Facebook Google+ Twitter

Coldplay w Pradze - świetlne kule, stary telewizor i mundury

  • Tomasz J
  • Data dodania: 2008-09-23 19:19

Wczorajszy koncert brytyjskiej formacji w stolicy Czech z jednej strony był wspaniałym wydarzeniem muzycznym, z drugiej zaś prowokował pytanie: dlaczego znów nie u nas?

Coldplay do Pragi przyjechał po raz pierwszy, w ramach trasy promującej najnowszy album zespołu, "Viva la Vida". Płyta, mimo odniesionego już sukcesu komercyjnego, budzi sporo kontrowersji; dość napisać, że jej oceny są absolutnie niejednoznaczne. Jedni (w tym i wyżej podpisany) zachwycają się nową formą, świeżością, kreatywnymi pomysłami, inni z kolei psioczą, że muzyka jest po prostu nudna i zagrana na siłę. Pozostawiając (mimo, iż temat wdzięczny) owe dywagacje niejako na boku, powspominajmy, co działo się w poniedziałkowy wieczór w praskiej hali O2 Arena. A działo się naprawdę wiele.

Początek, lub jak kto woli - intro


Wszystko zaczęło się od... Wrocławia. To tu, wraz z grupką kilkunastu osób czekaliśmy na przyjazd autokaru, który miał nas zawieźć do Pragi. Wyjazd w gronie samych fanów zespołu miał ten walor edukacyjny, że można było dowiedzieć się wielu interesujących rzeczy i poznać opinie na najróżniejsze kwestie związane z Coldplay; a to o nowej płycie, a to znów o trasie (dlaczego znów nie w Polsce?!); prawdziwą furorę zaś robili ci, którzy Brytyjczyków w akcji już widzieli - ich opowieściom nie było końca. Ot, konkretne wprowadzenie w wieczorny występ.

Cudze chwalicie, czeskiego nie znacie


Coldplay - Praga, 22 września 2008 / Fot. Dawid KucGdy dotarliśmy do Pragi (jakieś 4 godziny przed koncertem) pod robiącą spore wrażenie halą O2 Arena pod bramkami oczekiwały już spore grupki co bardziej zagorzałych fanów. Wiadomo, kto rano wstaje itd. Godne pod sceną miejsce musi być okupione stosownym przygotowaniem. My sami zresztą, posiliwszy się nieco, zajęliśmy strategiczne miejsca przed wejściem. Pomny krajowych doświadczeń, żałowałem, że na koncert wybrałem się w najlepszych butach. Wiadomo jak jest - ścisk, tłok, a gdy zespół wyjdzie już na scenę - zapomnij bracie, że dobre obuwie miałeś. Tymczasem, w miarę napływu ludzi, nic podobnego się nie działo! Każdy grzecznie stał w kolejce, zero przepychanek, nikt nawet nie inicjował znanych dobrze nam okrzyków (jak np. "K***a mać, ile mamy stać!"). Co więcej - liczba bramek, przez które wpuszczani byli ludzie, była na tyle spora, że wszystko przebiegało sprawnie i szybko. Cenna lekcja dla większości rodzimych organizatorów.

Gdy bramki już otwarto... nic się nie zmieniło. Widoczny był u wszystkich pośpiech (ach! zająć jak najlepsze miejsce!), ale nie miał on nic wspólnego z chamskim wpychaniem się przed innych, czy butnym zajmowaniu miejsca. Wszystko przebiegało sprawnie, szybko i bezboleśnie - pełna kultura. Gdy już znaleźliśmy się na płycie, nie mogłem wprost wyjść z podziwu. Uprzedzając fakty - takie zachowanie przybyłych utrzymało się do końca koncertu. Nawet, gdy gwiazda wieczoru pojawiła się już na scenie, każdy stał (skakał, podrygiwał, tańczył) na swoim miejscu. Coś (u nas) niespotykanego.

Supportu niewdzięczna rola


Coldplay - Praga, 22 września 2008 / Fot. Dawid KucOrganizacja i kultura swoją drogą, ale przyszliśmy przecież na koncert! A właściwie dwa - najpierw było nam dane bowiem wysłuchać występu supportu. A był nim zespół Alberta Hammonda Juniora, gitarzysty The Strokes. Napiszę od razu: klapa totalna. O ile muzyka z płyty "¿Cómo Te Llama?" sama w sobie zła nie jest (i siłą rzeczy przypomina dokonania kapeli, z której Albert się wywodzi), tak na żywo wypadła ona po prostu niewiarygodnie słabo. Uprzedzając pytania - koncertowe wykonanie zespołowego repertuaru mocno różniło się od tego, co znamy z albumu. Mało było zmian dynamiki, całość została zagrana z dużo bardziej rockowym nerwem, brzmienie było sporo ostrzejsze. To nie wyszło jednak muzyce na dobre - każdy kawałek był przez to do siebie podobny, zaś całości dopełnił fakt, że Hammond Jr. z zespołem występował na prawach supportu. Czyli - minimalne oświetlenie, gorsze nagłośnienie, krótszy czas na scenie. Bardziej przekonująco zabrzmiały jedynie "In my Room" i "GfC" Być może, gdyby zespół wystąpił jako główna gwiazda, zaprezentowałby się korzystniej. Wczoraj jednak panowie wypadli bardzo blado.

Po występie supportu rozpoczęło się 45-minutowe oczekiwanie, podczas którego uraczono nas przedziwną muzyką, przywodzącą na myśl luźne skojarzenia z muzyką trip - hopową, relaksacyjną i minimalizmem. Było to dość nietypowe posunięcie, okazało się jednak, że "uśpienie" publiczności miało swój cel. Gdy tylko wybrzmiały bowiem dźwięki innej muzyki (jakiegoś wykonawcy hip-hopowego, nazwiska nie pomnę), publika momentalnie zareagowała, tworząc meksykańską falę i dając sygnał do zabawy. Następnie zaś usłyszeliśmy... "Nad pięknym, modrym Dunajem" Johanna Straussa, na co publika zareagowała równie żywiołowo (!). Chwilę później jednak światła zgasły, a zza olbrzymiej czarnej kurtyny dobiegły znajome dźwięki. Na scenie pojawił się Coldplay.

Coldplay na fali


Napiszę od razu - było świetnie. Nagłośnienie bez zarzutu, zespół w doskonałej formie, scenografia i światła naprawdę pomysłowe. Zaczęli, podobnie jak na najnowszej płycie, od "Life in Technicolor". Schowani za podświetloną kurtyną, co dało kapitalny efekt. Chwilę później kotara opadła, ukazując scenę. Po krótkim przywitaniu, zespół ruszył z "Violet Hill", później zaś z "Clocks", podczas którego spore wrażenie robiły niesamowite efekty świetlne. - Dobrý večer! Konečně jsme tady!* - krzyknął do przybyłych Chris Martin, co spotkało się ze zrozumiałą owacją. Swoją drogą, dobre wrażenie robili nasi rodacy. Widoczne w tłumie polskie flagi, słyszalny tu i ówdzie język polski, kulturalne zachowanie (większość indagowanych przeze mnie fanów z Polski podkreślała jak bardzo im się podoba spokój i szanowanie innych podczas koncertu) - widać, że nad Wisłą jest na Coldplay spore zapotrzebowanie i tym bardziej szkoda, że zespół nie uwzględnił Polski w swojej rozpisce koncertowej.

Scenografię tworzyło pięć wielkich kul zawieszonych nad sceną i szósta nad płytą. Były one w ciekawy sposób podświetlane, zaś przez większość występu spełniały one role dodatkowych ekranów, co biorąc pod uwagę ich kształt, wypadło nader ciekawie. Ponadto - dwa telebimy po bokach, jeden ogromny za plecami muzyków (w niektórych kawałkach zamiast niego mogliśmy podziwiać wielką reprodukcję okładki ostatniej płyty, czyli obraz Eugène Delacroix "Wolność wiodąca lud na barykady"). Panowie ubrani byli w uszyte specjalnie dla "Viva la Vida" mundury, zaś całości dopełniał... stary telewizor, który stał na scenie, a na którym wyświetlane były obrazy te same, co na telebimach.

Coldplay - Praga, 22 września 2008 / Fot. Dawid KucZespół skupił się na utworach z nowej płyty; z "Viva la Vida" nie usłyszeliśmy tylko "Yes!" (a szkoda). Poza tym - klasyka: "In my Place", wspomniane "Clocks", "Yellow". Panowie pofolgowali sobie i dwa kawałki zaprezentowali w wersji... techno ("God Put A Smile Upon Your Face" i fragment "Talk") ale to akurat nie wyszło muzyce na dobre i było chyba jedynym zgrzytem wczorajszego wieczoru. Z kolei świetnym pomysłem było wykonanie dwóch utworów w akustycznej wersji, w trakcie których zespół przebywał... na widowni, wśród osób siedzących na sektorach nieco bardziej oddalonych od sceny.

Muzyczny rarytas


Absolutną perełką było za to wykonanie "Fix You", podczas którego doszło do muzycznych pomyłek, w efekcie których kawałek w połowie "rozjechał się". Chris Martin wielokrotnie za to podczas koncertu przepraszał ("We're really sorry, we're first time here, in Prague, and we f***ed up Fix You"), zaś na sam koniec zespół postanowił zrehabilitować się i zagrać utwór raz jeszcze - ze zmienionym tekstem! Zwrotka "When you come to a scene and beginning wrong / When you're first time in Prague and f***ed up the song / (...) / And your drummer's advice is to play it again" zrobiła fantastyczne wrażenie, zaś zespół udowodnił, że gdzieś ma gwiazdorski blichtr i stać go na ukłon w stronę publiki. Świetne zakończenie wspaniałego koncertu.

Coldplay zaprezentował się w Pradze naprawdę dobrze. Pozostaje jedynie lekki żal, że ponownie, aby zobaczyć światowej klasy zespół, polski miłośnik muzyki udać się musi za granicę. Co nie zmienia jednak wydźwięku wczorajszego występu. Kto był - ten wie. Kto nie był, niech wierzy - naprawdę warto.
--
* Dobry wieczór! Nareszcie tu jesteśmy! [tłum. z czeskiego]


***
Serdecznie dziękuję Dawidowi Kucowi za udostępnienie zdjęć.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (33):

Sortuj komentarze:

jbjcotho
  • jbjcotho
  • 14.07.2011 13:00

gM7TgZ <a href="http://siwkhikryknc.com/">siwkhikryknc</a>, [url=http://fqwttagadvqn.com/]fqwttagadvqn[/url], [link=http://hmdeizjqwput.com/]hmdeizjqwput[/link], http://cksujdvdeyni.com/

Komentarz został ukrytyrozwiń

Według mnie "Talk" i "God Put A Smile Upon My Face" wypadły, w tej nowej aranżacji, znakomicie!!! Ale to tylko moje skromne zdanie. Pozdrawiam wesoły autobusik!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Koncert świetny....Czesi uśmiechnięci....Praga....pysznaaaa!!!! Wracam tam, już niebawem...a za Coldplay'em gdybym mogła pojechałabym dalej w trasę...Pozdrawiam tych, którzy byli tam z nami ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Piękne dzięki , Spinozo.. dżizyz! ale skarbnica wiedzy;-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Tomek, masz rację;/

Komentarz został ukrytyrozwiń

Agnieszko :)

Postcards from far away - http://wiki.coldplaying.com/index.php/Postcards_From_Far_Away
Chinese Sleep Chant - http://wiki.coldplaying.com/index.php/Chinese_Sleep_Chant

Komentarz został ukrytyrozwiń

tfu tfu, nie viva la vida slabsza a 'violet hill''

Komentarz został ukrytyrozwiń

czesc! ja tez bylam i do dzis zyje koncertem, nawet czytam receznje po czesku.;-) wiekszosc zgodna- koncert swietny! zajelo Chrisowi troche zcasu zeby sie rozkrecic (''viva la vida'' slabsza),ale rozkrecil sie i to na dobre! z rzeczy mniej fajnych na tym koncercie to techno''viva la vida'' - troche mnie siem nie podobała taka konwencja, poza tym- re-we-la-cja!
ale ze fanka coldplaya jestem wlasciwie od ostatniej plyty(dla mnie najlepsza, pozostale plyty za bardzo mi sie osluchaly w radio), to mam dwa pytania:1. na ktorej plycie znajde utwor 'postcards from far away''? 2. czy chinese sleep chant to nie jest po prostu koncowka 'yes''? i skad ta wyodrebniona nazwa sie wziela?

pozdrawiam wszystkich koncertowiczow colplayowiczow;-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dlatego na koncertach wybiera się płytę :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

no właśnie, widzę tu po komentarzach, że sytuacja podobna była do tej z koncertu Mealliki, ci, którzy byli na płycie, słyszeli świetnie, ci siedzący na koronie, nic;] ja też bym się wnerwiła:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.