Facebook Google+ Twitter

Cierpimy na syndrom wody sodowej

Aby wydać książkę z własną biografią nie trzeba się trudzić! Wystarczy zaangażować dziennikarza -biografa z bujną wyobraźnią. Nazwisko ukaże się na okładce książki, a pseudoautor zyska miano zdolnego pisarza.

Po przeczytaniu pewnego bestsellera o znikomej wartości literackiej, doszedłem do wniosku, iż życie każdego z nas zasługuje na napisanie wspomnień. Mam przed sobą kolorowy magazyn z osobistymi zapiskami nikomu nieznanej autorki, noszące znamiona pamiętnika. Zapiski ciekawe, bo autentyczne i szczere. Autorka doszła do wniosku, że nie należy się sugerować głośnymi nazwiskami, których ostatnio odczuwamy ogromny wysyp. Większość z nich nigdy nie władało piórem, a znajomość ortografii, gramatyki i interpunkcji jest im całkiem obca. Mimo to uparcie wciskają nam przesłodzone biografie, jakby życiorysy zwyczajnych osób nie bywających na wystawnych przyjęciach, nie siejących wokół siebie i otoczenia zgorszenia, a twarze uporczywie eksponowane na pierwszych stronach gazet, były czym nie zasługującym na zainteresowanie? Codzienne życie dowodzi jednak coś innego.

Obecnie nastała moda, że nawet debil sięga po pióro, obnaża siebie urojeniami, skandalami, czasem nawet wybrednymi impertynencjami. Nie wymienię z nazwiska owych pseudo pisarzy, którzy sami nie umaczali pióra, ale zlecili to znanym dziennikarzom, którym przekazali wszystko, co im ślina na język przyniosła. Zdolni dziennikarze – biografowie o niezwykle bujnej wyobraźni piszą za nich, kasując w zamian sute honorarium. W rezultacie nazwisko pseudo autora pojawia się na kolorowej obwolucie okładki, czyniąc z miejsca „głośną personą” w świecie literackim.
Zjawisko jest powszechnie znane nie tylko wśród sportowców, aktorów dużego i małego ekranu, ale różnej maści gasnących gwiazd filmu, teatru i estrady. Wtedy jedyną popularnością stają się pikantne odsłony ich życiowych zachowań. Czasem wystarczy być faktycznie pisarzem, ale pijaczyną lub kochankiem, by zdobyć nie tylko poczytność, ale dzięki koneksjom nawet nagrodę literacką. Przykładów nie muszę przytaczać.


Ostatnio gościłem na pewnym firmowym przyjęciu, które muzycznie uświetnił doskonały, za to mało znany zespół i ogromnie ceniący się humorysta. Ten ostatni, mieniąc się gwiazdą, opowiedział kilka mało śmiesznych dowcipów i zakosił kilkunastotysięczne honorarium. Tymczasem kilkuosobowy zespół muzyczny za trzy godziny grania, zaledwie dziesiątą tego. Humorysta chwalił się, że zapłacono mu za „nazwisko”, zespół muzyczny był przy nim tylko kopciuszkiem. Dlaczego posłużyłem się akurat tym przykładem? Ponieważ w życiu liczy się przede wszystkim popularność i znajomość. Inaczej coś się traci. Pisarz albo poeta mało znany, władający nawet najdoskonalszym piórem, to na co dzień obraz smutny. Najczęściej splendor popularności dotyka niesprawiedliwie, spada nieoczekiwanie na tych, którzy na to wcale nie zasługują, jakieś kurioza, gdzie spaść nie powinny. Tak jest w przypadku nagród literackich Nobla czy Nike, nagród przyznawanych po koleżeńsku i znajomości, nierzadko autorom tylko jednej książki.

Nie tak dawno pewien młody utalentowany człowiek poprosił mnie o ocenę swojej powieści. Uznałem powieść za ciekawą i wartą wydania drukiem. Ale wydawca nie był zainteresowany literackim „rodzynkiem”, wolał miernoty zagranicznych autorów. Dlaczego? Ponieważ
tym razem manuskrypt trafił w ręce lektora, którego gust i zainteresowania były odmienne. Zamiast dać szansę rodzimemu autorowi, wydał książkę nastoletniej zagranicznej autorki, opisującej swoje erotyczne przeżycia. A jak było na początku z Harrym Pottterem, którego żadne wydawnictwo nie chciało wydać? Tylko jeden wydawca zaryzykował i zbił na tym złoty interes dzięki doskonałej promocji. Wszyscy pozostali pluli sobie potem w brodę, po czym autorka, zadowolona z odniesionego sukcesu, zaczęła młodych czytelników zaskakiwać nowymi przygodami Pottera, jednak nie wszystkich stać było na kupno drogiej książki. Jeśli któryś miał kilka zaskórniaków w kieszeni, wolał zjeść hamburgera u Mc.Donalda. Nic zatem dziownego, że książki z Jarry Potterem stosami zalegają super-markety… sprzedawane czasem na kilogramy i nie tylko. Analizując, bez wątpienia cierpimy jednak (z małymi może wyjątkami) na syndrom wody sodowej.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Jakie to okrutne i przerażające.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Tu zgodzę się całkowicie z Autorem. Byłam na imprezie polonijnej w środkowych Niemczech. Polski znany satyryk miał uświetnić program...i co ...wyszedł pijany na scene w obsikanych spodniach i coś bełkotał. Byłam zszokowana, jak można tak obrażac ludzi i brać za to grube pieniądze.
Podobnie jest w kręgach wydawniczych, sama czegoś takiego doświadczyłam.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.