Facebook Google+ Twitter

Chciał być lotnikiem – nie wyszło. Teraz sam robi samoloty

  • Źródło: ngo.pl
  • Data dodania: 2006-07-27 12:00

Kim chce zostać mały chłopak? Strażakiem, kominiarzem, albo lotnikiem. Tak jak amerykański pilot Charles Lindbergh, który samotnie przeleciał nad Atlantykiem i stał się sławny. Nasz bohater chciał tego samego: nieba, sławy i samolotu.

Ale, jak to w życiu bywa, wyszło całkiem inaczej.
Krzysztof Barcz, 50-letni pracownik administracji osiedlowej LSM chciał zostać lotnikiem. Zaczął dobrze, od fascynacji szybowcami.
– Kto do szybowca czy samolotu zbliża się z sympatią i bijącym sercem – opowiada Barcz – Ten jest gotów na wszelkie wyrzeczenia, aby dostąpić radości lotu.

Spokój w domu

I przyszedł czas na wyrzeczenia. Marzeniem Krzysztofa była „Szkoła Orląt” w Dęblinie.

– Niestety – mówi – badania lekarskie nie pozostawiły cienia wątpliwości: nie nadawałem się na pilota. I w ten sposób moje marzenia o lataniu zostały rozwiane, zanim zdążyły się skonkretyzować.

W niczym to jednak nie zniweczyło jego pasji modelarskich. Od czterdziestu lat, z równym zapałem i zacięciem, wykonuje modele samolotów: szybowców i samolotów bojowych. Skoro nie może łatać na prawdziwych, to zrobi sobie własne. Na początku były modele plastikowe, potem papierowe, drewniane... A potem pan Krzysztof miał 10 lat i przechodził z mamą koło Składnicy Harcerskiej, wprost nie mógł oderwać wzroku od kolorowych pudeł z nową dostawą modeli do sklejania.

Do dziś się z tego śmieje – Rodzice mieli ze mną spokój. Wystarczyło, że kupili mi kilka takich modeli, a nie mieli ze mną żadnych kłopotów. Zresztą, wychowywałem się w rodzinie, w której panował dryl wojskowy, jako że mój ojciec był pułkownikiem.

Wycieczki do biura

Dziś cały sufit w biurze administracji osiedlowej jest zawieszony modelami samolotów.
– Musiałem jednak uzyskać na to zgodę mojego szefa. Nie oponował, więc część modeli przyniosłem z domu, gdzie już mi się modele nie mieściły.
Teraz w biurze nikt się nudzi. Przychodzą rodzice z dziećmi i oglądają.
– A mój pokój w domu wzbogacają książki i pisma z dziedziny lotnictwa – dodaje – Medale, dystynkcje i odznaki lotnicze.
Bo modele stały się tylko pretekstem do zdobywania niesamowitej wiedzy lotniczej. Barcz, kiedy nie klei, to czyta. Głównie wspomnienia lotników walczących na frontach I i II wojny światowej.
Fascynuje go tez początek tej całej historii, czyli pierwszy lot braci Wright, amerykańskich pionierów lotnictwa, którzy w 1903 roku dokonali pierwszych w dziejach lotów samolotem własnej konstrukcji, wyposażonym w silnik spalinowy.

Śmigło

Dziś w domowych zbiorach Pan Krzysztof ma kompletny mundur lotnika i RAF-owskimi skrzydełkami. To wszystko po polskim lotniku z Dywizjonu 305, który zginął w 1942 r. podczas nalotu na Hamburg.

Kilka lat temu zaczepił go znajomy z propozycją przekazania śmigła samolotu. – Jeśli nie weźmiesz – zagroził – to porąbię na drobne kawałki, będę miał drewno na rozpałkę.

– Myślałem, że to będzie jakieś potrzaskane śmigło, a okazało się, że było najprawdziwsze, produkcji Plaga-Leśkiewicz. Oczyściłem ten mój skarb, wypastowałem pastą do podłóg, wypolerowałem i śmigło wygląda jako nowe.

Z Japonii do Lublina

Nie ma zawodów lotniczych, w których Krzysztof Barcz nie brałby udziału jako obserwator. Jeździ co roku do Góraszki na słynne pokazy organizowane przez Zbigniewa Niemczyckiego. I do Radomia, i do Dęblina...
Właśnie w Dęblinie w 1991 r., podczas pokazów amerykańskiego zespołu lotniczego (gdzie były prezentowane odrzutowce typu F-16) poznał niejakiego Krajcerka, lotnika z USA. I ów lotnik poprosił go o zdobycie dla niego munduru lotnika sowieckiego.
– Wtedy – mówi Krzysztof – nie było z tym trudności. Krajcerek, w rewanżu, przysłał mi odznaki lotnika amerykańskiego. A kiedy kilka lat później został przeniesiony do bazy lotniczej w Japonii, dostałem od niego odznaki pilota japońskiego.

Dreszczyk

Ale co z lataniem? W przypadku modelarza spełniły się tylko częściowo, gdy jako pasażer dosiadał szybowców w Radawcu.

– Niesamowite wrażenia, gdy raz się widzi chmury, innym razem słońce i refleksy światła na chmurach – wspomina. – Szybowiec nie jest tak stabilny jak pasażerski odrzutowiec, więc raz się wznosi w górę, raz opada. Nieustanna huśtawka, do której trzeba przywyknąć. Ale to cała przyjemność odczuwać dreszczyk emocji. Człowiek podczas takiego lotu nie zastanawia się, czy ten lot jest bezpieczny, gdy widzi niesamowicie piękne widoki, nie dające się z niczym porównać i gdy wyzwala się dawka adrenaliny. A cóż dopiero mają do powiedzenia zawodowi piloci, poddawani najtrudniejszym testom, których pociąga np. akrobacja samolotowa – te wszystkie beczki, korkociągi, cały ten balet podniebny.

Złośliwy lotnik

Pan Krzysztof może tym zawodowym lotnikom tylko pozazdrościć. I zazdrości, więc kiedy go odwiedza znajomy lotnik, przyjeżdża zawsze w galowym, szaroniebieskim mundurze, przyozdobionym kordzikiem i wszystkimi dystynkcjami.
– On wie, jak to na mnie działa, niedoszłego lotnika...
Ale jest nadzieja, że syn Krzysztofa zostanie lotnikiem. Takie ma zamiary. Zaraził się tym lotnictwem od ojca i chce za rok, po maturze, zdawać na wydział lotnictwa cywilnego Politechniki Rzeszowskiej.
Janusz Świąder

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.