Facebook Google+ Twitter

Co Leo Beenhakker miał oglądać?

Emocje już opadły. Szlagier Orange Ekstraklasy dawno za nami i wszyscy teraz z niecierpliwością oczekują kolejnej ligowej kolejki, mogącej zupełnie odmienić układ tabeli. Ja jednak chciałbym jeszcze wrócić do wydarzeń z zeszłego tygodnia.

 / Fot. PAP Jacek BednarczykChyba nikogo specjalnie nie zaskoczę, jeżeli napiszę, że to, o czym chciałbym wspomnieć, to wciąż jeszcze świeże kontrowersje spowodowane tym, iż Leo Beenhakker, trener polskiej kadry narodowej, nie raczył pojawić się na hitowym spotkaniu 27. kolejki Orange Ekstraklasy, pomiędzy Wisłą Kraków a Legią Warszawa.

Fala krytyki uderzyła w holenderskiego szkoleniowca z siłą przypominającą tsunami. Kibice, wraz z wtórującymi im dziennikarzami nie zostawili na „Don Leo” suchej nitki, wyrzucając mu lekceważenie obowiązków i to, że zamiast oglądać w akcji najlepszych zawodników na naszym podwórku, wolał zobaczyć na żywo swój ukochany Feyenoord Rotterdam.

Cóż, jak to mówią: zamienił stryjek siekierkę na kijek. I tu, i tu Beenhakker mógł nasycić się dziewięćdziesięcioma minutami żenującej kopaniny. Chociaż pewnie patrząc na to, jak obrona Feyenoordu zostawia takim tuzom futbolu, jak Sekou Cisse z Rody Kerkrade dobre 30 metrów wolnego miejsca, mógł tylko ukryć twarz w dłoniach i gorzko zapłakać. Zresztą, ciężko o inną reakcję, gdy się widzi pożal się Boże pułapki off-side'owe ekipy z Rotterdamu, która w tej kwestii mogłaby się wiele nauczyć od niejednego polskiego zespołu z A Klasy.

Do czego zmierzam? Ano do tego, że gdyby nasz „treneiro” zamiast na De Kuip wybrał się na stadion przy ul. Reymonta w Krakowie, zamiast szlochać z żalu, mógłby też zostać ogarnięty przez pusty śmiech. Proszę mnie źle nie zrozumieć – nie pochwalam tego, że zamiast bacznie obserwować polską ligę, Beenhakker niemalże jako kibic ogląda spotkania Eredivise. Może bym przesadził pisząc, że to potępiam, ale nie sposób zaprzeczyć temu, iż obecnie człowiek, dzięki któremu znaleźliśmy się na Euro 2008 jest równie daleki od rzetelnego wypełniania obowiązków selekcjonera, co polska piłka klubowa od posiadania reprezentanta w Lidze Mistrzów. Ale spójrzmy prawdzie w oczy. Co Leo miał w tym (litości!) „szlagierze” oglądać? Jeżeli mecz na szczycie Ekstraklasy, w zasadzie bezpośrednio decydujący o tym kto sięgnie po mistrzowski tytuł, to takie – przepraszam za bezpośredniość – piłkarskie dno, to jak tutaj odszukać zawodników, mogących przyzwoicie grać z orłem na piersi?

Bo co tak naprawdę były trener choćby Realu Madryt, czy kadry narodowej Arabii Saudyjskiej albo Trynidadu i Tobago mógł ciekawego zobaczyć w spotkaniu pomiędzy Wisłą a Legią? Chyba tylko tyle, że da się sprawić, by mecz piłkarski przypominał bilard. Grę warszawskiego zespołu z litości wypadałoby przemilczeć, bo honor nakazuje nie kopać leżącego, który w dodatku jest nieprzytomny, a już i tak zdrowo pogruchotany. Ale z drugiej strony... nie mogę sobie odpuścić.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.