
Trzeci, ostatni dzień festiwalu Coke Live za nami. Podobnie jak drugiego dnia, o godz. 17.30 na głównej scenie pojawił się reprezentant polskiego hip-hopu.
Abradab, kiedyś filar Kaliber 44, dzisiaj solowy artysta. Nie zabrakło oczywiście jego największego hitu "Rapowe ziarno". Publika entuzjastycznie przyjęła naszego rodaka, ale wielkimi krokami zbliżała się godz. 19.00, kiedy na Main Stage miał wystąpić norweski zespół
Madcon.
Duet nieźle poradził sobie z rozruszaniem słuchaczy, ale nie było to najłatwiejsze zadanie. Większa część zebranych kojarzyła tylko jedną piosenkę "Beggin" (swoją drogą - cover zespołu The Four Seasons) i tylko na nią czekała. Nie zmienia to faktu, że występ można zaliczyć do udanych. Być może dzięki niemu przestaną być kojarzeni jako wykonawcy jednego hitu.
Niestety nic dobrego nie można powiedzieć o pogodzie. Po godz. 20 zaczął padać deszcz. Mżawka z biegiem czasu zamieniła się w ogromną ulewę, która za wszelką cenę starała się pokrzyżować plany festiwalowiczom. Publiczność szukała schronienia pod wszelkiego rodzaju zadaszeniami, ale spora część czekała już na kolejny koncert przy scenie.
Po godz. 21.00 wielkie wejście zaliczył
Shaggy. Początkowo ubrany w długi płaszcz i chustę owiniętą wokół głowy, powoli pozbywał się kolejnych warstw ubioru. Wystarczyły słowa "Mister lover lover" i "Boombastic", by zebrani nie zważając na coraz mocniejszy deszcz, zaczęli szaloną zabawę. Niektórym deszczowa aura była chyba na rękę, bo nie brakowało śmiałków, którzy energicznie tańczyli w największych kałużach, a nawet takich, którzy próbowali zaprezentować mokry breakdance. Słuchacze przemoczeni do suchej nitki w tym momencie nie mieli już nic do stracenia. 41-letni Jamajczyk potrafi rozgrzać niemal każdego. Słoneczne rytmy nie zdołały jednak przegnać chmur, które niektórym coraz skuteczniej utrudniały zabawę. Koncert Shaggy'ego to niewątpliwie jeden z najlepiej przyjętych występów, ale równocześnie zagrany w najmniej sprzyjających warunkach.