Facebook Google+ Twitter

Confetti, pop i awangarda. Ostatni dzień Off Festivalu

Nigdy nie zapomnę widoku srebrnych kawałków confetti z nadrukowanym AR, po których stąpałam na koncercie The Range. Nie zapomnę też o zaskakującym końcu koncertu Perfect Pussy, cudownym Slowdive i Evanie Ziporynie. Byle do kolejnego Offa.

 / Fot. Ralf Lotys (Sicherlich) [CC-BY-4.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/4.0)], via Wikimedia CommonsOstatni dzień zaczął się jednym z najbardziej zaskakujących gigów tej edycji - nie chodzi tu o Perfect Pussy nawet, niezły kawałek punkowego grania z wokalistką o nieskończonych pokładach energii, której niestety nie było właściwie słychać, ale o to, co wydarzyło się po 25 minutach hałasowania, kiedy muzycy zeszli ze sceny. Pan w kącie, o wyglądzie stereotypowego nerda, który przestał cały koncert z boku, wpatrzony w konsolę, wyjęty z dzikiego obrazka stworzonego przez muzyków, nagle uraczył nas kilkuminutowym, przednim doprawdy, hałasem, czymś na pograniczu noise i tanecznej elektroniki/techno. Pierwszy raz w życiu dane mi było widzieć tak zgrabne przejście od gitarowej surowizny do elektronicznej magmy. Naprawdę piękna koncepcja. A potem pan wyłączył sprzęt i wyszedł, nawet nie podniósłszy uprzednio głowy.

Pominę milczeniem sentymentalne rockowe ballady przędzone przez Jonathana Wilsona na głównej scenie zaraz potem. Skrajny brak jakiejkolwiek autorskiej myśli w jego muzyce bolał, nie mówiąc o straszliwej przeciętności tego występu.

Andrew WK to przede wszystkim zjawisko, muzyczny kabaret - i tak mniej więcej wyglądał jego koncert. Było zabawnie. Konferansjerem był przypakowany łysol ubrany w militarne bojówki i obcisły podkoszulek, który zapowiedział główną gwiazdę męskim rykiem. Andrew wbiegł na scenę ubrany w obcisłe białe ubrania, z rozpuszczonym włosem i uśmiechem godnym właściciela porsche, na który dorobił się szybko w porno biznesie. Dwa utwory dawały w zupełności obraz tego, co Andrew chce zademonstrować, czy raczej wyśmiać: popkulturę, rockowy biznes, niewyszukaną rozrywkę. Wijący się obok łysol cudownie uzupełniał ten obrazek.

Bardzo ciekawy koncert dał Evan Ziporyn w namiocie eksperymentalnym - dzień Branki musiał z resztą wyglądać fascynująco w całości. Amerykański muzyk czarował nas klarnetem: minimalizm i medytacyjne właściwości jego gry, niezwykła subtelność dobieranych dźwięków, nietypowo ciche nagłośnienie dawały fantastyczne efekty, szczególnie w połączeniu z elektronicznymi podkładami. Marzycielski, introspektywny występ, dający możliwość wyciszenia się i eksplorowania cudownych, zaskakujących możliwości, jakie daje połączenie tradycyjnego instrumentu, używanego w dość niestandardowy sposób, z repetytywną, mistyczną elektroniką.

Warszawska Orkiestra Rozrywkowa grająca album Becka sprostała wymaganiom - technicznie fantastycznie zagrany koncert, rozprawiający się z nietypowym wydawnictwem artysty, "Song Reader", książkę z nutami napisaną dla fanów/odbiorców, którzy mogą poznać materiał albo chwytając za instrumenty, albo odnajdując artystów go wykonujących, albo wreszcie zdobywając egzemplarz wydanej później płyty, w której udział wzięli ważni współcześni muzycy, od Norah Jones po Jarvisa Cockera. WOR wyszło to doskonale, oddali ducha Beckowej złożoności, żonglującej orkiestrowymi smyczkami i przesterowanymi gitarami, upstrzonymi przepuszczonym przez vocoder wokalem i dozą elektronicznych bitów.

Rojek zagrał koncert zgodny z albumowym materiałem - czyli dwa naprawdę dobre utwory ("Syreny" są popisowe, tutaj nie ma żadnych wątpliwości, ten kawałek prawdopodobnie wejdzie w polskie kanony ze swoim ekstatycznym, charakterystycznym motywem, a deszcz konfetti z nadrukiem AR wysypany w jego trakcie był epickim wybuchem ego artysty-organizatora. W kontekście nieopłaconych młodych zespołów ten element wypadł wyjątkowo niesmacznie), a reszta hmm... bardzo Rojkowa. To było spotkanie z niezłym polskim popem, z dość przeciętną płytą artysty, który zawsze zachwyci swoją publiczność. Ja dalej tęsknię za Leny Valentino.

No i Slowdive po Rojku, obwołani najlepszym zespołem świata pod koniec koncertu Rojka, zagrali cudowny, cudowny koncert. Nie brakło w nim niczego - nagłośnienie było perfekcyjne, lista utworów doskonała, poziom emocji płynących ze sceny był doskonale sprzężony z samopoczuciem licznej, skupionej, przeżywającej ten występ publiczności. Cztery postaci stojące w równych odstępach na scenie, z gitarami/basem, dokładnie na środku za nimi perkusista, a w tle czarna płachta z białym napisem Slowdive. Ten minimalizm, harmonia, symetria przekładały się na dopracowanie, dopieszczenie prezentowanego materiału, który ma w sobie pierwiastek boskiej perfekcji, uzbrojony w przesterowane gitary. Mieszanka epickich kompozycji, takich jak otwierający występ "Slowdive" czy "When the Sun Hits", z eksperymentującymi, nieoczywistymi utworami jak "Crazy for You" or "Soulvaki Space Station", dawały idealny obraz krótkiej, trochę smutnej kariery zespołu, którego raczej oczywista genialność została doceniona ze sporym opóźnieniem. Świetnie widzieć, jak wielką radość sprawia im powrót do materiału sprzed dwudziestu lat - i razem z nimi docenić, jak cudownie opiera się on upływowi czasu.

I to właściwie wszystko w kwestii zachwytów - Fuck Buttons zagrali charakterystyczny dla siebie set, wypełniony przyjemnym dla uszu hałasem, z którego wyłaniały się taneczne formy. Belle and Sebastian wypadli dobrze, chociaż spodziewałam się hm... czegoś więcej? Choć właściwie czego spodziewać się po Belle and Sebastian, którzy są doskonałymi autorami piosenek, świetnymi kompozytorami (i zdecydowanie tak właśnie brzmią na scenie) i przyjemnymi wokalistami, smęcącymi pod nosem te swoje weltschmerze i mniej istotne problemy do zwykle kontrowersyjnie radosnej muzyki w tym kontekście. Dostaliśmy dokładnie to, co mieliśmy dostać, przyjemny, wypełniony żonglerką stylistyczną występ jednej z najfajniejszych popowych grup naszych czasów.

The Range uwiódł mnie swoją sceniczną prezencją - poza DJką nie odpuszczał żadnej chwili na pośpiewanie sobie pod nosem miksowanych kawałków i dołożenie do tego słodkiej, pełnej przejęcia gestykulacji. Samemu koncertowi zabrakło tego przełomowego momentu, kulminacji, nawarstwienia napięcia. Svengalisghost przestraszył mnie nie na żarty tym mega okrutnym techno, czy cokolwiek to było, połączonym z infantylnym pokrzykiwaniem przefiltrowanym przez jakieś brutalne efekty. Strasznie agresywny początek koncertu, którego nie wytrwałam. Etienne Jaumet, francuski artysta, na którego padło na sam koniec, jakimś cudem również nie sprostał oczekiwaniom, chociaż stworzona przez niego kombinacja saksofonu z minimalistycznym techno zapowiadała się wyśmienicie. I tu znów zabrakło momentum.

Teraz pozostało uzbroić się w cierpliwość i czekać na kolejny cudowny początek sierpnia w Katowicach. Byle do następnego.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.