Pracowałem kiedyś w molochu produkującym telewizory. Jedyny tak duży zakład w okolicy nie zawsze zwracał uwagę na warunki pracy. Niejasny system awansów, kumoterstwo w przyznawaniu nagród, nieprzestrzeganie zasad BHP i marne płace to główne problemy, które trapiły załogę.
Dwóch młodych monterów pracujących w tej samej firmie wpadło na świetny, zdawałoby się, pomysł- załóżmy związki zawodowe. Porwani młodzieńczym idealizmem podzielili się przemyśleniami z pozostałymi zatrudnionymi oraz z... kierownictwem. To jednak nie podzielało ich entuzjazmu. W ciągu kilku dni zostali przeniesieni do pracy w tartaku, którego udziałowcem była zatrudniająca nas spółka.

Firmy prywatne rzadko bowiem tolerują na swym terenie struktury związkowe. Pewnie dlatego, że jedyne z czym się kojarzą to strajk. Próżno szukać jakiejkolwiek informacji o innych formach działalności związków. Pracownik może się przecież zgłosić do nich w przypadku naruszeń zasad koleżeńskich, przepisów BHP a nawet gdy otrzyma wypowiedzenie. Prężne związki organizują zawody sportowe, życie kulturalne i dopłacają do wczasów. W ekstremalnych sytuacjach można się zgłosić po finansową zapomogę. Dlaczego o takiej roli związków muszę się dowiadywać z opowieści ojca, który 30 lat przepracował na kopalni. Nie dowiem się z telewizji, bo w niej strajk wygląda atrakcyjniej od codziennej działalności. Nic więc dziwnego, że prywatnym przedsiębiorcom skutki działalności związków kojarzą się np. ze strajkiem w kopalni Budryk.
Straty ornontowickiej kopalni Budryk związane ze strajkiem części załogi szacuje się na ponad 70 milionów złotych. W kolejce po odszkodowania ustawiają się już podwykonawcy, którzy domagają się około 5,5 mln złotych za cały okres przestoju, który trwał 46 dni.
Największe spustoszenie wyrządzono jednak nie w kasie ale w stosunkach panujących na kopalni. Nastąpił trwały podział na tych, którzy strajkowali i na łamistrajków. Pół biedy gdyby chodziło o kłótnie na stołówce ale tu chodzi o zaufanie między ludźmi wykonującymi niebezpieczną pracę.
Jeśli ktoś nie ma doświadczeń z pracy w tak dużym zakładzie, obserwując wydarzenia związane ze strajkiem w ornontowickiej kopalni, zadaje sobie pytania. Po co w kopalni Budryk 9 związków zawodowych? Dlaczego przewodniczący tych, które strajkowały, dostawali wysokie pensje z kasy spółki? Jak to jest możliwe, że 500 strajkujących paraliżuje pracę zakładu zatrudniającego 2400 pracowników i 1200 podwykonawców? Czy 250 butelek wódki zgromadzone w pomieszczeniach związku to rzeczywiście wkład do świątecznych paczek czy eliksir zwiększający morale strajkujących? Co jest większym sukcesem: 10% podwyżki czy uniknięcie odpowiedzialności za straty?
Nie wiem czy podobne pytania zadają sobie właściciele firm prywatnych. Wiem jedno, gdybym był jednym z nich, nigdy bym nie dopuścił, by ktoś zakładał u mnie związki. Zainwestowałbym w tartak lub inne miejsce przeznaczone na zsyłki.
Badania CBOS-u opublikowane 7 lutego przez PAP pokazują wyraźne dane. Tylko 3% osób zatrudnionych u prywaciarzy należy do związków. Pracownicy między 25 a 35 rokiem deklarują przynależność na poziomie 8 %. Do wzrostu tych wskaźników mogą się przyczynić jedynie działacze związkowi. To Oni powinni informować o skali swej działalności a jedną z nich powinny stać się strategie public relations. Ani organizacje państwowe ani prywatni przedsiębiorcy nie kiwną palcem w tej sprawie. Jeśli dalej będzie zaniedbywana to niedługo o pozytywnej roli związków zawodowych będziemy mogli się dowiedzieć jedynie z podręczników historii.