Facebook Google+ Twitter

Chcę nagrywać muzykę filmową z orkiestrą londyńską

  • Źródło: ngo.pl
  • Data dodania: 2006-07-12 15:00

Produkcje telewizyjne takie jak „Taniec z gwiazdami” zdecydowanie traktuję jako etap mojej pracy, a nie cel. Tym celem zdecydowanie jest komponowanie. Piosenek, musicali czy muzyki filmowej – mówi Adam Sztaba.

Adamie, nazwałbym cię cichym bohaterem „Tańca z gwiazdami”, gdyby nie fakt, że strasznie tam hałasowałeś.
- No to fakt, że hałasowałem (śmiech ). Już przy realizowaniu „Idola”, ku memu zaskoczeniu, zorientowałem się, że ludzie zwracają uwagę na drugi plan. Wydawało mi się, że jest on w cieniu, ponieważ najważniejsi są główni bohaterowie. Potem różne reakcje widzów pokazały, że dostrzegają na tym drugim planie nawet najmniejsze detale. To z kolei spowodowało, że nie mogłem pozwolić sobie na ulgowe potraktowanie swoich obowiązków. Szybko zrozumiałem, że liczy się tylko jak najlepsze wykonanie swojej pracy. Niezależnie od miejsca w szeregu.

Mam wrażenie, że takie nastawienie do pracy miałeś zawsze.
- Cokolwiek robię, wymyślam, tworzę, towarzyszy mi jedna rzecz. Zawsze myślę o ludziach, którzy „słyszą”, znają się na tym fachu i w jakiś sposób to docenią. Gdybym odnosił to do tak zwanej średniej krajowej, do przeciętnego słuchacza, nikogo nie obrażając, to przestałoby mieć to sens. Dlatego myślę w takich sytuacjach, co pomyślałby o tym, co robię na przykład Quincy Jones (śmiech ), czyli ktoś, kto nie tylko potrafi mieć sentyment do muzyki, ale także potrafi ją rozebrać na czynniki pierwsze i zanalizować.

Czy myślisz, że gdyby któregoś dnia w Koszalinie nie pojawił się Janusz Józefowicz to Twoje życie potoczyłoby się inaczej?
- Dwóch Januszów! (Józefowicz i Stokłosa – przyp. red ). Oni w tym czasie (rok 1992 – przyp. red.) byli moimi absolutnymi guru i bardzo chciałem mieć szansę na spotkanie z nimi. O współpracy nawet nie marzyłem. Były dwie próby ściągnięcia ich do Koszalina, udało się za drugim razem, gdy zawitali tu z musicalem „Metro”. W tym czasie, wraz z koleżankami i kolegami ze szkoły, żyłem naszym spektaklem „Fatamorgana”, który powstał na fali powodzenia „Metra”. „Fatamorganę” pokazaliśmy Januszom, co zaowocowało naszym występem w koszalińskim amfiteatrze jako support „Metra”.

Pamiętam. To było wydarzenie!
- Skorzystaliśmy wówczas z aparatury, o jakiej nam się nie śniło. Dość powiedzieć, że dzięki temu spotkaniu rozpocząłem współpracę z teatrem Buffo. Tam zobaczyła mnie Maryla Rodowicz (przez kilka lat Adam był szefem muzycznym jej zespołu – przyp. red). U Maryli poznała mnie Edyta Górniak. A zatem, gdyby nie ten szczęśliwy splot zdarzeń, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej. Zostałbym może w Koszalinie albo przeniósłbym się do Trójmiasta, które też bardzo lubię i gdzie jest fantastyczny światek muzyczny. Ale mój mistrz Józefowicz powiedział mi: „Przyjeżdżaj do Warszawy, a nie do Katowic – jak miałem w planach – bo tu czeka na ciebie praca i mnóstwo projektów”. Odtąd to moje życie.

Od lat pracujesz z największymi nazwiskami w branży, wystarczy wymienić: Rodowicz, Krawczyk, Górniak, Kowalska, Małas-Godlewska, Jose Cura. Jak wspominasz swoje pierwsze kontakty z osobami, które wcześniej znałeś tylko z telewizji?
- Zaczęło się od codziennych kontaktów na próbach z ludźmi z „Metra”, których losy z wypiekami na twarzy śledziłem wcześniej w mediach. To było niesamowite, ale też nie obyło się bez poczucia zawodu. Myślę tu o swojej chorej ambicji, która nie zawsze przekładała się na oczekiwania innych, Zdarzali się i tacy, którzy podchodzili do swojej pracy lajtowo i to zderzenie było dla mnie dość bolesne. Byłem stremowany, gdy przychodziło na przykład do zwracania uwagi Zbyszkowi Zamachowskiemu, z którym pracowałem przy kontynuacji „Big Zbig Show”, że zaśpiewał coś nierówno albo nieczysto. Na początku było to dla mnie trudne; myślałem sobie, czy wielki Mumin (ksywka Zamachowskiego – dop. red.) powinien słuchać jakiegoś dwudziestodwulatka?

Kiedy zaczęło się wokół ciebie robić normalnie?
- Było dziwnie, ale po mniej więcej rocznej aklimatyzacji, zaczęło się robić normalnie. Przestałem mieć skrupuły, żeby zwracać uwagę gwiazdom, czy prosić tych ludzi o coś. Zrozumiałem, że taka jest moja rola i nie ma innego wyjścia, jeżeli chce się osiągnąć efekt. Zdarzało się, że byłem ostry i nawet niektóre zdania adresowane do Maryli Rodowicz przeszły do swoistego kanonu wśród moich następców w jej zespole. Teraz to wszystko bardzo mile wspominam. Była to niezła szkoła, dla tego, co teraz najbardziej mnie pochłania, czyli realizowania dużych, żmudnych projektów, najczęściej w krótkim czasie.

Od pewnego czasu wszędzie cię pełno i – przyznam szczerze – kiedy tak szybko i bez większych problemów udało nam się umówić na rozmowę, miałem obawy, że spotkam się z twoim klonem. Teraz cieszę się podwójnie, bo to jednak ty!
- Sklonowanie byłoby fajną sprawą. Szczególnie przy okazji tego, co działo się przy ostatniej edycji „Tańca z gwiazdami”, gdy doba była, nie pierwszy raz, ale w tym przypadku szczególnie boleśnie, za krótka. Organizm wystawiany był na wszelkie próby w niespaniu, nieregularnym jedzeniu. Sklonowanie byłoby jak najbardziej na miejscu. Kiedy Sztaba Pierwszy śpi, Sztaba Drugi czyta nuty z orkiestrą! Fantastyczne! Szkoda, że niemożliwe.

Z ust niektórych słyszę, że czas omnibusów, czyli współczesnych ludzi renesansu, minął. Ty jednak bez wątpienia jesteś człowiekiem wielofunkcyjnym. Wymieńmy: instrumentalista, aranżer, kompozytor, dyrygent, producent muzyczny... To wynik mrówczej pracy czy po prostu wrodzony talent?
- To przychodziło stopniowo. Stopniowo musiałem się do tych kolejnych funkcji przełamywać, bo jeszcze parę lat temu na pewno nie odważyłbym się stanąć przed orkiestrą i dyrygować. A stało się to tylko dzięki profesorowi, który wykładał dyrygenturę w Akademii Muzycznej. On, wbrew swojemu poprzednikowi, który nie dawał mi nadziei na sukcesy z batutą, stwierdził wręcz, że mam talent i powinienem dyrygować. Dzięki temu, od ponad roku, zmagam się z nowym wyzwaniem: stoję przed orkiestrą. Daje to zupełnie inny wymiar temu, co robię, przyglądam się z boku, nie jestem muzykiem, nie wchodzę w to, mam dystans i jestem w stanie lepiej zapanować nad różnymi elementami występu. Jak więc widzisz, te kolejne funkcje, o których wspomniałeś przychodzą z czasem, mam wrażenie, że naturalnie; w końcu dyrygować zacząłem osiem czy dziewięć lat po rozpoczęciu swojej działalności artystycznej, choć dyrygowałem także „Fatamorganą”, ale było to młodzieńcze i półprofesjonalne.

O takich jak ty mówi się teraz „golden touch”. Za co się nie wezmą, obracają w sukces. Jaka jest twoja miara sukcesu, człowieka w wieku jeszcze nawet nie chrystusowym?
- To dość ciekawa opinia, ponieważ mam poważne problemy z oceną tego, co ma szansę na sukces. Czasami ludzie proszą, żebym stwierdził, czy dana piosenka może stać się przebojem, a ja nie czuję się dobrym prognostykiem. Parę razy myślałem kompletnie inaczej niż myśli publiczność, więc to, że coś trafia w szersze gusta jest kwestią czystego przypadku albo także tego mojego chorego podejścia do pracy. Staram się zawsze stawiać sobie poprzeczkę jak najwyżej. Być może dostrzega to także i docenia publiczność.

Co jest na początku każdego nowego projektu?
- Nigdy nie wiem, czy okaże się on wydarzeniem. Rozpoczynając pracę przy „Tańcu z gwiazdami” nigdy w życiu nie przypuszczałbym, że finał programu obejrzy ponad osiem milionów widzów. Zdecydowanie bardziej stawiałem na tanecznego „Idola”. Nie mam recepty na sukces. Z drugiej strony ta recepta może być banalna i sprowadzać się do wniosku, że nie należy robić rzeczy, których się nie czuje, wbrew sobie.

Jaka jest kondycja naszej branży rozrywkowej? Niewątpliwie ją współtworzysz. Przyznasz, że daleko rozrywce do czasów, gdy płyty sprzedawały się w nakładach kilkuset tysięcy.
- To bardzo złożona sprawa. Po pierwsze: mamy kompleks Polski, czyli to, co polskie z natury traktowane jest jako gorsze. Jeżeli mamy wybierać między – porównywalną pod względem artystycznym i brzmieniowym – płytą zagraniczną i polską, wybieramy zagraniczną. Pomimo, że jest droższa. Chyba wstydzimy się siebie. Po drugie: cały czas uczymy się, nie mamy tej tradycji, którą posiłkują się kraje zachodnie. Stany Zjednoczone mają za sobą kilkadziesiąt lat intensywnego rozwoju showbiznesu. U nas zawodowstwo w branży istniej najwyżej kilka lat. Tylko podpatrywanie tych największych artystów może nas do nich zbliżyć. To chyba najważniejsze powody kłopotów w naszej branży rozrywkowej.

Ale przecież ty kompleksów nie masz. Otarłeś się o Londyn i pracowałeś z artystami klasy światowej. Gdybyś dostał propozycję pracy za granicą, jak sądzę nie wahałbyś się specjalnie?
– Myślę, że nie i nawet teraz mam taki czas, że czuję potrzebę poszerzenia horyzontów. Wraca do mnie taka myśl, że może fajnie byłoby wyjechać stąd na jakiś czas. Tak zrobiła Natalia Kukulska, która wyjechała z rodziną na pół roku do Stanów, żeby się czegoś nauczyć. Kiedy myślę o swojej przyszłości, to całkiem możliwe, że będę mieszkał w Polsce, bo wiadomo: rodzina, przyjaciele i ukochane miejsca, ale pracował za granicą. Mam nadzieję, że przy projektach na naprawdę światowym poziomie. Marzę o pisaniu muzyki filmowej, a nagrywaniu jej z orkiestrą londyńską. Będę do tego dążył. Nie jest tak, że tu nie można, bo można, ale jak się raz zaczerpnie innego klimatu, pozna tamtejszych ludzi, to łatwo zrozumieć, dlaczego tam ciągną najlepsi z całego świata i dlaczego właśnie tam powstają najlepsze produkty rozrywkowe. Jeżeli człowiek nastawia się na naukę, powinien uczyć się od najlepszych.

Przypuszczam, że symbolicznym momentem artystycznej inicjacji było ścięcie wiele lat temu twoich legendarnie długich włosów. Teraz znalazłeś się w takim momencie, gdy możesz już z pewnym dystansem spoglądać wstecz. Z czego jesteś najbardziej zadowolony?
Na dzisiaj, zdecydowanie z Orkiestry, którą udało mi się od podstaw zbudować. Powstał niezwykły w sumie twór, złożony z tak zwanych muzyków sesyjnych, pojawiających się w bardzo różnych projektach, współpracujących z różnymi gwiazdami. Nagle ci ludzie, częściowo znający się, częściowo nie, zasiedli razem przed pulpitami, aby stworzyć jeden zespół. Po roku wspólnej pracy, myślę, że mogę powiedzieć: udało się! Był to dla mnie wspaniały czas, pomimo, że w „Tańcu z gwiazdami” realizowałem się tylko jako aranżer i dyrygent. Nie komponowałem. Co najważniejsze: powstała grupa, o której w branży fachowcy cały czas mówią. Zadają pytanie, czy graliśmy na żywo czy z playbacku. Do tego zrobiliśmy coś, w co wiele osób nie wierzyło, że uda się zrealizować. Większość zakładała, że muzyka odpalana będzie z taśmy, a my będziemy robić za tak zwane mapety. Okazało się, że szczera chęć potrafi rzeczy naprawdę niezwykłe. Nagle zobaczyłem przed sobą dwudziestu ludzi, którym chce się naprawdę. Zresztą dotyczy to także całej ekipy realizującej „Taniec z gwiazdami”: oświetleniowców, scenografów i tak dalej. Zbyszek Wodecki powiedział, że zawyżyliśmy tak poprzeczkę, iż sami wpadliśmy we własne sidła (śmiech ). Tego typu produkcje telewizyjne zdecydowanie traktuję jako etap mojej pracy, a nie cel. Tym celem zdecydowanie jest komponowanie. Piosenek, musicali czy muzyki filmowej.

Gdybyś znalazł czas na skomponowanie dwunastu piosenek, kto byłby ich wykonawcą?
- Dobre pytanie, bo myślę o tym już co najmniej do roku. Liczę, że zdarzy się to tej jesieni. Myślę o swojej płycie autorskiej, na której pojawią się zaproszeni przeze mnie różni ludzie. Niekoniecznie gwiazdy, może raczej bardzo zdolne osoby, którym jak dotąd szczęście nie dopisało.

Czy większość z nich pochodzi z małych miasteczek?
- Właściwie tak. Coś niezwykłego jest w tych ludziach z mniejszych miejscowości. Mają w sobie niezwykłą determinację. Nie uważają, jak niektórzy warszawiacy, że coś im się należy. Oni walczą, dążą do własnych celów. Zauważam takie ośrodki jak Olsztyn, Kędzierzyn-Koźle, Białystok, Opole, Rzeszów i oczywiście Koszalin, który jest na co najmniej drugim miejscu. Z tych miast widzę najwięcej utalentowanej młodzieży. Wracając do twojego pytania. Na mojej płycie pewnie znajdą się takie osoby, ale mam także sentyment do kilku innych śpiewających i grających artystów. Marzyłbym o Kayah, Mietku Szcześniaku, o Symfonii Varsovii. Chciałbym pisać utwory od razu pod nich. To stworzy szansę na powstanie czegoś niebanalnego.

Czym jest dla ciebie muzyka?
- Ilekroć przychodzi mi mówić o muzyce, tylekroć jestem bezradny. Słowa nie są w stanie oddać tego, czym jest, a zwłaszcza czym jest dla mnie. Kiedy spotykam się z kimś dla wymiany informacji o nowej płycie czy artyście, rozmowa na ogół kończy się po kilku zdaniach. Wiem na pewno: muzyka jest moją pasją, która wywoduje u mnie zapomnienie o całym świecie. Gdy jestem w szale tworzenia, znajduje się w całkiem innym wymiarze. Trafiam do krainy, której nie umiem nazwać, ale przenoszę się do niej niezwykle często i chociaż muszę – nie lubię z niej wracać. Ona wygrywa oczywiście z innymi ważnymi elementami mojego życia, z rodziną, z miłością. Czasami nie umiem sobie z tym poradzić.



Adam Sztaba – koszalinianin. Rocznik 1975. Absolwent liceum muzycznego. Był w klasie ze Sławkiem Kurkiewiczem i Marcinem Wasilewskim z Simply Acoustic Trio. Kompozytor, pianista, aranżer, dyrygent, producent muzyczny. Ostatnio dyrygował Orkiestrą Adama Sztaby w trzech edycjach programu „Taniec z gwiazdami”.

Ilekroć przychodzi mi mówić o muzyce, tylekroć jestem bezradny. Wiem na pewno: muzyka jest pasją, która wywoduje u mnie zapomnienie o całym świecie. Gdy jestem w szale tworzenia, znajduje się w całkiem innym wymiarze. Trafiam do krainy, której nie umiem nazwać, ale przenoszę się do niej niezwykle często i chociaż muszę – nie lubię z niej wracać.

Od co najmniej roku myślę o swojej płycie autorskiej, na której pojawią się zaproszeni przeze mnie różni ludzie. Niekoniecznie gwiazdy, może raczej bardzo zdolne osoby, którym jak dotąd szczęście nie dopisało. Liczę, że zdarzy się do tej jesieni.

Produkcje telewizyjne takie jak „Taniec z gwiazdami” zdecydowanie traktuję jako etap mojej pracy, a nie cel. Tym celem zdecydowanie jest komponowanie. Piosenek, musicali czy muzyki filmowej.

Kuba Grabski/mwmedia

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.