Facebook Google+ Twitter

Co Ruda Śląska ma wspólnego z Westerplatte?

Współautorzy: Barbara Podgórska

Na pozór wydawałoby się, że tyle co piernik z wiatrakiem, czyli nic. Albo prawie nic.

Gdańsk, 01.09.2009. Uczestnicy międzynarodowej części obchodów 70. rocznicy obchodów II wojny światowej pod Pomnikiem Obrońców Wybrzeża na Westerplatte / Fot. Leszek Szymański/PAPAle dziś, gdy obchodzimy 70. rocznicę wybuchu II wojny światowej, kiedy oczy nie tylko europejskiej opinii publicznej skierowane są na Gdańsk i na Westerplatte właśnie, odpowiedź na postawione wyżej pytanie wcale nie jest tak jednoznaczna.
W szkole przez lata uczyliśmy się, że wojna w Europie zaczęła się na Westerplatte, o godzinie 4.45, od wystrzału z pancernika Schleswig-Holstein. Jest w tym tyle samo prawdy, ile w twierdzeniu, że wystrzał Aurory w Petersburgu zapoczątkował rewolucję październikową 1918 roku.
W rzeczywistości działa pancernika zagrzmiały trzy minuty później, co skrupulatnie odnotowano w dzienniku pokładowym okrętu, ale co znacznie ważniejsze, na niektórych obszarach II Rzeczpospolitej wojna już trwała. No cóż, ładne i okrągłe daty, godziny i pewne fakty znakomicie wpisują się w historię jako symbole, nawet gdy nie są prawdziwe.
Powróćmy jednak do tytułowego pytania. Częściowe wyjaśnienie zarysowanej kwestii dał już dawno temu Melchior Wańkowicz w swojej reportażowej książce, o tytule "Westerplatte" właśnie, wydanej po raz pierwszy w roku 1959.
Wprawdzie można się spierać o wartość historyczną dziełka, które przypieczętowało mit o bohaterskiej obronie placówki (Kazimierz Kutz nazywa ten mit „paskudnie banalnym”; stąd też namiętne spory o niepowstały jeszcze film "Tajemnice Westerplatte", gdzie w obronie ma uczestniczyć garstka tchórzy i pijaków), ale Wańkowicz wykonał kawał solidnej roboty, pokazując, że tak naprawdę zmagania wojenne zaczęły się na Górnym Śląsku. Między innymi w miejscowościach wchodzących dziś w skład terytorium miasta Ruda Śląska.
Pisze Wańkowicz: Już na kilka tygodni przed wojną zatrzymano na granicy śląskiej obok miejscowości Ruda Śląska przekradających się kilkunastu dywersantów zza kordonowego Freikorpsu złożonego z polskich obywateli. Nieśli wielkie plecaki naładowane rewolwerami i amunicją. Padł wówczas pierwszy trup - poległ dywersant Nowak z Chorzowa. (...) W kilka dni po zajściach pod Rudą Śląską policjant prowadził dywersanta, u którego znaleziono skład broni. Minęła go grupa mężczyzn z grzecznym pozdrowieniem. Następnie jeden z tej grupy, niejaki Kaleta, odwrócił się i strzelił policjantowi w tył głowy.
Wiele miejsca poświęca mistrz polskiego reportażu - przypominamy: w książce o Westerplatte - pierwszym godzinom wojny. I znów jest o rudzkich miejscowościach.
Na kopalnię nadgraniczną Walenty-Wawel uderzono w pierwszym dniu wojny nieco później, kiedy już górnicy byli pod ziemią. Dwustu dywersantów obsadziło kopalnie. Dali sygnał do wyjazdu. Wyjeżdżających na powierzchnie górników sformowali w grupę marszową, którą zamierzali popędzić do Niemiec. Wywiązała się z naszą policją czterdziestogodzinna walka, przy czym kopalnia kilkakrotnie przechodziła z rak do rak. Powstańcy, którzy z kamieniami w rekach leżeli w rowach, pilnując granicy przeciw karabinom, chwytali broń zabitych dywersantów i przyłączali się do polskiego ataku. I ten oddział dywersancki został wystrzelamy do nogi.
Darujmy Wańkowiczowi erupcję hurapatriotycznej fantazji. Kamienie przeciw karabinom, kosy na ruskie armaty, lotna kawaleria na czołgi... skąd my to znamy?
Mity, mity, mity!!! Jak to pięknie brzmi: dwustu wybitych do nogi dywersantów. Aż szkoda, że to wierutna bzdura.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.