Facebook Google+ Twitter

"Cud w Lublinie" i inne wakacyjne cuda

Miały swoje łąki, kwiatki, stajnie, prosięta, ogórki im same w polu rosły, mleko dawała krasula, a kury znosiły świeże jajka. Ich rodzice kołchozów nie chcieli i robili na złość partii.

Z miastowymi - to było i tak i siak: nie bogate, półsieroty, dzieci nauczycieli, partyjnych urzędników i klasy robotniczej - jechały na kolonie. Ale te piekarzy, sklepikarzy, prywaciarzy i innych bogaczy zostawały w domu. Bo to były dzieci krwiopijców i wyzyskiwaczy, którzy jeszcze jakoś trwali na przekór rewolucji, komitetowi i panu kierownikowi, który wierzył w partię i Stalina.

Oprócz partii która dbała o dzieci było też Towarzystwo Przyjaciół Dzieci. Razu jednego taka pani z Towarzystwa przyszła do mamy powiedzieć, że zabierają mnie na kolonie letnie.
– Jezus Maryja! –
przestraszyła się mama, no bo jak to tak dziecko gdzieś zabierać. Ale jak jej pani powiedziała, że do domu za miesiąc wrócę, a na koloniach karmią, to już zrozumiała i pozwoliła.

No to zawieziono nas do Mniowa pod Kielcami i zamieszkaliśmy w szkole. Do spania były wojskowe, składane łóżka z siennikami, chleb z marmoladą i zupa mleczna na śniadanie, potem obiad i kolacja. Jedzenia nie brakowało. A czasem nawet lepsze było niż w domu.
Obok niedaleko strumyk był i w tym strumyku było mycie. Przed myciem gimnastyka poranna i bieganie dookoła boiska. Fajnie było, ale jednego dnia zrobiła się awantura o cud. Bo pan kierownik kolonii zobaczył, jak jedna dziewczynka klęczała w kąciku i mówiła pacierz. Wziął wszystkich na boisko i powiedział, że w Lublinie jest cud, Matka Boska unosi się nad miastem i zapytał, czy chcemy go zobaczyć (zobacz: Cud w Lublinie)

Kto by nie chciał! Tak, tak - wrzeszczeliśmy ile sił, no bo taka okazja! Wszyscy słyszeli, ale żeby zobaczyć!
– No to patrzcie - pokazał palcem pan kierownik gdzieś tak na las za strumykiem, a tą od pacierza podniósł do góry, żeby lepiej widziała. Za głowę ją podniósł bo taki był mocny w rękach jak nie wiem co. Ale ona zamiast wypatrywać cudu zaczęła się głupia drzeć, że ją uszy bolą i musiał ją postawić na ziemi. No i końcu nikt niczego nie zobaczył, chociaż pan mówił: - kto następny na ochotnika? Jakoś nikt już nie chciał.

Potem wszystko już było zwyczajnie - różne zabawy, wycieczki do lasu na jagody, leżakowanie po obiedzie i na koniec przedstawienie dla ludzi ze wsi. Bo pan kierownik kolonii był artystą z teatru i nauczył nas pięknych wierszyków. Drugie kolonie też były w szkole, ale w pałacu na Tarnoskale. Podłoga była w takie skośne deseczki i na niej się spało. To znaczy na siennikach. Ale najpierw wypchaliśmy je porządnie słomą, a potem nakryliśmy prześcieradłami i kocami. Po dwa koce każdy miał.
Do mycia było kilka miedniczek i ciągle trzeba się było przepychać żeby zdążyć na apel. Wodę wyciągało się kołowrotem z głębokiej studni. Mówili, że już głębszej studni nigdzie nie ma bo ta, na Tarnoskale najgłębsza w całej okolicy, a może i w Polsce.

Na całej górze koło pałacu był taki stary park i pełno zakamarków do chowanego, alejki do berka, poziomki i jeżyny. Ale jak przyjechał do nas pan kierownik szkoły ze swoimi skrzypcami to już każde popołudnie siedzieliśmy na polance pod dębem i pan kierownik uczył nas na śpiewać pieśni masowe. Na dwa głosy, a ja byłam w "sopranach".

W niedziele chodziliśmy pomagać chłopom-biedniakom robić w polu. To znaczy oni, ci biedniacy, byli w kościele na sumie, a my szliśmy z motykami drogą koło kościoła i śpiewaliśmy Międzynarodówkę. Albo "rozszumiały się wierzby....". W kościele grali i śpiewali całkiem co innego. Przedtem zawsze pan kierownik pytał sołtysa, które pole jest do dziabania.

Sołtys jakiś głupi był chyba, bo zawsze było pole z samymi chwastami, a nie z ziemniakami, albo jaką marchewką. Ale i tak było dużo tego niedzielnego dziabania i pan kierownik był zadowolony, bo po takiej robocie dzieci miały lepszy apetyt.

Trzecie kolonie były w górach. Też był strumyk do mycia, ale nie wiadomo dlaczego po kilku dniach wszystkie okropnie drapałyśmy się po głowach. Więc pani wychowawczyni zaprowadziła nas do ośrodka zdrowia. Tam jedna pani w białym fartuchu najpierw zajrzała do włosów, powiedziała że mamy wszy i wszystkim głowy posypała porządnie proszkiem DDT. No i zdechły. Te wszy znaczy się. Tylko strasznie trudno było potem głowę umyć i jak już wróciłam do domu to mama podniosła okropny lament, że jakiś kołtun mam na głowie. Ile deszczówki, a ile mydła i octu na pranie warkoczy poszło!

Ale góry były piękne. I spływ Dunajcem był piękny. I Sokolica! I Trzy Korony jak się już tam wyszło - jejku! I dlatego Krościenko do dziś pamiętam.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.