Facebook Google+ Twitter

Cuda przeszłości

O PRL-u mogę powiedzieć niewiele z własnego doświadczenia. Urodziłam się za późno, żeby załapać się na stanie w kolejkach czy kartki. Ale pamiętam jedne wakacje...

Było lato 1986 bądź 1987 roku. Tego niestety, nie możemy z rodziną do końca ustalić. Wiadomo, wtedy źle się działo w naszym kraju. Komunizm chylił się co prawda powoli ku upadkowi, ale w sklepach pustki, ludzie zmęczeni latami "przyjaźni polsko-radzieckiej". A jednak było wtedy coś, czego wspomnienie do tej pory wywołuje ogólną wesołość na zjazdach rodzinnych.

Jak każde niemal polskie małżeństwo w tamtych latach, moi rodzice byli szczęśliwymi posiadaczami Fiata 126p. "Kaszlak" jak kaszlak: mały, biały z bagażnikiem na dachu bądź bez, w zależności od aktualnych potrzeb. Mieli również nas cztery i trzeba było z nami coś zrobić w czasie wakacji, żebyśmy ich nie zamarudziły na śmierć.

Najmniej problemów było z najstarszą siostrą, bo już 15-letnia mogła zostać wysłana na obóz organizowany przez miejsce pracy rodziców. A my? Totalnie zanudzone po pierwszym tygodniu lipca, tłukące się bez przerwy o byle głupotę. Co było robić? Zapadła decyzja o wspólnych wakacjach w Kołobrzegu. Po ustaleniu daty urlopu, rodzice zaczęli przygotowania do wypadu.

I tak wiadomo: pranie, prasowanie kupowanie ostatnich niezbędnych rzeczy zajęło około tygodnia. Później pakowanie, przepakowywanie, siadanie na walizkach, bo się domknąć nie chciały. A to wcale nie takie łatwe przygotować do wyjazdu trzy małe dziewczynki i dwoje dorosłych. Kiedy wszystko było gotowe, do sterty rzeczy zabieranych dołączył telewizor. Niestety nazwa zupełnie wyleciała mi z pamięci. Wiem, ze był czarno- biały, produkcji oczywiście radzieckiej i mniejszych gabarytów niż nieśmiertelny Rubin.

Ach, sporo tego było. Podróż długa, bo około 600 km. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ot zwykły urlop nad morzem, gdyby nie fakt, że moi ukochani rodzice, w jakiś zupełnie magiczny i niezrozumiały sposób, zapakowali nas i to wszystko do wyżej wspomnianego "malucha". Do tej pory zastanawiamy się jak im się to udało, tym bardziej, że w fiaciku dwie osoby miały już ciasno. A nas było pięcioro z bagażami i telewizorem, który okazał się nadzwyczaj trafnym pomysłem, bo z 14 dni nad morzem przez 12 padało.

Myślę, ze ta historia jest kolejnym przykładem, ze nie ma rzeczy niemożliwych. I mimo ciasnoty w aucie i strasznej pogody, były to jak do tej pory najlepsze wakacje jakie pamiętam. Tylko ciągle zostaje pytanie: jak oni to zrobili?

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

  • Autor usunął profil
  • 22.07.2009 15:39

ciekawie się czytało

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.