prezes Telewizji Polskiej, w Krakowie spędził w sumie 16 lat z 10-letnią przerwą na emigracyjny pobyt w Paryżu. Przyjaciele ze Studenckiego Komitetu Solidarności, jednej z pierwszych organizacji opozycyjnych w Polsce, pamiętają go jako odważnego, uczciwego, konsekwentnego człowieka, dla którego nie ma żadnych przeszkód w realizacji celów. O Wildsteinie opowiadają chętnie, sypią anegdotami z czasów komunistycznej opozycji.

Jego byli współpracownicy z Radia Kraków przeciwnie – unikają rozmów, a jeśli coś mówią, to raczej zdawkowo i anonimowo. Padają inne określenia: choleryk, konfliktowy, cyniczny, nie znosi sprzeciwu, bezwzględny wobec przeciwników. Mimo urazów po konflikcie sprzed lat większość nie chce, by ich wypowiedzi zostały wykorzystane przeciwko niemu. „Dobrze mu życzymy jako prezesowi telewizji. Taki narwaniec jak on może posprzątać tę stajnię Augiasza” – tłumaczą.

Bronisław Wildstein, rocznik 1952, urodził się w Olsztynie, dzieciństwo spędził w Przemyślu. Do Krakowa przyjechał jako młody chłopak. Miał wtedy 15 lat. Jego rodzice musieli się wyprowadzić z Przemyśla, bo ojciec, lekarz wojskowy, w związku z czystkami antysemickimi został w 1967 roku usunięty z wojska. Zamieszkali w Krowodrzy, na parterze kamienicy przy ul. Chocimskiej 3. Wildstein trafił do liceum nr IX. Tam też poznał przyszłą żonę Iwonę Galińską.

– Byli ze sobą właściwie od zawsze. Razem działali w opozycji. To jego podpora. Być może interesowały się nim inne kobiety, ale on wpatrzony był w Iwonę – mówi Lilianna Sonik, koleżanka ze studiów i SKS.

– Taki brzydal, niechlujnie ubrany. Nie był typem pogromcy niewieścich serc – dodaje inna koleżanka z roku.

Jako nastolatek zaczął trenować zapasy, zdobył tytuł mistrza okręgu i, jak donosiła ówczesna prasa, był wielką nadzieją tej dyscypliny sportu. Próbował swych sił także w boksie. Potem walczył już przez całe życie – z kimś, o coś… Jego znajomi mówią, że walkę ma we krwi, to jego żywioł. Musi mieć przeciwnika – również w dyskusji. Uwielbia szermierkę myślową.

– W sytuacji spokoju, gdy już opanuje burzę na morzu, gubi się – twierdzi była dziennikarka Radia Kraków.

Beczkowicze i anarchiści

Na fotografiach z lat 70. widać szczupłego chłopaka – długie włosy w nieładzie, szerokie hipisowskie spodnie, koszule w kwiaty albo rozciągnięte swetry, wojskowa kurtka, na ramieniu chlebak.

– Niepokorny, zbuntowany, nie liczył się z autorytetami. Pamiętam, jak wszyscy drżeli przed jednym z wykładowców, a on na zajęciach podnosił do góry koszulę i ostentacyjnie drapał się po brzuchu – wspomina koleżanka ze studiów.

Na uniwersyteckiej polonistyce wraz z najbliższymi przyjaciółmi Staszkiem Pyjasem i Lesławem Maleszką stworzył kontrkulturową grupę, zbuntowaną wobec władzy i otaczającej rzeczywistości. Nazywano ich anarchistami. Był alkohol, lekkie narkotyki, słuchanie jazzu i żarliwe długie dyskusje.

– W akademikowym pokoju w Żaczku urządzili coś na kształt komuny. Było to bardzo ciekawe środowisko. Wildstein to ważna postać w tej grupie, inteligentny, oczytany. Nadawał ton – wspomina Bogusław Sonik, który wtedy należał do innej grupy związanej z Beczką – duszpasterstwem ojców dominikanów.

Beczkowicze i anarchiści początkowo działali niezależnie. Z czasem zaczęli się spotykać na wspólnych dyskusjach.

– Po raz pierwszy zetknąłem się z Wildsteinem w 1976 roku. Groziło mu wyrzucenie ze studiów. Przyszedł do mnie Staszek Pyjas i poprosił, bym podpisał się pod petycją w obronie Bronka. Po 30 latach historia zatoczyła koło. Cztery miesiące temu znów złożyłem podpis w jego obronie, gdy Jacek Żakowski chamsko go zaatakował w telewizji – mówi Józef Ruszar z grupy beczkowej.

Wspomina Wildsteina jako twardego, zdecydowanego człowieka.

– Oszczędny w słowach, ale mówił z mocą. Trudno się z nim polemizowało. Trzeba było mieć naprawdę silne argumenty. Jak przyszedł do Beczki, byłem zdziwiony, że nie zna Biblii. Myślałem, że dla kogoś, kto ma pochodzenie żydowskie, jej znajomość jest oczywistością. Tymczasem nie spieraliśmy się o to, jaki Bóg jest lepszy, ale czy Bóg istnieje – dodaje Józef Ruszar.

Kulturowa kontestacja z czasem przerodziła się działalność opozycyjną. Wildstein namawiał kolegów do stworzenia silnego ruchu, zaczęli się organizować, zbierali podpisy pod protestem przeciwko „ścieżkom zdrowia”.

Porażony śmiercią przyjaciela

Bezpieka zainteresowała się anarchistami w 1976. Zostali przyłapani na czytaniu zakazanej wtedy „Kultury”. Wtedy właśnie zwerbowany został Maleszka. Potem bezpieka próbowała ich skłócić. Członkowie grupy dostawali anonimy sugerujące, że Pyjas jest tajnym współpracownikiem. Nie uwierzyli. I poinformowali o tym prokuraturę.

Przełomem był maj 1977 roku, kiedy w bramie jednej z kamienic przy Szewskiej znaleziono ciało Pyjasa. Wildstein ze swoją narzeczoną pobiegł do prosektorium. Przekupił stróża i zobaczył zmasakrowaną twarz przyjaciela. Nie miał wątpliwości, że został on zamordowany przez bezpiekę.

– Był porażony tą śmiercią. Już wtedy zapowiedział, że będziemy dążyć do wyjaśnienia okoliczności zabójstwa Staszka. W 1993 roku na 15-lecie SKS wystosowaliśmy list do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych domagający się otworzenia akt pracowników SB, by prokuratura mogła ich przesłuchać – mówi Bogusław Sonik.

– Do dziś żyje z poczuciem obowiązku, by ujawnić, kto stał za tym zabójstwem. Na pewno był to dramat, który zdeterminował jego działania w przyszłości – dodaje Andrzej Mietkowski, przyjaciel z SKS.

Wildstein jako prezes radia na początku lat 90. zdecydował o przygotowaniu materiału ze śledztwa dziennikarskiego o śmierci Pyjasa.

– To był pierwszy taki program. Wildstein ciągle podsuwał mi nowe tropy. „Idź tam, zapytaj tego” – radził. Brał na siebie całą odpowiedzialność za publikację materiału. Dzięki niemu trafiłam do dziewczyny, którą Pyjas w dniu swojej śmierci chciał odwiedzić. Rozmawiałam z prof. Zdzisławem Markiem z Zakładu Medycyny Sądowej, który wystawił diagnozę, że śmierć Pyjasa była nieszczęśliwym wypadkiem – wspomina Elżbieta Borek, autorka programu.

Jego wyemitowanie zakończyło się procesem o zniesławienie. Wytoczył go prof. Marek, publicznie nazwany przez Wildsteina wspólnikiem morderstwa.

– Proces był utajniony. Wildstein wpadł wtedy na sprytny pomysł, bym został mężem zaufania. Siedziałem więc na rozprawach, a po wyjściu z sali sądowej relacjonowałem w radiu przebieg procesu – opowiada Jarosław Knap, były dziennikarz Radia Kraków.

Wildstein przegrał. Był pierwszym skazanym w sprawie związanej z zabójstwem Pyjasa. Dwóch funkcjonariuszy SB skazano po prawie 10 latach. Ta porażka w sądzie mocno nim wstrząsnęła. Był oburzony, że w wolnej Polsce nie można ukarać winnych zbrodni.

Na pierwszej barykadzie

Zabójstwo Pyjasa scementowało dwie grupy – młodych katolików z Beczki i młodych ateistów. Tak powstał Studencki Komitet Solidarności, pierwsza poważna opozycja w Krakowie. Najpierw zorganizowali bojkot juwenaliowych imprez i kilkutysięczną manifestację, zaczęli ściśle współpracować z Komitetem Obrony Robotników, tworzyli punkty informacyjne o zakładaniu wolnych związków zawodowych. Zaczęły się mnożyć rewizje, zatrzymania na 48 godzin. Pretekstem było nawet posądzenie Wildsteina o kradzież samochodowej wycieraczki.

– Bezpieka deptała nam po piętach. Żyliśmy pod niesamowitą presją. Mieliśmy zwyczaj spotykania się w EMPiK-u na Małym Rynku, było to jednak coraz trudniejsze. Co tydzień przychodziliśmy więc do jego mieszkania przy Chocimskiej. Esbecy często wygarniali stamtąd wszystkich albo czatowali w samochodach. Bronek nie dał się zastraszyć. Zawsze był na pierwszej barykadzie, on organizował spotkania, podejmował się najbardziej ryzykownych misji. Maleszka był komentatorem, wykonawcą pomysłów – mówi Bogusław Sonik.

Przyjaciele często wspominają, jak Wildstein zatrzymany przez bezpiekę i zostawiony na chwilę sam w pokoju na komendzie przy ówczesnym placu Wolności, wyskoczył z pierwszego piętra i kuśtykając uciekł w miasto. Albo, przy okazji szukania meliny, wdał się w bójkę z milicjantami na dworcu kolejowym, co potem zdecydowało o jego wyjeździe za granicę, tam zastał go stan wojenny. Mówią o odwadze, czasem brawurze i zapalczywości.

– W połowie lat 90., po dłuższej przerwie spotkałem się z Bronkiem. Poszliśmy do nowej knajpy na placu Szczepańskim. Okazało się, że była to straszna speluna. Siedzieliśmy przy barze, gdy nagle za plecami usłyszeliśmy odgłosy awantury. Okazało się, że jakiś Arab bije po twarzy blondynkę. Bronek od razu rzucił się w jej obronie. Nagle jednak wyrosło jak spod ziemi kolejnych pięciu Arabów. Chciałem pomóc, ale jeden z nich powalił mnie na ziemię. Oceniłem nasze szanse jako marne i na czworakach wycofałem się, by ściągnąć policję. Gdy wróciłem w asyście stróżów prawa, tamtych pięciu już nie było, a Bronek trzymał swojego Araba z zakrwawioną twarzą – wspomina Sonik.

Wujek i cioteczka

Przez wiele lat przyjaciele nazywali Wildsteina wujkiem, a jego żonę – cioteczką. Dla jednych była to oznaka autorytetu, jaki od zawsze miał on w środowisku. Inni twierdzą, że to bzdura i wiążą to raczej z nic nie znaczącym towarzyskim zwyczajem.

– Zaczęło się od tego, że razem z Bronkiem pomagaliśmy jego siostrze w opiece nad córeczką. Zmienialiśmy pieluchy, potem Bronek odprowadzał małą do przedszkola. I tak to przylgnęło – wspomina Iwona Wildstein.

– Wbrew przyprawianej mu gębie barbarzyńcy, bezdusznego człowieka, Bronek jest bardzo wrażliwy, to rodzaj metafizycznej wrażliwości – ocenia Lilianna Sonik.

Przyjaciele twierdzą też, że Wildstein prywatnie jest duszą towarzystwa, potrafi i zatańczyć, i zaśpiewać. Wspominają balangi z młodości, suto zakrapiane alkoholem.

– To prawda, że nie stroniliśmy od alkoholu, ale też nie było tak, że nie trzeźwieliśmy. Byliśmy młodzi, a czasy takie, że niełatwo było to wszystko znieść bez alkoholu. Zaliczaliśmy jednak egzaminy na studiach, robiliśmy ważne rzeczy w podziemiu – dodaje Bogusław Sonik.

Dlaczego nie wysadzać pomników?

Według znajomych nie ma dla niego żadnych przeszkód w realizacji celów. Gdy w czasach opozycji nie udało się zorganizować w Krakowie redakcji studenckiego pisma Indeks, Wildstein z przyjaciółmi postanowił założyć inne – Sygnał. Gdy Klub Inteligencji Katolickiej ociągał się z utworzeniem w swojej siedzibie punktu informacyjnego, Wildstein użył szantażu i zapowiedział, że pójdą do PAX-u.

– Pryncypialny i uparty w sprawach, w których był przekonany do swoich racji. Bronił ich w sposób nieprzejednany. Stać go było jednak na kompromis. Całe nasze funkcjonowanie wtedy oparte było na kompromisie – mówi Andrzej Mietkowski.

Bogusław Sonik pamięta ostry spór między Wildsteinem i Maleszką po wybuchu pod pomnikiem Lenina w Nowej Hucie. Maleszka dążył, by SKS odciął się od tego, Wildstein odpowiadał na to pytaniem: „a dlaczego nie wysadzać pomników?” W końcu wypracowali kompromisowe stanowisko, w którym nie było nic o odcinaniu się, ale nie było zachęcania do podobnych rzeczy.

Po wielu latach w 2001 roku Wildstein dowiedział się, że Maleszka był tajnym współpracownikiem SB. Został zwerbowany zaraz na początku ich opozycyjnej działalności, gorliwie donosił na kolegów.

– Dla nas wszystkich, nie tylko dla Bronka, był to szok. Jeśli ktoś złamał zasady, nie może liczyć na jego wybaczenie. Maleszka także – mówi Sonik.

Dużo złego i dobrego w radiu

Na początku 1990 roku Wildstein wrócił do Krakowa z emigracji w Paryżu. Krzysztof Kozłowski, ówczesny szef MSW polecił go na szefa Radia Kraków. W pierwszych dniach urzędowania wyrzucił większość starej ekipy i ściągnął do rozgłośni ambitną młodzież z NZS, który w przeszłości sam zakładał.

– Zamknął się w gabinecie jak w wieży z kości słoniowej i wydawał decyzje bez słowa tłumaczenia. Gdy raz spotkaliśmy się na korytarzu, miał taki wzrok, jakby diabła zobaczył. Ale kiedyś w toalecie skorzystał z mojej propozycji i użył mojego mydła i ręcznika, bo swoich nie zdążył jeszcze przynieść – opowiada Ireneusz Kasprzysiak, odwołany z funkcji zastępcy red. naczelnego w 16. dniu urzędowania Wildsteina.

Zarówno dziennikarze związani ze stacją w czasach komuny, jak i ci zatrudnieni już przez Wildsteina nie chcą mówić pod nazwiskiem. Pierwsi przyznają, że wspomnienia są ciągle zbyt bolesne, drudzy tłumaczą, że mimo wszystko nie chcą mu zaszkodzić. Nikt już nie pamięta, od czego dokładnie zaczął się potężny konflikt. Zostały tylko emocje, poczucie krzywdy, zawodu.

Najogólniej poszło o to, że Wildstein w pewnym momencie zaczął faworyzować trzy dziennikarki ze starego układu.

– Te baby zaczęły go urabiać, podlizywały mu się. A on jakby stracił rewolucyjną czujność. Zaczął dawać nam za wzór ludzi z reżimowego dziennikarstwa, którzy przygotowywali audycje o Stalinie albo byli szefami POP. Oni nie byli dla nas żadnym autorytetem. Buntowaliśmy się, wtedy zaczął nas sekować. Traciliśmy programy, byliśmy odsuwani od anteny. To rodziło frustracje – opowiada jedna z dziennikarek.

– To konfliktowy facet. Jak nawet nie ma konfliktu, on go stworzy. To go stymuluje.

– Zamiast wykorzystać naszą energię w dobrym kierunku, poszedł na wojnę – dodają inni.

Konflikt jeszcze bardziej zaogniło założenie przez grupę buntowników związku zawodowego. Wildstein odebrał to jako przejaw nielojalności. Związkowcy twierdzą teraz jednak, że nie było to wymierzone przeciwko niemu. Poszła plotka, że Wildstein straci posadę, to było zabezpieczenie dla nas przed przyjściem jego następcy – tłumaczy jeden z nich.

– Ci młodzi ludzie szybko awansowali, trochę poprzewracało im się w głowie. A Bronek chciał kontrolować załogę jak każdy szef – broni Wildsteina jeden ze współpracowników.

Nawet jednak ci, którzy ostro krytykują Wildsteina, podkreślają, że zrobił dla radia sporo dobrego, bronił je przed rosnącą konkurencją RMF. Z 3,5-godzinnego programu stworzył stację nadającą 24 godziny na dobę, z relacjami na żywo nadawanymi przez z trudem zdobyte bezprzewodowe radio. Wozem transmisyjnym był zdezelowany polonez.

– Bardzo uczciwy. Nie poddawał się naciskom politycznym, dbał o pluralizm poglądów na antenie

– Pod względem intelektualnym najlepszy prezes w radiu, najciekawsza osobowość w firmie – padają komplementy pod adresem Wildsteina.

Konflikt przesądził jednak o tym, że stracił on stanowisko w radiu, gdy w 1993 roku lokalne rozgłośnie były przekształcane w spółki Skarbu Państwa.

Jeśli nie on, to kto?

Przyjaciele Wildsteina twierdzą, że jest on tak silną osobowością, że ludzie mu się podporządkowują. Ci, którzy chodzą własnymi drogami, popadają w nieuniknione konflikty.

– Trudny charakter, nie potrafi pójść na kompromis, dominuje i przygważdża tym ludzi. Być może jest to podświadome – twierdzi jeden ze współpracowników z krakowskiego radia.

– Nie zrobi czegoś, do czego nie będzie przekonany. Nie da się nim sterować. Udaje się to tylko jego żonie, która widocznie znalazła jakiś sposób – żartuje Bogusław Sonik.

Iwona Wildstein swojego sposobu zdradzać nie zamierza. Podkreśla jednak, że mąż liczy się z jej zdaniem.

I przyjaciele, i ci, którzy są z nim skonfliktowani twierdzą, że Wildstein ze wszystkimi swoimi wadami i zaletami zdolny jest wreszcie zrobić porządki w telewizji.

– Jeśli nie on, to kto? – pyta retorycznie Józef Ruszar.

 

Małgorzata Nitek/Gazeta Krakowska

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.