Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

67882 miejsce

Chrześcijaństwo w ścieku, Woody Allen w formie

Nowy film Woody'ego Allena to nie tylko kolejne po "Vicky, Christina, Barcelona" swoiste zawołanie do promiskuityzmu, ale też próba rozjaśnienia życia. Niestety próba momentami banalna, a czasami z kolei za bardzo przeszarżowana.

Poglądy chrześcijańskie należy wrzucić do ścieku, tam gdzie ich miejsce. Taką tezę mówi prostym kobietom siedemdziesięcioletni z górką Borys Yelnikoff, niedoszły noblista z fizyki, tym samym podrywając je na starego cynika.

Podrywa też nie tylko piękne przedstawicielki płci przeciwnej, ale i widzów, bo od początku filmu zdarza mu się zwracać do kamery i opowiadać o sobie. Stara sztuczka Woody’ego Allena. Ten widz, który jest doktrynerskim katolikiem poczuje się podobnymi sformułowaniami Borysa urażony (chyba, że się już przyzwyczaił). Również bardziej wymagający ateista tego rodzaju wiwisekcji nie uzna raczej za miód na serce i duszę (która przecież nie istnieje), ale za frazy populistyczne i mało konstruktywne. Bezpośrednie zwracanie się aktora do publiczności uznają obaj za irytujące, chociaż bardziej już wybaczalne, jeżeli spojrzą na siebie autoironicznie. Borys, a z nim Woody Allen zwraca się bowiem do kobiet w filmie, jak i do publiczności raczej celowo złośliwie uznanej za mało wygórowaną i traktuje wszystkich ex cathedra. Borys nie może zaskarbić sobie sympatii widza faktem, że jest intelektualistą, bo jest niesympatycznym intelektualistą. Czy na pewno? To, co jest niedostępne i nieokrzesane, często jest najbardziej pociągające, dlatego dwudziestojednoletnia dzierlatka z południa Stanów, Melodie (Evan Rachel Wood) zagubiona w Nowym Yorku i nieopatrznie zaproszona przez Borysa do mieszkania, szybko zaczyna się nim fascynować. Borys po długich namowach przygarnia ją pod dach na dłużej i nie chce niczego w zamian, czym objawia swoje skrywane gołębie serce. Fakt, że grymasi i mówi jej, że jest głupia i że powinna się jak najszybciej wynieść, dodaje mu w jej oczach jeszcze większego uroku i poczciwości gderliwego starca, który mówi swoje teorie na temat kar śmierci za głupotę, a w głębi duszy tuszuje po prostu swój altruizm.

Altruizm? Borys oczywiście nie robi nagle dobrych uczynków i nie przechodzi metamorfozy. Dalej mówi wszystkim bolesne, czasami przesadne prawdy o nich, demitologizuje religie, kpi z świątobliwego spojrzenia na Holocaust. Nie staje się życzliwym ludziom do rany przyłóż, bratem łatą. Metamorfozę za to dzięki niemu przechodzi Melodie. Nie tylko dlatego, że może się odnaleźć w wielkim mieście (początkowo zarabia na wyprowadzaniu psów). Zaczynają ją kręcić poważniejsze sprawy niż miłość na zapleczu smażalni ryb z perkusistą - edukuje się, ale - co podkreśla Borys - nie jak kwiaciarka w sztuce G.B Shawa "Pigmalion", ale po swojemu. To oczywiście wykręt Allena, który mówi nam: nie ściągam z klasyki, zanim skojarzymy, że faktycznie z klasyki ściąga. Evan Rachel Wood gra zupełnie jakby tęskniła za występami w adaptacji sztuki owego brytyjskiego noblisty. Allen podsuwa nam też w dialogach inne odwołania kulturowo-naukowe sugerując, że bohaterowie są naprawdę inteligentni i oczytani. Porównuje kobiety z południa do faulknerowskiego Benjy'ego, toposu przyznajmy raczej mało powszechnego; Borys wykłada też o teorii strun i wspomina ciągle o entropii. Tak, tego rodzaju intelektualna papka to coś, czego mimo wszystko w komediach romantycznych brakuje, a w ostatnich filmach Allena, zwłaszcza w tych bez samego Allena bądź bez jego alter ego, miał wręcz miejsce jej deficyt.

Woody Allen poza zdolnością do genialnie brzmiących dialogów ma niesamowity talent do wychwytywania dopiero co się wyłaniających gwiazd aktorstwa i obsadzania ich w raczej byle jakich rolach. Tak można rzec o rólkach Jeffa Goldbluma i Seagurney Weaver w "Annie Hall" jeszcze z dekady 70., kiedy nie byli wcale znani, o marnowanym potencjale Edwarda Northona w "Wszyscy mówią kocham cię" dwie dekady później, czy o nijakich występach niezłego skądinąd w "Przypadku Harolda Cricka", a słabego w allenowskiej "Mirandzie i Mirandize" Willa Ferrela, czy Scarlett Johanson w "Scopie" i "Vicky...". Tak samo rzecz się ma z Evan Rachel Wood, w której po występie w dramacie "Zapaśnik" zobaczyć można było spory potencjał. O ile jednak tamten film Aronofsky'ego był jednolity tematycznie i stylowo, komedia Allena jest raczej chaotyczna pod względem stylu. Rachel Wood nie udaje się więc to, co Penelope Cruz, czy chociażby Rebece Hall z "Vicky…", które ratowały swoje rólki.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.