Facebook Google+ Twitter

Coma „Hipertrofia” - recenzja płyty

Trzeba przyznać, iż jest to jeden z najbardziej oczekiwanych tego roku w Polsce albumów rockowych. Dwa lata Coma kazała czekać swoim fanom na następcę płyty "Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków".

okładka płyty "Hipertrofia" / Fot. materiały promocyjne zespołuZ pewnością wielu zastanawiało się, co tym razem zaserwuje formacja - czy będzie to zjadanie własnego ogona, czy może wręcz przeciwnie - coś odmiennego, nowego. Coma najwyraźniej znalazła złoty środek na "Hipertrofii" - pierwszym w swej historii dwupłytowym koncept – albumie.
Nie wyrzekając się własnych korzeni, łódzka formacja odważnie wkroczyła w nowe i momentami dość zaskakujące dla siebie rejony, przynosząc dzieło, które może zaskoczyć dotychczasowych zwolenników zespołu.

Album został podzielony na dwa krążki. Pierwszy z nich przynosi cięższe kompozycje, wśród nich klimaty charakterystyczne dla Comy jak np: jeden z cięższych kawałków na albumie, singlowy i przebojowy „Zero osiem wojna”; ciekawe osadzone riffy w „Transfuzji”; świetna fuzja delikatnego wokalu Roguckiego z ostrymi gitarami w melancholijnych „Trujących roślinach”.

Pierwszy krążek ma też swoje drugie dno, w postaci dwóch zaskakujących utworów: „Osobowego” - pozbawionego gitar, ze wstępem (przypominającego "I Feel You" Schiller and Heppner) z bitami z pogranicza drum'n'bass i wodewilowo - swingująca „Emigracja” z pastiszowym tekstem, który raczej nie przysporzy zespołowi fanek wśród żeńskiej części publiczności.

Pierwszy krążek wieńczą „Pożegnanie z mistrzami” - świetny przykład sinusoidy brzmienia - z jednej strony funkująca gitara, na przemian z najcięższymi gitarami na płycie oraz „Świadkowie schyłku czasu królestwa wiecznych chłopców” - mocno inspirowany Tool.

Drugie CD to kompozycje lżejsze, spokojniejsze. Melancholijny „Ekhart”, najdłuższy na płycie (10:40), z kołyszącym basem, w którym Rogucki korzysta z lżejszych rejestrów, zachowując pazur i drapieżność czy „Widokówka” w leniwym tempie, rozkręcającym się stopniowo (taki lżejszy rock, bez ciężkich gitar - ciekawie). W kompozycji „Parapet” Coma po raz kolejny zaskakuje, tym razem trip-hopowym zacięciem.

Na krążku dodano niespodziankę dla fanów, w postaci studyjnej wersji utworu „Cisza i ogień”, jednego z najstarszych, znanego dotychczas jedynie z koncertów.

„Hipertrofia” stanowi swoiste ying-yang świetnie uzupełniających się kompozycji, dobrze ukazując szeroki wachlarz brzmienia i możliwości formacji. Wskazuje też na rozwój zespołu, nowy poziom jego brzmienia, z zachowaniem charakterystycznych elementów. Czy to najlepsza płyta Comy, nie wiem. Na pewno najbardziej różnorodna, najszerzej ukazująca potencjał zespołu. Rogucki potrafi śpiewać inaczej, a zespół grać odmiennie, w stosunku do tego, do czego przyzwyczaili swoich słuchaczy. Na pewno to ich najciekawszy album. Formacja wkracza w w nowe dla siebie rejony i to w całkiem udany sposób. Z pewnością album jest godny polecenia miłośnikom rockowych dźwięków, niestroniącym od mariażu stylistyk.

Wydawca: Sony Bmg
oficjalna strona zespołu

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Józef Małolepszy
  • Józef Małolepszy
  • 06.11.2011 23:52

"melancholijny Ekhart", dobre..

Komentarz został ukrytyrozwiń

Też nie wiem, czy to ich najlepsza płyta w dorobku (dla mnie i tak najlepszą pozostanie dwupłytowa "demówka" rozpowszechniana przed laty przez samych fanów), ale zgadzam się - bez wątpienia jest najróżnorodniejsza i chyba najdojrzalsza. Nie jet tak "lekko strawna" jak wcześniejsze wydawnictwa, w najgłębsze jej zakątki docieramy dopiero po kilkukrotnym przesłuchaniu. (+) za wyczerpującą recenzję.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.