Pozycja materiału w rankingach:

Chwilę grozy przeżywaliśmy wtedy, kiedy na scenę wypuszczano dzikie zwierzęta. Na szczęście pojawiał się zaraz treser. Posłuszeństwo zwierząt udzielało się i nam. I choć dawno występy przestały nas śmieszyć i bawić - biliśmy brawo.
Nazywam się Józef, K. albo jakoś tam inaczej. Urodziłem się – i to jest pewne – gdzieś na kresach Europy, w małym prowincjonalnym miasteczku. Dostatnio się tam nie żyło, wesoło się tam nie żyło. A i bezpiecznie też nie; nawet nie wiedzieliśmy, czy jesteśmy u siebie.
Szarość dnia, szarość wielu dni, lat przerywał tylko Cyrk. Przyjeżdżał często, poprzedzany plakatami, festynami i nadziejami. Koła wielkich, cyrkowych wozów turkotały na brukowanych uliczkach, wtórowały im bose pięty dzieciaków.
Na polu, pośrodku miasteczka robotnicy sprawnie stawiali ogromny, okrągły namiot. Piękny był, kolorowy, choć groźnie nieprzystępny. Kiedy namiot już stał, nadciągali artyści. Ople, fordy, lancie ustawiały się karnie w równych rządkach. Zdarzały się i mercedesy, prowadzone pewną, choć drżącą od nadmiaru alkoholu ręką.
Pierwsze dni pobytu Cyrku w naszym miasteczku zamieniały nasze szare życie w jeden wielki festyn. Miasteczko zaludniało się kolorowymi straganami. A w nich darmowe kiełbaski, piwo, lizaki. I mnóstwo baloników – dla każdego balonik.
My, prowincjonalne dzieci krążyliśmy w podnieceniu między straganami. Zazdrościliśmy artystom ich pięknych, wielkich butów, kolorowych strojów, wymalowanych twarzy. I tej pewności siebie; tego niepodważalnego przekonania o własnej wielkości, o talencie oddzielających ich od nas – plebsu. Dostępowaliśmy czasami zaszczytu nie lada: idol brał nas na kolana, głaskał i dawał dropsa.
Najwspanialsze były jednak przedstawienia. Otwierał je zawsze Mistrz Ceremonii, stukając dwa razy wielką laską. I zaczynało się. Orkiestra grała pięknie. Huczały metalowe, do połysku wyczyszczone trąby, piały oboje i fleciki, dudniły bębny. Muzyka sprowadzała na estradę klownów. Biegali, wzniecając wielkimi butami kłęby kurzu; robili sobie nawzajem psikusy (najśmieszniejsze było jak gubili spodnie, stojąc potem przed nami w czerwonych majtasach w białe grochy). Śmialiśmy się do łez.
Chwilę grozy przeżywaliśmy, kiedy na scenę wypuszczano dzikie zwierzęta. Na szczęście pojawiał się zaraz treser. Nie był wysoki, ale budził respekt. Bat świstał w jego ręku, zmuszając bestie do uległości. Posłuszeństwo zwierząt udzielało się i nam.
Zdarzało się czasem, że któraś z bestii nie chciała podnosić kornie łapy. Wtedy pojawiał się drugi treser. O matuńku kochana! Ten drugi wychodził z lustra przed którym stał pierwszy. Dziw nad dziwy.
A potem żonglerzy chwytali w powietrze najdziwniejsze przedmioty; linoskoczek spacerował na nitce, a na trapezie siedziała przecudnej urody tancerka z profesorskim tytułem. A występy kobiety z brodą! A siłacze wyginający żelazne sztaby!
Po przerwie na scenie pojawiał się na czarno ubrany magik. Budził strach marynarską brodą. A kiedy się uśmiechał robiło się jeszcze straszniej. Spoglądał ponuro w lustro i wypowiadał groźne słowa: lustereczko powiedz przecie, kto... I tu z kieszeni wylatywała mu talia kart. Jedna po drugiej frunęły pod dach namiotu, kreśląc w powietrzu kolorowe smugi. I spadały pomiędzy publiczność.
Cuda się działy, bo wszystkie figury (nawet damy) zamieniały się w jockery. Miał tych talii magik bez liku, a w każdym rękawie ukryte asy.
Oglądaliśmy te przedstawienia jak zahipnotyzowani. Baliśmy się przedstawień i baliśmy się aktorów. Co dzień, gnani jakimś niepojętym instynktem, pojawialiśmy się jednak na widowni. I choć dawno występy przestały nas śmieszyć i bawić - biliśmy brawo.
***
Śni mi się ten Cyrk co noc. Budzę się na dźwięk własnego krzyku. Po czym znów zasypiam, a sen powraca. I tak bardzo boję się obudzić po raz kolejny. Boję się, że sen stanie się jawą.
Zobacz także:
Artykuły
(285)
Galerie
(1)
Średnia ocen
(4.60)
Wiek: 59 | Miejscowość: Warszawa | Kraj: Polska
O mnie: dziennikarstwo obywatelskie to moja idea fix
Ostatnie artykuły autora:
Sortuj komentarze:
Dorota Pardecka 23.08.2006 15:18
Dość gorzka puenta, ale tekst berdzo dobry, utrzymany w ciekawym klimacie.
Łukasz Zaranek 23.08.2006 10:46
Gabriel J., jak go znarkotyzowali, miał chyba takie same sny, tylko w przeciwną stronę. Super felieton
Piękno i... dziwaczność w drzewach zaklęte [Galeria]
(odsłon: +135)