Facebook Google+ Twitter

Bunt kursantów z fabryki Della w Łodzi

  • Źródło: Dziennik Łódzki
  • Data dodania: 2007-09-29 12:58

Wielka montownia komputerów, budowana przez amerykański koncern Dell na łódzkim Olechowie, w połowie listopada wypełni się pracownikami.

Pierwszy robotnik zbuntował się tydzień temu, zakłócając radosne odliczanie do dnia, w którym z taśmy zjedzie pierwszy komputer. Poszło o nadgodziny, pieniądze, no i stosunki międzyludzkie. W irlandzkim Limerick łodzianie szybko się przekonali, że w Dellu lekko nie będzie. Szefowie Della wnet spostrzegli, że lekko nie będzie... z łodzianami.

Do Irlandii, na szkolenie, pojechało ich w sierpniu czterystu. To pionierzy, pierwsi z tysiąca, który w drugiej połowie listopada zacznie pracę w wielkiej montowni komputerów, budowanej przez amerykański koncern Dell na łódzkim Olechowie.

Minął ledwie miesiąc, wybuchł strajk. Co będzie po powrocie do Łodzi?



Daleko od taśmy

100-tysięczne Limerick jest trzecim co do wielkości miastem w Irlandii i drugim - po Dublinie - skupiskiem Polaków na Zielonej Wyspie. Według przybliżonych szacunków, pracuje tu około 15 tysięcy naszych rodaków.

W Irlandii Limerick znane jest ze znakomitej szynki i bekonu oraz produkcji komputerów. Od siedemnastu lat życie kręci się tu wokół wielkiego zakładu Della, który zatrudnia ponad trzy tysiące osób. Około 400 z nich to Polacy.

W sierpniu dołączyli do nich "kursanci" z Łodzi. W ciągu trzech miesięcy mają się dowiedzieć "czym jest Dell".



Łodzianie zakwaterowani zostali w kilku grupach, w małych miasteczkach, każde około 30 kilometrów od Limerick. Domki, owszem, bardzo ładne, czterogwiazdkowe, ale...
- Niedługo mieliśmy się dowiedzieć, dlaczego mieszkamy tak daleko. W tych miejscowościach słabo rozwinięta jest komunikacja, nie ma regularnych połączeń z Limerick - opowiada Janek, jeden z zatrudnionych "na produkcji". - Do najbliższej budki telefonicznej minimum 2 kilometry, obiecanego internetu brak. Do tego nie ma gdzie kupić irlandzkich kart SIM do telefonów komórkowych, a polskie komórki z reguły tu nie działają, mimo włączonego roamingu - mówi mężczyzna, dodając, że przez dwa tygodnie Polacy byli pozbawieni kontaktu z najbliższymi. Dopiero wizja buntu miała sprawić, że menedżerowie zawieźli robotników do sklepu, po karty.

Łodzianka Agnieszka Wielgus: - Załamuję się za każdym razem, kiedy słucham relacji bliskiej mi osoby, która przebywa na szkoleniu. Oni mają tam codzienne kontrole miejsc zamieszkania i zakaz odwiedzin. To są metody państwa policyjnego.

Made in Ireland


Strajk wybuchł w sobotę. Polacy odmówili pakowania komputerów po godzinach. Jak mówią, mieli dość, bo od trzech tygodni byli zmuszani do pracy przez 12 godzin. Zbuntowało się - według różnych relacji - od 30 do nawet 100 osób.

Nie poparła ich reszta załogi. Wielu kolegów na strajk zareagowało wręcz oburzeniem. Nadgodziny każdy bierze z własnej woli - przekonują. Buntownicy oponują: trudno mówić o wolnej woli, kiedy menedżer sugeruje zwolnienie z pracy. Albo nie chce zamówić autobusu, tak że nie ma czym wrócić do domu po ośmiu godzinach.

Według Janka, prorocze miały się okazać słowa Irlandki, która w sierpniu witała grupę z Polski. Zapytana, gdzie jest telefon, miała odpowiedzieć: a po co, przecież przyjechaliście tu pracować, pracować, pracować. Wtedy Polacy potraktowali to jako żart.

Dzień pierwszy i drugi upłynęły pogodnie, na szkoleniach. Janek: - Było o tym, jak to Dell kocha pracowników, że wszyscy są równi i że jesteśmy wielką rodziną. Standardowe pranie mózgów. A po dwóch dniach skierowano nas na produkcję. Powiedzieli ogólnikowo, co mamy robić, i dalej, do przodu. Nie miało znaczenia, jakie kto miał doświadczenie czy predyspozycje. Tam, gdzie stanął, tam zostawał - opowiada Janek i dodaje: - Irlandczycy przez 4-5 tygodni uczą się składać jeden produkt. Nas polscy menedżerowie zmusili, abyśmy w cztery tygodnie zaczęli składać sześć różnych typów laptopów z wydajnością doświadczonych "builderów". Jaki był efekt - nietrudno zgadnąć. Jakość, delikatnie mówiąc, marna. Nic dziwnego, przemęczeni pracownicy, nad nimi poganiający menedżerowie.


Za garść złotówek


Piotrek ma zaspany głos. Poprzedniego dnia na "szkolenie" poszedł na osiemnastą. Wrócił o 3 nad ranem. Jest rozczarowany, myślał, że będzie się tu uczył pracy w różnych działach, na różnych stanowiskach.

- Tymczasem już teraz widać, że zostaliśmy podzieleni na lepszych i gorszych. Pierwsi składają laptopy, drudzy jedynie zszywają kartonowe opakowania - mówi Piotrek. Mężczyzna jest już przekonany, że do Irlandii nie pojechał się szkolić, lecz jako tania siła robocza.

Jak przekonują łodzianie, różnice między polskimi kursantami a irlandzkimi robotnikami na stałe pracującymi w Limerick są rażące, przynajmniej w wymiarze finansowym: pierwsi dostają za nadgodziny 12 złotych, drudzy - 20 euro. Pierwsi zarabiają 1100 złotych (do tego, na czas pobytu w Limerick - 3,2 tys. zł diety), drudzy około 2 tysięcy euro.

Łodzianka, która skontaktowała się z nami po wtorkowym artykule poświęconym sytuacji w Dellu: - Mój mąż skarżył się wiele razy. Mówi, że "kursanci" są traktowani jak sprowadzeni z Polski parobkowie.


Polak Polakowi piekło robi


"Dell is hell" - napisał ktoś w zakładowej toalecie, z dopiskiem "trzystu z Łodzi". - O ile Irlandczycy, widząc nasze zaangażowanie, odnoszą się do nas z sympatią, o ile Polacy pracujący na stałe w tamtejszym Dellu mają dla nas współczucie, o tyle polscy kierownicy z Łodzi traktują nas jak rasę niższą, bezczelnie i arogancko - mówi Janek. - Pracujący z nami Irlandczycy już komentują, że powierzenie menedżerskich funkcji Polakom było wielkim błędem. Nasi nadzorcy już dawno odrzucili maski wykształconych specjalistów i jak kapo w niechlubnych czasach poganiają ludzi do granic wytrzymałości. To dlatego czujemy się jak w obozie pracy.

W Irlandii mieszka i pracuje 250 tysięcy Polaków. Katarzyna Wodniak z wydziału konsularnego polskiej ambasady w Dublinie mówi, że mimo takiej ich liczby, nie spotyka się na co dzień ze skargami na szefów. - Być może - domyśla się kobieta - opisane wydarzenia w Dellu związane są z tym, że menedżerami są Polacy.

Podobnie uważa łodzianka Agnieszka Wielgus: - Dell jest dobrą firmą, oferującą dobre warunki. Za koszmarną organizację i kłócące się z etyką metody odpowiadają Polacy, którzy najwyraźniej chcą się wykazać przed irlandzkimi pracodawcami.

Piotrek przyznaje, że po strajku atmosfera nieco się poprawiła. Jeden menedżer miał ich nawet przeprosić. - Ale będziemy pamiętać, jak jeszcze w sobotę kierownicy mówili między sobą: "spoko, bydło da się oswoić" - nie odpuszcza Piotrek.


Amerykański sen


Rok temu nikt w Łodzi jeszcze nie mówił, że bezrobocie spada, że pracowników brak. Zachodni inwestorzy, choć dawali tysiące etatów, mieli z reguły złą prasę. A to niskie zarobki, a to złe traktowanie, a to praca najprymitywniejsza z prymitywnych.

Z Dellem miało być inaczej. Do Łodzi Amerykanie wchodzili z wielką pompą. Był premier, ministrowie, ważni prezesi z Irlandii - słowem, wielki świat. Do tego zapowiedzi: będzie miło, ciekawie i atrakcyjnie finansowo. Tylko nieliczni malkontenci studzili entuzjazm, że montowanie komputerów to żaden high-tech, tylko zwykła praca przy taśmie. Że Dell nie inwestuje w Łodzi ze względu na zdolnych informatyków, lecz tanich robotników.

"Dzień otwarty" Della, zorganizowany jesienią ubiegłego roku w łódzkiej filharmonii, wyglądał jak casting do telewizyjnego show. Od rana siedmiotysięczny tłum kłębił się pod drzwiami w nerwowym napięciu. Kiedy zaczęli wpuszczać, każdy chciał być w środku pierwszy, jakby pracę dawali od ręki.

Rekrutacja zaczęła się na dobre wiosną tego roku. - Powiedzieli nam, że nasza 400-osobowa grupa została wybrana spośród 10 tysięcy chętnych - mówi Piotrek. - Ale jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby zainteresowanie było tak duże. Żeby dostać tę pracę, trzeba było tylko zmontować zraszacz przeciwpożarowy na czas. Sprawdzali w ten sposób, czy potrafimy działać według instrukcji - dodaje Piotrek. Jak wyjaśnia, w Dellu wszystko musi być według instrukcji. Jeżeli jakiś inżynier wymyślił, że najpierw trzeba przykręcić śrubkę lewą, a dopiero potem prawą, to nie ma mowy, żeby zrobić na odwrót, choćby było szybciej i wygodniej. Straszna nuda.


Oddani merytokracji


Łódzka załoga nie jest jednak solidarna w ocenie ostatnich wydarzeń. Wydawać się nawet może, że już po miesiącu wspólnej pracy w firmie doszło do poważnego rozłamu.

Anna, z którą rozmawialiśmy, przyznaje, że w sobotę był strajk, ale... - Uczestniczyło w nim najwyżej trzydzieści osób. Na pewno nikt im nie kazał zostać. Zostali o to poproszeni - mówi.

Inna z pracownic Della dodaje, że strajkowaniem zajmuje się grupa "leni", którym wydaje się, że do Limerick przyjechali na wakacje. Chcą rozrywek i dużych pieniędzy, jakby nie wystarczało im ponad 4 tysiące na rękę, które tutaj dostają razem z dietą. Kobieta chwali bardzo warunki, w jakich zostali zakwaterowani, cieszy się że ma zapewniony transport pod same drzwi.

Również większość internautów na forach internetowych nie pozostawia suchej nitki na tych, którzy zaprotestowali. Szydzą z wielkich oczekiwań, wypominają małe chęci.

A co na to Dell? Koncern, jak to koncern, odpowiada oficjalnie: "(...) Jesteśmy oddani idei merytokracji oraz rozwijaniu, utrzymywaniu i przyciąganiu najlepszych ludzi. Firma Dell podchodzi proaktywnie do kwestii komunikacji z pracownikami i jest otwarta na ich uwagi oraz rozwiązywanie wszelkich problemów i nieporozumień. Zachęcamy, aby pracownicy przedstawiali te uwagi swoim menedżerom, ale mogą również skontaktować się z naszym działem zarządzania zasobami ludzkimi. (...) Wierzymy, że większość naszych pracowników czasowo przydzielonych do Limerick jest zadowolonych ze swojej sytuacji".
Piotr Brzózka

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Uwaga. Tam zwykle pracuje się 12 godzin dziennie, ale 4x w tygodniu. Tam jest taki system pracy. W piątki, soboty i niedziele, pracują po 13 godzin dziennie.

Co do szkoleń, to 4-5 tygodnie trwa szkolenie w "poruszaniu się". Normalnie pracowników przerzuca się z taśmy na taśmę czasem 2x dziennie. To są tak prymitywne czynności, że nie wymagają żadnego szkolenia!

Fakt, faktem, przekaz o chamskich kierownikach z Polski jest najprawdopodobniej prawdziwy.


PS. To jakieś głupki wyjechały... Oni karty sim szukali w Erze? A może w Orange? W Limeryku na każdym rogu jest Meteor! Się trzeba tylko zapytać. Karty SIM kosztują chyba 10 euro.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.