Facebook Google+ Twitter

Co jest nie tak z polskim kinem?

Ken Loach, wybitny brytyjski reżyser, laureat tegorocznej Złotej Palmy w Cannes, zadał naszym twórcom bolesny cios ogłaszając, iż zamierza zrealizować film o Polakach emigrujących do Wielkiej Brytanii. Okazało się, że zagraniczny reżyser jest o wiele bardziej zainteresowany problemami współczesnych mieszkańców Polski niż rodzimi artyści.

Właśnie wróciłem z premiery filmu "Życie na podsłuchu" Floriana Henckela von Donnersmarcka, filmu opowiadającego o inwigilacji obywateli przez służby bezpieczeństwa, o tym jak potrafią one niszczyć ludzi, związki, kariery. Film znakomity i poruszający. "Życie na podsłuchu" uznany został za najlepszy film roku i nominowany do Oscara w kategorii "Film nieanglojęzyczny". Dlaczego wspominam o tym filmie? Dlatego, że tematyka tego obrazu, problem jaki on podejmuje, nie jest obcy w Polsce. Z naszym bagażem doświadczeń wyniesionym z mrocznych zaułków Stanu Wojennego, powinniśmy już dawno zrobić taki film. Jednak tak się nie stało. Jaki jest tego powód? Brak dobrych reżyserów? Wprawdzie nie ma ich u nas za dużo, ale bez przesady. Ta niezaradność w polskim kinie jest naprawdę przytłaczająca.

Główną bolączką, ubytkiem naszej kinematografii jest brak scenarzystów, takich z prawdziwego zdarzenia, z ciekawymi pomysłami. Brak dobrych pomysłów na film, to jest problem! A tyle ciekawych tematów dosłownie pałęta się bezwiednie i tylko czeka aż ktoś raczy po nie sięgnąć. Afery polityczne, lustracja wśród księży, dziennikarzy, problemy w kościele, czy chociażby fala emigracji młodych Polaków. Niestety nasi "wielcy reżyserzy" nie są zainteresowani sprawami dnia dzisiejszego, wolą bez końca tkwić w historii, i tak słyszałem, że wkrótce ma rozpocząć się realizacja filmu o Powstaniu Warszawskim, z kolei Andrzej Wajda dla odmiany uraczy nas historią o Katyniu.

Oczywiście są to ważne tematy, ale polskie kino potrzebuje odświeżenia, wyzwolenia się od wielkiej historii, zajęcia się normalnymi problemami dotyczącymi życia przeciętnego mieszkańca tego kraju. Potrzeba nam filmów o rzeczywistości, w której żyjemy, to jest recepta na sukces. Na taki film z pewnością wybierze się wielu Polaków. Najlepszym przykładem jest najnowszy film Krzysztofa Krauze, "Plac Zbawiciela", poruszający problem, który może dotknąć lub już dotknął wielu z nas, patologie w rodzinie. Film znakomicie sfotografowany, kapitalnie sprawili się też aktorzy, w szczególności Ewa Wencel. Takich właśnie filmów potrzebujemy, i nie jest to tylko moja opinia, "Plac Zbawiciela" obejrzało w kinach ponad 100 tys. ludzi. Ten wynik o czymś świadczy. Ludzie, którzy wybrali dość przeciętny film jako polskiego kandydata do Oscara (mowa tu o filmie "Z odzysku") chyba nie chcą byśmy kiedykolwiek dostali tą nominację, bo jak inaczej można wytłumaczyć to, że nie wybrali "Placu Zbawiciela" na kandydata? Filmu o wiele lepszego po każdym względem.

Do realizacji ciekawych, niebanalnych, a nawet wybitnych filmów nie jest potrzeby wielki budżet. Wystarczy spojrzeć na dziesiątki znakomitych, skromnych europejskich i amerykańskich produkcji kina niezależnego, zdobywających nagrody na całym świecie, od Złotych Lwów po Oscary. Tam jednak mają zdolnych, kreatywnych artystów, u nas ich brak jak widać, albo doskonale się kryją.


Odrębnym problemem jest widmo seriali, które unosi się nad niemalże każdym projektem filmowym. W naszym kraju królują seriale i cóż, trudno, co robić. Chodzi jednak o to by oddzielić seriale od filmów kinowych, tak jak ma to miejsce w Stanach. Problem w tym, że mało kto nie zagrał w jakimkolwiek serialu. Począwszy od tych największych jak Janusz Gajos, Marek Kondrat po debiutantów. Dziś aktor, jeśli nie chce harować jak wół w tetrze z marne grosze to musi zagrać w jakimś serialu. Daje mu to pieniądze i stosunkowo łatwą populaność. Jednak nie oszukujmy się, większość największych "gwiazd" polskich seriali to aktorzy grający wyłącznie w serialach. Zresztą nie dotyczy to tylko aktorów, ale i reżyserów, operatorów. Seriale weszły filmowcom w krew do tego stopnia, że jeśli już zrealizują jakiś film kinowy to zazwyczaj niewiele różni się od serialu, który tworzyli. Wystarczy spojrzeć na najbliższe premiery kinowe. 'Świadek koronny" w obsadzie ma w przeważającej większości aktorów z najbardziej znanych polskich seriali: Pawła Małaszyńskiego, Małgorzatę Foremniak, Artura Żmijewskiego i Roberta Więckiewicza. Niedawno premierę miał film Bogusława Lindy "Jasne, błękitne okna", z Joanną Brodzik i Beatą Kawką w rolach głównych. Serialowe przyzwyczajenia sprawiają, że filmy niewiele różnią się od seriali, mają nieciekawe, płytkie scenariusze, słabe aktorstwo i przeciętną w najlepszym wypadku reżyserię.

Sprawa ma się jeszcze gorzej gdy spojrzymy na polskie kino rozrywkowe. Tu dopiero zaczyna się dramat, o którym warto by było zrobić film. Rządzi tu niepodzielnie jeden gatunek, komedia romantyczna. Najbardziej schematyczny, przesłodzony, wyjęty z rzeczywistości i przewidywalny gatunek filmowy. Okazało się, że polscy twórcy zbyt poważnie wzięli sobie do serca reguły tego gatunku. Wszystkie komedie, które do tej pory się ukazały w kinach, od "Nigdy w życiu", po "Dlaczego Nie?" to filmy całkowicie odrealnione, proste, banalne bajeczki, których zakończenie można przewidzieć już w momencie kupowania biletu. Akcja prowadzona jest w nich nieudolnie, w czym przypomina popisy aktorów, oczywiście serialowych bo tacy pojawiają się w tej produkcji. Dobrym przykładem jest "Tylko mnie kochaj", gdzie debiutująca przed kamerą ośmiolatka rozłożyła na łopatki cały zastęp weteranów telenowel. Sytuacja jest naprawdę dramatyczna. Nie wymagam od twórców aby od razu tworzyli komedie romantyczne na takim poziomie jak "Cztery wesela i pogrzeb", ale błagam o filmy nie kpiące w żywe oczy z inteligencji widza. Chociaż, gdy filmy te ogląda w kinie za każdym razem prawie dwa miliony ludzi to chyba nie ma tu mowy o kpinie. I jeszcze te dziwaczne tytuły, doprawdy w sam raz pasują do komedii romantycznych. Ktoś się zapyta: Polskie komedie romantyczne? "Dlczego nie?" Ja odpowiadam: "Nigdy w życiu"!

W polskim kinie potrzebna jest zmiana i to szybko, bo cierpliwość co wrażliwszych powoli się kończy. Miejmy nadzieję, że wkrótce pojawi się filmowy Mesjasz i wskaże nam drogę do krainy lepszej twórczości.
 

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

  • Autor usunął profil
  • 27.01.2007 18:37

Do realizacji filmu nie jest potrzebny wielki budżet, ale jakiekolwiek dofinansowanie projektu być musi. Ze strony PISF, TVP i działających gdzieniegdzie studiów filmowych nie można się spodziewać wsparcia, chyba, że jest się w bardzo bliskich związkach z polską sitwą medialną. Adresat artykułu powinien być zupełnie inny, bo decyzja nie jest po stronie polskiego twórcy filmowego, tylko urzędów, które wolą dofinansować życie kulturalne nie istniejącej świątyni, niż filmy, na które by poszła niemała ciżba Rodaków.

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 27.01.2007 13:12

za jakies 5-10 lat bedzie lepiej

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.