Facebook Google+ Twitter

Chelsea pożegna się z Ligą Mistrzów? Z trenerem już się pożegnała

Triumfator poprzedniej edycji Chelsea znalazła się prawie za burtą, a kapitan okrętu już pożegnał się z załogą. Barcelona zapewniła sobie awans po zwycięstwie w Moskwie, Valencia i Bayern solidarnie podzieliły się punktami.

 / Fot. EPA/DI MARCORoberto Di Matteo był najbardziej tymczasowym z tymczasowych trenerów, jakich można sobie wyobrazić. Romanowowi Abramowiczowi trudno było podziękować mu za pracę, gdy po raz pierwszy w historii The Blues sięgnęli po Ligę Mistrzów. Dziś nie potrzebował nawet pretekstu - po wywalczeniu dwóch punktów w czterech ostatnich meczach Premier League i więcej niż prawdopodobnej degradacji do Ligi Europy, nawet Jose Mourinho miałby problemy z utrzymaniem posady.

Czy to zasięg zmian i odmłodzenie składu tak bardzo zaszkodziły zespołowi? Czy może zabrakło czasu na dopracowanie szczegółów, symbiozę nowej generacji (Oscar i Moses to debiutanci na poziomie klubowej elity, Hazard i Azpilicueta roli faworytów wcześniej nie zasmakowali) z bardziej doświadczonymi zawodnikami (Ashley Cole nie jest już tym samym graczem monopolizującym lewe skrzydło)?

Tak czy inaczej, na Juventus Stadium Chelsea była bezradna, kompletnie nie odnalazła się w ustawieniu z Hazardem na szpicy, który do spółki z Juanem Matą zwykle był głównym kreatorem gry. Wróble ćwierkają, że rosyjskiemu oligarsze marzy się zatrudnienie Pepa Guardioli, który od paru miesięcy rozgościł się w Nowym Jorku z dala od poważnej piłki. Czy to jednak nie była "grupa śmierci"?

Pracując w Hiszpanii Unai Emery nigdy nie wygrał z Barceloną. Wraz z nim do Moskwy ściągnięto ogranych na Zachodzie Juana Manuela Hurado, Diniyara Bilaletdinowa i Kima Källströma. Cel był jasny - po raz trzeci w jedenastym starcie w Lidze Mistrzów awansować do 1/8 finału. W pierwszej serii spotkań jego Spartak do 79. minuty prowadził 2:1, ale dał sobie wydrzeć zwycięstwo w końcówce. Tym razem słońce szybciej schowało się za chmurami, bo Barcelona zagrała na poważnie od początku meczu. Efekt mógł być tylko jeden - trzy bramki i po niespełna 40 minutach sędzia właściwie mógł zaprosić obie drużyny do szatni.

Benfica musiała wygrać z Celtikiem, by przedłużyć nadzieje na awans, gościom wystarczał remis. Orły szybko objęły prowadzenie, ale Celtic jak to Celtic - pierwsza groźna akcja, pierwszy rzut rożny i od razu bramka. Potem publiczność na Estadio Da Luz podziwiała miernej urody widowisko. Kluczową akcję meczu zmajstrowali po przerwie dwaj stoperzy - dogrywał Luisao, wykańczał Ezequiel Garay. Zespół Neila Lennona nie wykrzesał w sobie pełnej wiary determinacji jak przed dwoma tygodniami, ruszył dopiero w końcówce, ale bohater tamtego wieczoru cudów, Tony Watt, limit szczęścia już wykorzystał.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.