Facebook Google+ Twitter

Burza z piorunami przeszła nad Bemowem

Spełnienie marzeń. Sen na jawie. Można by mnożyć określenia na warszawski koncert AC/DC. 27 maja 2010 roku przeszedł już do historii dla polskich fanów grupy jako druga wizyta po, bagatela, dwudziestu latach.

Dla autora też było to spełnienie jednego z muzycznych marzeń. Jedno spełniło się trzy lata wcześniej, kiedy mogłem podziwiać Rolling Stones. Teraz było to AC/DC. Gdy tylko dowiedziałem się, że będą w Polsce, od razu kupiłem bilet. Ten kawałek papierka był przepustką do prawdziwego, rock and rollowego piekła. Ale, jak śpiewał legendarny Bon Scott – "piekło nie jest złym miejscem". Oj nie…

Jedna kontrola, druga i trzecia. Kupno pamiątkowej koszulki i marsz pod scenę. Moloch ozdobiony motywem ze śrub znanych z klipu do "Rock and roll train" i dwiema czerwonymi czapeczkami z literką A. Świetną sprawą był duży wybieg zakończony platformą, z którego często korzystali Brian Johnson i Angus Young.

Na przekąskę przed daniem głównym podano chleb z Dżemem. Muszę przyznać, że wiadomość, że właśnie zespół Dżem będzie poprzedzać Australijczyków, była dla mnie lekkim szokiem. Ale na scenie nie było tak źle. Dobór utworów na ten krótki występ nie rozczarował, a wręcz nastroił nawet na ostrzejsze dźwięki. Zapowiadający nowy krążek polskiej legendy blues-rocka utwór "Strach" dał do zrozumienia, że panowie lubią zagrać mocniej. Ze szlagierów obowiązkowo "Sen o Victorii", "Harley mój", "Czerwony jak cegła" i zamykający listę hit "Whisky". Dla mnie miłym akcentem był jeden z lepszych kawałków Dżemu - "Jak malowany ptak" z pamiętnej płyty Detox.

Zaraz po ostatnich kęsach okruchy chleba zamiatali techniczni grupy AC/DC. Ostatnie poprawki, sprawdzanie wybiegu i akustyczne dopieszczenie instrumentów. Wreszcie nadeszła godzina zero. Zaczyna się intro, a tłum wpada w ekstazę. Wszyscy, nawet ochroniarze, spoglądają na telebim. Rozpędzona lokomotywa pędzi kierowana przez diabolicznego Angusa. Ratować przerażonych pasażerów idą dwie seksowne fanki AC/DC. Podstępem wiążą gitarzystę, by zatrzymać pociąg. Niestety… Dźwignia hamulca urwana, panny zdążają wyskoczyć z pędzącej kupy żelastwa. Angus bierze swojego czerwonego Gibsona SG i w momencie kiedy skacze z lokomotywy ów pojazd z impetem… wpada na scenę! Ekstaza publiczności, szał i radość w jednym. AC/DC pojawia się na scenie w oparach dymu i efektów pirotechnicznych. Angus pojawia się na zwieńczeniu wybiegu ku zaskoczeniu publiki. Słynny mundurek leży jak ulał, "kaczy chód" i grymas na twarzy. Rzut oka na scenę - wszystko tak, jak na filmach - Malcolm Young i Cliff Williams po obu stronach perkusji zajmowanej przez Phila Rudd’a. Do końca jednak sceną władać będą Angus i Brian Johnson.

Wokalista rubasznie zapowiada kolejne kawałki. Z uśmiechem na twarzy rzuca, że "dwadzieścia lat to stanowczo za długo". Rozpoczęli "Rock n roll train", zaraz po nim "Hell is ain’t Bad place to be". Publika żywo reaguje na poczynania kapeli, a AC/DC nie pozostaje obojętne - serwują kolejne hity do których na pewno zaliczają się "Back in black", "Shoot to thrill" czy "Shot down in flames". Atmosferę uspokaja trochę "The Jack" z obowiązkowym striptizem gitarzysty. Wielką owacją przywitany został „Thunderstruck” z tak uwielbianej w Polsce płyty "Razors Edge". Mocno wypadły reprezentujące ostatnią płytę "War machine", "Black Ice" i "Big Jack".

Było również wszystko, z czego AC/DC słynie przy występach na żywo. Dmuchana lala z obfitym biustem w "Whole lotta Rosie", majestatycznie huśtający się dzwon przy "Hells bells" czy w końcu wieńczące koncert armatnie salwy w "For those about to rock".

Angus Young miał swoje "pięć minut" w genialnej wersji "Let there be rock". Wysoko na platformie tarzał się, wyginał miotając spod palców najprawdziwsze pioruny. W międzyczasie zostaliśmy zasypani białym konfetti. A "Highway to hell" podniósł adrenalinę chyba wszystkim na lotnisku Bemowo.

Świetny występ dinozaurów rocka. Zdarzyły się co prawda drobne wpadki, zwłaszcza wokalne Briana, ale jako całość koncert mógł się podobać. Jeśli nawet wyłączyliby prąd, oprawa świetlna i scenografia robiła piorunujące (nomen omen) wrażenie.

Ci, którzy wyszli zaraz po ostatnim utworze, mogli żałować, że nie obejrzeli sympatycznie wyglądającego pokazu sztucznych ogni.

Gigantyczne przedsięwzięcie, na które stać dziś nieliczne zespoły świata. Perfekcja wykonania, świetnie wyglądające show przy których cena 310 zł za pierwszą płytę nie wydaje się już tak wysoka…

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

Faktycznie, chyba jednak nie grali... Ale to wynika tylko z tego, że do wczoraj byłem jeszcze w szoku pokoncertowym hehe

Komentarz został ukrytyrozwiń

eee... kurde... :]

Komentarz został ukrytyrozwiń

5* i mała uwaga tego dnia dżem nie zagrał whisky

Komentarz został ukrytyrozwiń

Bardzo dobrze napisana relacja. Tylko żałować że mnie tam nie było... A co do Dżemu - to wiedziałem że nie da plamy. Pozdrawiam rockandrollowo.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.