Facebook Google+ Twitter

Co wolno wojewodzie, to nie Tobie Remuszko

Pewnego pięknego dnia w 2003 roku, do biura ogłoszeń tygodnika "Polityka" przyszedł sobie pewien niemłody już Pan i złożył zamówienie na umieszczenie anonsu reklamowego.

Biuro przyjęło, podpisało stosowne documenta, Pan zapłacił i sobie poszedł. Cała sprawa byłaby banalna i niegodna jej opisywania gdyby reklama się ukazała. Niestety ani w numerze, na który zostało złożone zamówione, ani w żadnym kolejnym, Pana reklamy nie było. Redakcja odmówiła druku.
Pan się poskarżył na takie dictum. Złożył do sądu pozew w którym zarzucał tygodnikowi "Polityka" niewywiązanie się z umowy jaką niewątpliwie zawarto. Procesy wszystkie przegrał, a ostatnio Sąd Najwyższy odrzucił również jego kasację. Tak więc Panu nie pozostało nic, jak tylko skarżyć się do eurosądów i to o ile znajdzie ku temu podstawy prawne.

Panem, któremu przydarzyła się ta przygoda, jest Stanisław Remuszko - dziennikarz i publicysta, autor książki "Gazeta Wyborcza. Początki i okolice". To właśnie jej reklamę chciał umieścić w "Polityce" i kilku innych tytułach. Wszystkie odmówiły. Książka jest historią o początkach "Gazety", jak powstawała, skąd pochodziły pieniądze na jej rozruch. Autor w tzw. okresie pionierskim, albo jak nieraz mówią w "Gazecie Wyborczej" - przedszkolnym (pierwsza redakcja "Gazety Wyborczej" mieściła się w dawnym budynku przedszkola), współtworzył jej redakcję, osobiście zaproszony przez Adama Michnika. Szybko jednak popadł w konflikt z kierownictwem i na początku lat 90. demonstracyjnie odszedł.

Postronny obserwator z pewnością jest zdziwiony, że ta drobna – wydawałoby się – sprawa urosła aż tak, aby zajmował się nią Sąd Najwyższy. Niestety szczegóły procesu, a nawet sam wyrok - chociaż korzystny dla mediów - zostały prawie zupełnie zignorowane przez prasę. Podobnie zresztą jak sam Remuszko, o którym praktycznie nikt nie mówi, nie pisze i nie wspomina - zupełnie jakby był trędowaty.
Z samej informacji papowskiej można miedzy wierszami przeczytać wiele, chociaż niewątpliwie pisał ją prawny, a i również dziennikarski praktykant. To przykład depeszy, która niby jest, ale normalny czytelnik niewiele się z niej dowie.

Otóż Sąd Najwyższy uznał, że redakcja miała prawo odmówić publikacji na podstawie artykułu 36. ustawy Prawo Prasowe. W punkcie 4 tego artykułu czytamy: "Wydawca i redaktor mają prawo odmówić zmieszczenia ogłoszenia i reklamy, jeżeli ich treść lub forma jest sprzeczna z linią programową bądź charakterem publikacji".

Wyraźnie wynika z tego, że w innym przypadku redakcja nie ma prawa odmówić zamieszczenia ogłoszenia. Sąd najwyraźniej dał się przekonać prawnikom redakcji, że publikacja Remuszki jest np. sprzeczna z linią programową w tym wypadku "Polityki". Jeśli tak było, to art. 36 jest pięknym wytrychem, blokującym prawo każdego podmiotu do wyrażania swojego sądu czy reklamowania np. swoich usług.

Powiedzmy, że do redakcji "Polityki" przychodzi zlecenie na reklamę firmy "Orlen" i redaktor mówi, "o! Hola, hola żadnych mi tu chałupców na moich stronach nie będziecie robić!" i odmawia publikacji, zasłaniając się artykułem 36. Nikt mu nie podskoczy, bo on zawsze może powiedzieć, że np. rosyjski Gazprom to duży klient reklamowy, albo że linia programowa jest zgodna z Gazpromem ale nie Orlenem itp. itd. Mityczny wytrych, dotyczący linii programowej, zawsze się znajdzie. Z jednej strony potwierdzone zostało prawo redakcji do odmowy umieszczenia anonsu, a z drugiej redakcja "nie odpowiada" za treść ogłoszeń. To mniej więcej tak, jakby ktoś przyszedł do fryzjera i ten powiedział mu: rudych nie strzyżemy i za efekt końcowy nie odpowiadamy :-)

Jest jednak inny problem, ledwie zarysowany w depeszy PAP, ale równie ważny: sąd uznał, że de facto zamówienie reklamy nie oznacza jeszcze zawarcia umowy. Gdyby było inaczej, wówczas "Polityka" poniosłaby konsekwencje odmowy zamieszczenia anonsu. Sąd uznał też, że oferta biura reklamowego nie jest ofertą w sensie prawnym. Ktoś może mówić: "przyjdź, ogłoś się za 10 zł" i gdy taki "ktoś" przyjdzie, to może usłyszeć: "nie, ten Pan nie może. Następny proszę".

Pomijając sprawę Remuszki - bo przecież "Polityka" i kilka innych czasopism nie wydrukowały reklamy jego książki ze względów politycznych, panicznego strachu przed Gazetą czy po prostu ze zwykłej głupoty – to decyzja Sądu Najwyższego jest ważnym rozstrzygnięciem, definiującym granice wolności słowa. Od dziś bowiem każdy wydawca będzie mógł wedle własnego widzimisię wydrukować lub nie reklamę, ograniczając lub nie wolność słowa. No i coś mi mówi, że chyba coś tu nie gra.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

  • Autor usunął profil
  • 21.01.2007 12:41

Uważam, że to robienie z igły widły. Wielkie halo bo Wyborcza nie mogła się zareklamować w Polityce i przegrała sprawę sądową.

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 21.01.2007 12:40

Uważam że robisz z igły widły. Rozchodzi się o to, że Polityka nie chciała zareklamować napisu Gazeta Wyborcza. Jeżeli ktoś miał ochotę pisać książkę o Wyborczej to jego sprawa. Nikt nie musi pomagać reklamować mu tej książki w swojej gazecie, która jest konkurencyjna. Jak autor książki ma chody, to niech reklamuje w pismach agory te książkę.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Staszek! A ty wiesz, że we wspólnym froncie odmowy publikacji jest i Nasz Dziennik, który z radością wita taki wyrok http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20070119&id=po01.txt
Oznacza to tylko, że wolność to jedno, a interesy wydawcy to drugie. Nawet internet chcą ograniczać (patrz Chiny), choć zdaje mi się, że to się nikomu ostatecznie nie uda.

Definicję wolności słowa określa ten kto je puszcza w świat. Na papierze, w telewizji, w internecie. Aż żal, że dziennikarzy obywatelskich bardziej zajmują (nie przeczę, często ciekawe) inne sprawy, a o tym nikt nie chce rozmawiać. Może dziś kwestia "zdzir" poruszona na Forum jest ciekawsza? Może...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.