Ale mi się spać chce... Ziewa. Przykrywa się pierzyną; w piecu wciąż trzaskają palące się szczapy, to znak, że jeszcze przez godzinę będzie ciepło. Kurczę, kiedy mama wróci, już mam dość bawienia dzieciaków i siedzenia w domu.
Chłopaki nie chcą w nocy wstawać jak Beata beczy, bo to ja jestem babą i to moja robota. Ale mogliby czasem i oni, a nie ja. Wciąż ja. I mama, jak z domu ucieknie, to nie pomyśli, że wszystko na mojej głowie. Pozamiatać, zmyć talerze, coś do jedzenia, a nawet z czego nie ma. Wkurza mnie to, że z tym pijakiem muszę siedzieć. Chodzi i się czepia. Łachmyta. Jak go nie ma, to spokój chociaż. I jeść mu dawaj. Ja na kreskę biorę chleb, a ten żul chla wódę z tymi meliniarzami i jeszcze jeść mu dawaj. Leży teraz i chrapie. Żeby tylko nie wstawał, bo tylko obudzi wszystkich. Ale zmęczona jestem. Zamyka oczy. W łóżku jest już ciepło, przyjemnie, w umyśle rodzą się obrazy, ma dobrą wyobraźnię; tak zasypia: pojawia się historia i ona z nią w sen wchodzi i tak śni śpiąc.
Las, gorąco, słodki zapach malin; leży na drewnianej podłodze starego domu nieopodal drogi, niewidocznego zza zasłony drzew i gęstych krzaków. Odpoczywa. Palce lepkie od soku malin, plecy wyprostowane, po kilku godzinach pochylania się bolą przyjemnie. Uzbierała cały koszyk. Będzie dżem i sok na zimę. Uwielbia pić gorący sok malinowy. Mogłaby tak pić i pić. Patrzy w słońce, oczy zasnuwa łzawa mgła. Wie, że najlepiej, żeby zobaczyć jego migającą twarz trzeba patrzeć aż do bólu w oczach, aż do łez; jest biała obręcz jak rozgrzane do białości żelazo, a w niej ciemno i jasno, tak na zmianę. Chłodny wiatr po spoconym czole.
Zdejmuje czapkę. Powietrze drży. Świergot ptaków, szczekanie psów, samochody na drodze. Trzeba do domu. Wstaje i widzi. Jakiś facet w ciemnym ubraniu. Zastyga w bezruchu. Nie widzi twarzy. Może ktoś ze wsi na maliny albo grzyby. Może listonosz? Serce łomoce, słyszy wszechobecne bicie serca i spokojny świergot ptaków, szczekanie psów, samochody na drodze. Odwrócił się…
Jest spocona i przerażona. Wciąż widzi tę twarz. Wciąż czuje bezwład w ciele i słyszy bezgłośny krzyk strachu. Otwiera oczy. Ktoś stoi przy jej łóżku kiwając się i sapiąc. Czego ten żul tu przylazł? Nie cierpię go. Jest w niej obrzydzenie, lęk, senność. Może jak zamknę oczy, to on sobie polezie? Zamyka oczy, jest tak zmęczona, że zasypia. Ktoś szarpie ją za ramię. Czego on chce, do diabła?
- Czego tu tak stoi? – Jest w niej niepokój.
- Krysia… - stęka pijacki głos
- Tu nie ma żadnej Krysi – W jej głosie wstręt miesza się ze strachem.
- Chodź – Głos staje się natarczywy, a ciemna sylwetka pochyla się niebezpiecznie nad jej głową.
- Przecież mówię, że mamy tu nie ma. – Wciąż ma nadzieję, że on odejdzie, ale on chwyta jej rękę i mamrocze:
- Chodź.
- To ja Madzia. Niech idzie spać. Mamy nie ma. Idzie spać. – Jest wystraszona, zmęczona i nie wie, co zrobić, żeby on sobie poszedł. Może zaraz pójdzie? Ale on wciąż stoi nad nią i ciągnie ją za rękę. Słyszy jak on rozpina rozporek. Nie! Zrywa się z łóżka i przyciska plecami do ściany. Ściana jest zimna, bose stopy czuja twardą powierzchnię podłogi. Co robić, co robić? Może sobie pójdzie? Boże, niech on sobie idzie.