Ale mi się spać chce... Ziewa. Przykrywa się pierzyną; w piecu wciąż trzaskają palące się szczapy, to znak, że jeszcze przez godzinę będzie ciepło. Kurczę, kiedy mama wróci, już mam dość bawienia dzieciaków i siedzenia w domu.
- Chodź. Pobawisz się nim tylko. – przekonuje natrętny głos.
- Jak nie przestanie się czepiać, to zawołam chłopaków. – Jest przerażona, wie czego chce od niej ojciec, wie że chce ją skrzywdzić, czuje to całą sobą, to co jej proponuje skrzywdzi ją na całe życie, czuje się bezsilna, słaba. Czuje wstyd. Będą o niej gadać, że ojciec ją… molestował.
- Tylko się nim pobawisz. Nic więcej. – Ojciec próbuje schwytać ją za którąś z rąk, ale mu umyka, przesuwając się wzdłuż szczeliny miedzy łóżkiem a ścianą; jest jej zimno w stopy, drży z zimna, strachu, ze zmęczenia.
- Odczepi się ode mnie. Takie rzeczy to z mamą może robić. – wyrzuca z siebie w bezsilnym gniewie; powiedzieć cokolwiek, żeby się nie zbliżał.
- Chodź ty mała, chytra cholero. – Pochylił się tak, że złapał jej dłoń. Nie!
- Łukasz! Adam! On się do mnie czepia! – Nawet nie wiedziała jak o tym powiedzieć braciom, jak określić tę zbrodnię przeciwko niej, ten gwałt na niewinności. Jej głos przebił powłokę bezgłośnej walki. Usłyszała głosy braci z pokoju obok, mamrotali coś zaspanymi głosami. Odsunął się. Czuła jego niezadowolenie.
Pobawisz się sam, pomyślała z mściwą satysfakcją. Wiedziała, że to nie koniec. Wiedziała, że nie jest bezpieczna. Odszedł chwiejnym krokiem i runął na wersalkę aż zatrzeszczała. Jak tylko on zaśnie, musi stąd uciec. Stała przyciśnięta do ściany, marznąc, z napiętymi mięśniami, myślami, czujna, gotowa na atak. Stała tak do momentu, gdy usłyszała jak chrapie. Serce tłukło się wariacko w jej piersi. Chwyciła ubranie i koc i powoli, krok za krokiem przesuwała się w stronę drzwi. Poruszył się. Zastygła tuż przy jego łóżku. Boże, niech tylko się nie obudzi. Szybko przemknęła przez drzwi, ubrała się, założyła kurtkę, czapkę i buty. Co teraz? Na dworze jest zimno. Na sianie zmarznę. Do dzieciaków pod łóżko chyba najlepiej.
Rozejrzała się w ciemnościach. Wzrok po chwili przywykł do mroku. Jak zwykle leżą odkryci. Poprawiła pierzyny. Wsunęła koc pod łóżko i wczołgała się z trudem. Jejku, ale tu czuć kurzem i zimno. Ułożyła się jak mogła najwygodniej. Czuła zapach drewnianych, starych desek i słomy w sienniku. Czuła jak młodsi bracia wiercą się, śniąc o bitwach, dalekich podróżach; bezpieczni, nieświadomi, niewinni, w ciepłej pościeli. Boże, dziękuje Ci, że on mi nic nie zdążył zrobić. Broń mnie przed nim. Proszę! Po policzku popłynęły łzy, łzy dziewczynki, dwunastoletniego człowieka.