Facebook Google+ Twitter

Ciuchy made in Lodz

  • Źródło: Express Ilustrowany
  • Data dodania: 2006-10-20 07:56

Nie ma chyba osoby, która nie lubi ubierać się w markowe ciuchy. Modne wzory, obco brzmiąca nazwa firmy, elegancki butik – i już wydaje nam się, że strój stworzyli najlepsi zagraniczni projektanci.

fot. MWMEDIANie każdy zdaje sobie sprawę, iż spora część kolekcji oferowanych w wielkich galeriach handlowych powstała w firmach z Łodzi i okolic.
– W Łodzi, po kilku chudych latach, przemysł tekstylny i odzieżowy ma się coraz lepiej – uważa Hanna Zdanowska.

Eldar, Hexeline, Olimpia czy Gorsenia to tylko niektóre znane marki odzieży i bielizny, jakie powstały i produkują w naszym mieście. W dodatku stale się rozwijają. A jeszcze kilka lat temu przepowiadano, że to już koniec, że przemysł lekki w Łodzi upadnie. Tym razem ekonomiści i włodarze miasta racji nie mieli. Dowód? Według statystyk, w tej branży w naszym regionie zatrudnionych jest ok. 50 tys. osób. A to tylko oficjalne dane. Szacuje się, że drugie tyle pracuje na czarno.
Z niewielkiej szwalni zatrudniającej trzy osoby Mieczysław Rybczyński stworzył firmę produkującą milion sztuk bielizny rocznie.

Inwestować z głową


Firmy odzieżowe, które dają dzisiaj zatrudnienie kilkudziesięciu, kilkuset, a nawet kilku tysiącom osób (Gatta w Zduńskiej Woli ma obecnie 2 tys. pracowników!), powstały na przełomie lat 80. i 90. jako małe rodzinne manufaktury. Szyło się wtedy dla pojedynczych klientów i na potrzeby powstających w Łodzi i okolicy rynków.

– Zaczynaliśmy od trzech pracownic – dwóch szwaczek i pani, która je kontrolowała – zdradza Mieczysław Rybczyński, właściciel Eldaru, który zatrudnia obecnie 160 osób. – Prowadziliśmy ze wspólnikiem mały handel obwoźny.

Firmy w tym czasie zakładali także pracownicy zwalniani z dużych państwowych przedsiębiorstw tekstylnych i odzieżowych.

– Na początku lat 90. sprzedać można było dosłownie wszystko – opowiada Hanna Zdanowska, dyrektor Łódzkiej Izby Przemysłowo–Handlowej. – Z czasem klient stał się bardziej wymagający. Część firm upadła, bo z myślą o szybkim zysku szyły tak zwaną masówkę na rynek wschodni. Gdy pod koniec lat 90. został zamknięty, nie mieli zbytu. Tylko ci, którzy od początku inwestowali w maszyny i ludzi, zaczęli przyjmować zlecenia od zagranicznych koncernów odzieżowych. Niemal na talerzu dostawali najnowsze technologie i przy okazji rozwijali produkcję pod własną marką. Gdy pod koniec minionej dekady zachodnie firmy zaczęły przenosić produkcję do Chin czy Indii, oni mieli już ugruntowaną pozycję.

Zamiast państwowych molochów, mamy więc dziś w Łodzi głównie małe firmy rodzinne i niewielkie spółki. Z dawnych potęg zostały nieliczne, jak Olimpia czy Wólczanka, którym udało się wprowadzić skuteczne programy naprawcze. Słowem – jak w przyrodzie – przetrwali najsilniejsi.

Od miasteczek do metropolii


Droga do sklepów patronackich w domach handlowych i galeriach nie była usłana różami. Brak zaufania Polaków do rodzimych produktów sprawił, że gros przedsiębiorstw wręcz ukrywało swoje pochodzenie pod obco brzmiącymi nazwami. Robili to nawet w sytuacji, gdy w tym samym czasie, na tych samych maszynach szyli ubrania dla Bossa, Wranglera, Cottonfielda i Jackpota. Minęło wiele lat, zanim zaczęto umieszczać na metce "Made in Poland". Dziś doszło do tego, że fakt, iż firma wywodzi się z miasta nad Łódką, bywa atutem.

– Chcemy być kojarzeni z Łodzią, jej historią i na każdej metce o tym przypominamy – mówi Aleksandra Wasilewska, specjalista ds. wizerunku Olimpii.

Jak zgodnie twierdzą szefowie firm, Łódź nadal jest centrum polskiego przemysłu tekstylnego i odzieżowego. Uważają, że to najlepsze miejsce do robienia interesów.

– Tu jest wykształcona kadra, są dostawcy maszyn i surowców – mówi Mieczysław Rybczyński.

Szwaczki zatrudnię


Produkcja niektórych łódzkich firm dochodzi do miliona sztuk rocznie. Co rok otwierają w Polsce po kilkanaście sklepów firmowych. Zwiększa się też eksport (Eldar wysyła zagranicę 40 proc. produkcji, Tatuum ma 15 sklepów firmowych w Rosji, Czechach, Niemczech na Węgrzech). Hossa trwa, a w jej obliczu paradoksalnie największym problemem staje się... brak rąk do pracy.

– Moglibyśmy zwiększyć produkcję o 20–25 procent, ale nie ma kto szyć! – mówi właściciel Eldaru. – Od razu zatrudniłbym 15 szwaczek.

Z tego powodu gwałtownie rosną żądania płacowe.

– Szwaczki się cenią – mówi Hanna Zdanowska z ŁIPH. – Chcą zarabiać co najmniej 2 tysiące złotych, a to przestaje być opłacalne, jeśli doliczy się koszty pracodawcy. Dlatego tak wiele z nich pracuje na czarno.

Aby zaoszczędzić, część firm przenosi produkcję na Daleki Wschód. Specyfika tamtego rynku wymaga jednak kontraktowania ogromnych zamówień. To ryzykowne. W przypadku nieudanej kolekcji, firma może sporo stracić. Poza tym nie każdy chce mieć metkę z napisem "Made in China".

– Zagraniczne koncerny wracają z tego powodu do swoich kooperantów w Łodzi, ale przy cenach ich ubrań jest to nadal opłacalne – mówi dyrektor Zdanowska.
Szansą dla łódzkich firm byłby napływ tańszej siły roboczej z Ukrainy czy Rosji. Niestety, obecnie nie jest to możliwe ze względu na zawiłą procedurę uzyskiwania pozwoleń na pracę.

Przemysław Dana – Express Ilustrowany

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

KOWALSKA ANNA
  • KOWALSKA ANNA
  • 03.04.2012 12:35

PANIE SZEFIE Z ELDARU .TO DLACZEGO TAK OSZUKUJESZ PRACOWNIKÓW I PŁACISZ GŁODOWE RACJE ZA NAJMNIEJ JAK MOŻNA JEST PAN CZŁOWIEKIEM KTÓRY LUBI MIEĆ ZA DARMO SWOICH LUDZI DO ROBOTY ŻEBY ICH MÓC WYKORZYSTAĆ

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.