Facebook Google+ Twitter

Co dalej z Hillary?

Właśnie przegrała walkę o prezydencką nominacje Partii Demokratycznej. W tym roku skończy 61 lat i choć jej kariera polityczna stoi pod znakiem zapytania, to wcale nie zanosi się by bezkompromisowa pani senator udała się na emeryturę.

Hillary Clinton. / Fot. http://www.flickr.com/photos/nrbelex/2232632457/To już jest pewne, dla niektórych było nawet oczywiste kilka tygodni temu. Tym razem Hillary Rodham Clinton nie zostanie pierwszym prezydentem – kobietą w historii USA. W piątek dowiedzieliśmy się też, że była pierwsza dama nie zamierza ubiegać się o wiceprezydenturę, jednak jak dyplomatycznie zaznaczył jej rzecznik prasowy Phil Singer: „Wybór należy wyłącznie do Obamy”, którego w sobotę Hillary oficjalnie poparła. Duet Clinton – Obama byłby oczywiście dla demokratów najkorzystniejszy i chyba na jego powstanie się zanosi.

Z konserwatywnego domu na lewicowe pikiety


Mała Hillary Rodhan. / Fot. http://www.flickr.com/photos/pingnews/491282704/Wróćmy jednak do samej pani Clinton. Urodzona w ultrakonserwatywnej rodzinie w Park Ridge pod Chicago, w której od dziecka wpajano jej zasadę, że żeby zajść wysoko trzeba całe życie walczyć. Była "szóstkową", bezkompromisową uczennicą, o której głośno zrobiło się pod koniec studiów, gdy w swojej mowie końcowej skrytykowała obecnego na sali senatora Edwarda Brookea za co zresztą otrzymała siedmiominutowe owacje na stojąco i trafiła na okładkę magazynu „Life”.

Nadchodzą lata siedemdziesiąte, na fali antywojennych nastrojów wielka rewolucja obyczajowa Ameryki Północnej osiąga apogeum. Zachodnie Wybrzeże zapełnia się dziećmi kwiatami. W tym czasie Hillary zmienia swoje polityczne poglądy niemalże o 180 stopni. Co prawda hipiską nie zostaje, ale wbrew wychowaniu przyłącza się do lewicującego demokratycznego działacza Saula Alinskiego, któremu pomaga w pracy w murzyńskich gettach. W roku 1970 idzie na prawnicze studia, gdzie poznaje długowłosego hipisa Williama Clintona. Oboje zakochani, razem rzucają się w wir pracy na rzecz Partii Demokratycznej.

Pierwsza dama


Z wielkimi ambicjami szybko pną się w partyjnej hierarchii, co zostaje przerwane nieudanym startem Billa do Senatu. Po tym wydarzeniu oboje wracają do jego rodzinnego Arkansas. Tam we dwójkę robią karierę, Bill polityczną, Hillary prawniczą. Bill Clinton. / Fot. http://commons.wikimedia.org/wiki/Image:Bill_Clinton_closeup_at_dedication_of_WWII_memorial,_May_2004.jpgPrzyszła pierwsza dama już wtedy trafia na listę 100 najlepszych prawników USA, zostaje żywicielem rodziny i najbliższym doradcą gubernatora stanu - swojego męża. Zawsze opanowana i przygotowana, jest podporą dla Billa. Oboje są świetnym, dopełniającym się duetem. Do tego stopnia, że kandydujący w 1991 roku na urząd prezydenta USA Clinton jako hasło swojej kampanii wybiera: „Buy one – get one for free” (Kup jedno - dostaniesz drugie gratis). Wygrywają oboje.

Okres prezydentury Billa, to tak naprawdę podwójne rządy Clintonów. Hillary okazuje się być kluczowym doradcą swojego męża, lecz samodzielnie jako polityk zdradza małe doświadczenie i wyczucie sytuacji. Ustawa reformująca amerykańską służbę zdrowia, którą miała przygotować okazuje się być kompletną klapą. Po latach mówi się, że pierwsza dama źle rozegrała całą partię i nie doceniła lobby szpitali i firm ubezpieczeniowych. To był pierwszy raz, gdy Clintonom tak bardzo wytknięto socjalistyczne poglądy. Zresztą nie ostatni.

Ale wcześniej wybuchła afera


Przed "aferą rozporkową" Billa było jeszcze kilka innych, które ta przyćmiła. Zaczęło się od Whitewater, poplątaną do tego stopnia, że obojgu udało się wyplatać bez większego uszczerbku. W sumie nikomu nic nie udało się wyjaśnić, poza tym, że dotyczyła spekulacji nieruchomościami w Arkansas i tego, że zamieszany w nią znajomy Hillary - Vince Foster, popełnił samobójstwo, gdy tylko o sprawie zrobiło się głośno. Hillary w styczniu 1996 stanęła przed sądem śledczym zajmującym się sprawą, ale niczego jej nie udowodniono, choć prawicowa prasa huczała od domysłów i spekulacji na temat jej rzekomego krzywoprzysięstwa. Po drodze Clinton zaliczyła jeszcze posądzenie o kumoterstwo. Małżonka prezydenta zwolniła cały personel biura organizującego podróże dla urzędników rządowych, a na ich miejsce zatrudniła krewnych i przyjaciół. Ale to dopiero był początek, bo w kilka lat później wszyscy dowiedzieli się o romansie Billa z ambitną stażystką – Monicą Lewinski.

Hillary cały czas była z mężem, najpierw wierząc w jego niewinność później wyniośle milcząc, nawet gdy z czasem w mediach zaczęły pojawiać się insynuacje, że głowa państwa już wcześniej zaliczyła kilka skoków w bok. Pełne godności zachowanie i trwanie u boku męża zaimponowało całej Ameryce. Złośliwi oczywiście twierdzą, że Hillary działała z rozmysłem, czekała na zysk z takiej postawy, bo prawdę mówiąc bez Billa była nikim. Do czasu.

Z Senatu po prezydenturę


Clinton na jednym z wieców wyborczych. / Fot. http://www.flickr.com/photos/walkingthedeepfield/2245576555/W 2000 roku wbrew opinii komentatorów dostała się do Senatu jako reprezentant Nowego Jorku. Pracując w izbie, robiła wszystko by zerwać z wizerunkiem zaciekłej socjalistki. Popierała cześć inicjatyw republikanów (włącznie z interwencją w Iraku, co jak później okazało się jej największym błędem) zawierała znajomości i przyjaźnie z konserwatystami. Robiła wszystko by przesunąć się bliżej centrum, czyli wszystko by zbudować silny elektorat, na którym mogła by oprzeć swoją przyszłą karierę.

Jeszcze przed kampanią liczyła się tylko ona, później doszedł młody, ambitny czarnoskóry senator z Chicago. Przebieg kampanii udowodnił jedno. Clintonowie (bo w tym wypadku nadal można mówić o aktualności hasła z 1991 roku) zbytnio zawierzyli pieniądzom i nie docenili niedoświadczonego rywala. Oczywiście można by się długo rozwodzić nad przyczynami porażki Hillary, ale trzeba oddać jej jedno - walczyła do samego końca. Jednak to Obama zostanie kandydatem demokratów do urzędu prezydenta i zmierzy się z republikaninem Johnem McCainem. Clinton pozostaje w najlepszym wypadku rola wiceprezydenta.

I co dalej?


Dzisiaj najważniejsze jest to aby Hillary przełknęła gorycz porażki i nie próbowała się mścić na Obamie. Co prawda cały czas powtarza, że „wszystko dla dobra partii”, ale jak ktoś kiedyś słusznie zauważył Clinton byłaby tym typem wiceprezydenta, który w każdej chwili mógłby wsypać coś do kawy głowie państwa. Sama zainteresowana zarzeka się, że nie zakończyła swojej kampanii, ale jedynie ją zawiesiła, a kandydaturę Baracka oficjalnie poparła dopiero w sobotę, cztery dni po tym jak wszystko stało się oczywiste. Doskonale jednak wie, że z rywalizacji musi wyjść jako pozytywny bohater, bo jeżeli teraz zaatakuje ciemnoskórego senatora, to jej kariera polityczna legnie w gruzach. A tak, zawsze jest szansa, że Obama przegra z McCainem, a wtedy Clinton wystartuje po raz kolejny za cztery lata.

Barack Obama. Wśród demokratów liczy się dziś tylko on. / Fot. http://www.flickr.com/photos/jurvetson/2175936409Duet Barack – Hillary jest przez demokratów określany jako: „dream ticketem”. Oboje doskonale się uzupełniają. Obama jest charyzmatycznym liderem zapowiadającym wielką zmianę, Clinton bardziej konkretna podciągnęłaby ciemnoskórego senatora w kwestiach programowych. Co prawda może zniechęcić inteligencką cześć elektoratu Obamy, ale w zamian przysporzy mu głosów Latynosów i białej klasy średniej, a i funduszy razem zbiorą więcej. Barack zdaje sobie z tego sprawę i po cichu podejmuje pierwsze działanie mające Hillary przekonać. Ostatnio w Iowa słodził: „Bez względu na końcówkę prawyborów działalność senator Clinton sprawia, że wasze i moje córki czują się silniejsze”. Kroki w kierunku przyszłej współpracy uczynili też sztabowcy Clinton, zbierając podpisy pod petycją do Obamy, by ten zaproponował jej funkcje wiceprezydenta. Prawdopodobnie taka czeka ją przyszłość. Zawsze wiedzieliśmy, że jej ambicje są ogromne, tylko czy wiceprezydentura to już szczyt jej możliwości?

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (17):

Sortuj komentarze:

  • M M
  • 12.05.2009 17:44

Hilary Clinton - Jastrząb w szpilkach:
http://prestigemagazine.com.pl/w-aktualnym-numerze/23-nr-2-22-2009/58-hilary-clinton-jastrzb-w-szpilkach.html

Źródło: Prestige Magazine

Komentarz został ukrytyrozwiń

Mówiąc o niezdecydowanych, a nawet o części liberalnych republikanów, to właśnie mamy tutaj mocny przykład za brakiem możliwości powstania dream ticketu. Republikanie szczerze i z serca nienawidzą klanu Clintonów, natomiast przykład Obamy pokazuje, że jest on w stanie przeciągnąć na swoją stronę właśnie część liberalną partii republikańskiej. Przyznam szczerze, że nawet Arizona - stan rodzinny McCaina nie jest już taki pewny, jak to wyglądało na samym początku kampanii. Dodatkowo zmienia się pozycja tak zwanych stanów biorących, czyli tych, w których zwycięstwo gwarantowało większą liczbę głosów elektorskich. Do ostatnich wyborów Demokracji praktycznie odpuszczali sobie stany południowe, wychodząc z założenia, że to stany czerwone, republikańskie. Tymczasem bardzo dobre wyniki Obamy w niektórych z tych stanów, powodują że mogą nas czekać wielkie niespodzianki na mapie wyników w listopadzie.
Jedno jest pewne. Wybór prezydenta USA uderzy w cały świat. W zasadzie, w dobie recesji ekonomicznej podstawowym pytaniem będzie: Czy nowy prezydent pociągnie stany w kierunku dalszej recesji powodowanej kolejnymi konfliktami zbrojnymi, czy raczej zastosuje metodę rewizji oczekiwań i zacznie odbudowywać "American Dream".
Pytania bez odpowiedzi jak na razie ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

poprawka: 'Kontuzjowane mocarstwo' Andrzeja Lubowskiego

Komentarz został ukrytyrozwiń

p.s. polecam 'Made in USA' Sormana i 'Kontuzjowane mocarstwo' Lubawskiego
lektury obowiązkowe przed wyborami :))

Komentarz został ukrytyrozwiń

Hmm Szymonie skoro opierasz się na exit pools to zwracam honor. Jak zaczeły się ruchawki w Tybecie, rozpad koalicji, negocjajce z talibami i bomby w Pakistanie oraz cyklon w Birmie, w mojej Azji, to mniej zajmowałem się już Stanami :))

Ale z tego co pamietam, to czy przypadkiem o tym kto wygrywa pezydenturę nie decyduje około 30 proc społeczeństwa, które nie deklaruje się jednoznacznie jako demokraci lub koserwatyści? I dlatego chyba każdy z kandydatów próbuje przesunąć się z poglądami bardziej w stronę środka.

A ci niezadeklarowani głosują zazwyczaj na demokratów kiedy trzeba się zająć gospodarką, bo republikanie bardziej nadają się na czas wojny. I teraz albo trzeba przekonać Amerykanów, że wciąż toczy się wojna z terroryzmem albo że warto zająć się pustką w portfelu (kryzys na rynku kredytów hipotecznych).

pozdr

Komentarz został ukrytyrozwiń

Co do wiedzy, to dziękować mogę jedynie swojemu partnerowi, który jako profesjonalista (były producent CNN z Arizony) i politolog dał mi niezłą szkołę przez ostatnie miesiące.
Domyślasz się zapewne, że wybory są w naszym domu GŁÓWNYM tematem rozmów :D

Komentarz został ukrytyrozwiń

Marcinie, pozwól że jeżeli chodzi o wpływy do budżetu kampanii to liczby będą mówiły same za siebie. Barack Obama ma "w zapasie" 45 milionów dolarów odłożonych na kampanię generalną. Pani Clinton ma 30 milionów - długów. Ilość donatorów w obydwu wypadkach również jest niewspółmierna.
O co, jak o co, ale o kasę to tutaj z całą pewnością nie pójdzie :D

Komentarz został ukrytyrozwiń

"poco" osobno oczywiście.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Osobiście rozdźwięk pomiędzy elektoratem Hillary a Baracka porównałem do beer drinkers vs wine drinkers bo mniej więcej na to wychodzi, ale ciekawiej brzmi :-) poza tym nie zgadzam się z tobą Szymonie, że Hillary za dużo nie wniesie do tego duetu bo przecież jeszcze jest kasa :-)

a McCain to stary skurczybyk i nie raz nas zaskoczy.

btw masz imponującą wiedzę w temacie :-) już wiem poco Maćkowi twój mail. na pewno mu się przydasz ;-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Wracając do McCaina - nie jest on tak silnym kandydatem jak myślimy. Przeciwko niemu przemawiają:
Wiek (w przypadku wygranej byłby najstarszym prezydentem USA w historii), choroba nowotworowa (zaleczony czerniak skóry, ale mówi się o groźbie nawrotu), problem z narodowością (McCain urodził się na terenie, który nie był terytorium USA, a jedynie pod protektoratem USA - kwestia do weryfikacji przez Sąd Najwyższy). Do tego dochodzi jeszcze tradycja, którą media lubią pomijać, ale osoby żyjące z analizy politycznej doskonale wiedzą, ze w praktyce nie zdarzyło się, aby partia, która utraci kontrolę nad obydwiema izbami parlamentu, utrzymała Biały Dom.
O drobiazgu w postaci bagażu Busha nie muszę chyba wspominać.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.