Jerzy Krzysztof Eisler: jeśli można powiedzieć, iż "Solidarność" narodziła się w Sierpniu, to poczęta została w Grudniu.
Antoni Krauze rozpoczął w Gdyni zdjęcia plenerowe do nowego filmu fabularnego "Czarny Czwartek - Gdynia 70".
Zofia
- Nie pamiętam z tamtego dnia wiele. To już czterdzieści lat. W pamięci utkwił mi bardziej Sierpień i to jak jeździłam do mojego męża z obiadami. Stoczniowcy wtedy nie ruszali się ze stoczni. I dobrze. A tamten ranek… Pracowałam w rachubie. Z Witomina dojechałam na Plac Konstytucji. Dalej autobus nie pojechał. Z lewej strony dworzec Gdynia Główna, po prawej budynek sądu. Pamiętam, że był rozświetlony od środka. Za oknami przemykały uzbrojone w karabiny cienie. Na dworzu wciąż było ciemno - zima. Zrobiło się strasznie. Nie wiedziałam, co się dzieje. Stałam tak i nie wiedziałam, co robić, aż nagle, w tym mroku rozległ się głos znajomej, doktor Ogorzelskiej.
- Pani Zofio. Pani ma małe dzieci. Niech Pani wraca szybko do domu.
Zaczęłam się naprawdę bać. Nawet nie pamiętam jak wróciłam na to nasze Witomino. Autobusem? Pieszo? Zupełnie nie pamiętam. Ważne było tylko to żeby wrócić. Potem się dowiedziałam, że znajomy z K1, Polechoński, nie wrócił. Zabili go.
Danuta
- Tamten ranek? Tak dawno temu. Mieszkaliśmy wtedy już na Leszczynkach, ale moja siostra na Marchlewskiego, teraz Janka Wiśniewskiego, w stoczniowych barakach. Pracowała w kasie Stoczni Im. Komuny Paryskiej. Mój brat, pracował wtedy z moim mężem, Henrykiem, w Naucie. Bardzo się bałam.
Złe wieści rozeszły się szybko. Czekałam na nich, bo przecież wyszedł już do pracy. Przez te kilka godzin nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Pobiegłam zabrać dzieci ze szkoły i wtedy wrócił, razem z bratem. Obaj mieli przekrwione, zapuchnięte oczy od gazu łzawiącego. Potwornie zmęczeni. Przedzierali się lasem, od strony Grabówka. Tyle było w nich złości i żalu. To wcale nie musiało się stać. A potem… Potem dostaliśmy wiadomość, że syn znajomych, Zyguś, zginął. Miał wtedy czternaście, może piętnaście lat. Chodził z moją córką do klasy. Poszedł tam pewnie z chłopięcej ciekawości... Gliniecki. Zyguś Gliniecki...
Ryszard
- Tamten dzień? O Jezu. Tamten dzień zaczął się wieczorem dnia poprzedniego.
Gdzieś koło dwudziestej drugiej - trzeciej pojawiło się wojsko i milicja. SKOT-y, czołgi, lodówki. Mieszkaliśmy wtedy w miejscu, gdzie dziś stoi Pomnik Ofiar Grudnia. To był zbieg dawnej ulicy Marchlewskiego z Czechosłowacką i Polską. Teraz tam jest plac, ale kiedyś była głęboka niecka, a na jej dnie baraki. Było nas tam kilka rodzin. Za nami, w stronę Obłuża, tuż przy magazynie PLO rozstawiło się wojsko. Zajęli całą Marchlewskiego na przestrzeniu dwustu metrów. Na Czechosłowackiej stał czołg i SKOT-y. Najwięcej ich się uzbierało na Polskiej. Wszędzie było pełno tych niebieskich sukinsynów.
Jak usłyszeliśmy wieczorem hałas, to wyszedłem zobaczyć co się dzieje. Chciałem liczyć ile jedzie wozów, ale nie dało się. Jak przyjechał czołg zacząłem się bać. Wróciłem do domu. Rozmawialiśmy z żoną i jej bratem (świeżo po wojsku) i nie mogliśmy zrozumieć do czego to zmierza. Przecież Kociołek namawiał przez radio stoczniowców żeby poszli normalnie do pracy. Gnój. Nie wierzę, że o niczym nie wiedział, był przecież wicepremierem, a wcześniej I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku. Musiał wiedzieć co się dzieje. A patrząc na to, co się działo od poniedziałku 14 grudnia w samym Gdańsku... To były straszne dni.