Facebook Google+ Twitter

Czarny król

W motoryzacji od zawsze panuje monarchia, co jakiś czas natomiast dochodzi do rozlewu krwi - oj przepraszam - benzyny i następuje zmiana władzy. Oto jak cicho i niepostrzeżenie zbliża się nowy król.

Jest tak piękny, że odwrócą się za nim wszystkie kobiety. Jest też tak agresywny, że dzieci nim można straszyć. Po prostu ideał // fot. Mercedes AMG / Fot. Mercedes AMGMercedes-Benz, od zawsze kojarzony był z najwyższymi standardami, komfortem i jakością wykonania. Kilka jego modeli panowało nawet nad całym światem, wzbudzając "ochy i achy" wszystkich. Na równi nas - zwykłych użytkowników dróg, jak i inżynierów, projektantów, designerów, znienawidzonych księgowych i prezesów - wszystkich koncernów samochodowych na świecie.

Aż chce się krzyknąć "czapki z głów, panowie!" widząc triumfy, jakie święcił Mercedes W116 450 SEL, który walczył o swoje z pierwszą "siódemką" - czyli z BMW E23. Jeździł nim mój ojciec i po dziś dzień ma w oczach błysk, gdy wspomina to cudo techniki, które tylko sobie znanymi sposobami udało mu się wprowadzić na drogi PRL-owskiej Polski.

Jeździłem nim i ja - niedawno, korzystając z uprzejmości moich przyjaciół z Nadrenii, którzy kolekcjonują klasyki motoryzacji spod znaku gwiazdy. Dali mi oni do dyspozycji, to uosobienie brutalnej siły, które swego czasu było najszybszą limuzyną świata i po dziś dzień jazda nim, przypomina rejs luksusowym jachtem - samochód płynie po drodze, a kierowca pławi się w komforcie i luksusie. Jeździł nim też Robert de Niro w kultowym filmie "Ronin", a za rekomendację, że nie był to chwyt marketingowców - jakich wiele w przypadku mariaży motoryzacji z branżą filmową, niech zaświadczy fakt, że tak jak de Niro i Jean Reno rozbijali się tym wozem na planie filmowym, tak człowiek odpowiedzialny za ów obraz - John Frankenheimer - miał kiedyś dokładnie takiego samego Mercedesa, który dla niego był uosobieniem wdzięku i stylu.

Potem był przecież doskonały w każdym calu Mercedes W126 560 SEL, który znów zgasił rozbłysk BMW, z jej nieomal genialnym BMW 750 iL E32. Gasił o tyle skutecznie, że w 1995 roku inżynierowie z Bawarii zdecydowali się wypuścić na rynek nową siódemkę o oznaczeniu modelowym E38, która mogła podjąć próby detronizacji Mercedesa.

Przykładów panowania Mercedesa, który opędzał się od wszelkich zapędów BMW, Jaguara, Lancii, czy pozostałych producentów można mnożyć. Wniosek jest jeden: stuttgartczycy w trakcie całej swojej 107-letniej historii wielokrotnie prezentowali modele, którym bezdyskusyjnie nakładano korony na głowę.

XXI wiek przyniósł jednak zmiany w całej branży. Ludzie zaczęli zachwycać się innymi samochodami - przestał imponować luksus, elegancja i sznyt. Zaczęła liczyć się brutalna siła, obuta w niewybredne powłoki, pełne prowokacyjnego czaru. Do walki o prymat powróciły znów takie marki jak Ferrari, Porsche, Aston Martin, Lamborghini i - o zgrozo! - japoński Nissan.

Kandydaci do detronizacji, czyli kto toczy bój o pierwszeństwo

Piękna ta bestia... // fot. Mercedes AMG / Fot. Mercedes AMGFerrari, którego ostatnim zapierającym dech w piersiach modelem był datowany na 1962 rok model 250 GT Berlinetta, uderzyło mocno pokazując F430 Scuderia. Jeszcze nigdy Ferrari nie dawało takiej frajdy z jazdy i nie było autem nieomal doskonałym. Z zewnątrz można przyrównać je do dyszącej żądzą Angeliny Jolie, w mokrej i ściśle przylegającej koszulce, a krótka nawet przejażdżka tym autem pokazuje nam, czym byłby seks z tą seksbombą. I ta 10 na obrotomierzu, która porywa wręcz do wciskania pedału gazu w podłogę mocniej, mocniej, mocniej...

Porsche, które w 1967 roku wypuściło na rynek model 911S Targa - w obowiązkowo czarnym kolorze, jest po prostu uosobieniem samochodowej pasji i miłości, wróciło do gry o koronę dopiero niedawno. Wiem, dla wielu słowa te są bluźnierstwem, ale co tu ukrywać, wszystkie kolejne wcielenia kultowej 911 były odgrzewanym kotletem, który, mimo fenomenalnych osiągów, nadzwyczajnej trakcji i odświeżanego wyglądu, smakował mi coraz to mniej. Fakt ten zmienia dopiero nowa Carrera 4 - obowiązkowo w wersji S PDK. Ale i tak całe moje uznanie i przyznanie prymatu stawce 997 zawdzięcza rewolucyjnej skrzyni biegów PDK - fenomenalnemu tworowi, który zamyka w jednej obudowie dwie skrzynie biegów, z dwoma sprzęgłami - co pozwoliło zredukować czas potrzebny na zmianę biegu do minimum. Po prostu - nigdy dotąd jazda automatem, nie była tak porywająca...

Aston Martin, który całą swą legendę zawdzięcza dwóm czynnikom - Astonowi Martinowi DB5 z lat 60. i temu, że całą plejadą Astonów jeździł James Bond. Pierwszy czynnik był faktycznie objawieniem, piękna smukła sylwetka, która w "Goldfingerze" nie dość że pokazała plebejuszowi - Fordowi Mustangowi, gdzie jest jego miejsce, to w dodatku przyciągała wzrok bardziej niż, wcielający się w rolę 007 Sean Connery - a wszyscy muszą przyznać, że nie jest to łatwa sprawa. Drugi czynnik wymieniłem po części przed chwilą - Astony po prostu pomagały ratować świat. Nie jako z rozpędu i z stagnacji rynkowej ukoronowano choćby Astona Martina Vanquisha, którym Bond A.D. 2002 ratował świat i boską Halle Berry z lodowych opresji.

Teraz specjaliści z "Top Gear", starają się narzucić nam nowego władcę - DBS. Ale dzięki Bogu bardzo kiepsko im to wychodzi. Bo... po pierwsze to Anglicy... widziałem ich marynarki, wełniane kamizelki, niezdrową fascynację golfem, piłem ich "fajfokloka" z mlekiem - oni nie mają prawa narzucać światu, tego, co jest piękne i smaczne. Po drugie - skoro auto najlepszego agenta Jej Królewskiej Mości w trakcie realizacji "Quantum of Solace", wpadło do jeziora Garda, bo nie mogło się utrzymać na szosie - i to podczas, gdy pracownik techniczny po prostu przemierzał nim trasę, z jednego planu na drugi - to wybaczcie, ale ja wolę Bonda w BMW... Przynajmniej nie drżałem o to, czy Q tym razem nie zawiedzie... Po trzecie natomiast - Aston Dynamika widoczna nawet w zdjęciach statycznych - ósmy cud świata // fot. Mercedes AMG / Fot. Mercedes AMGMartin to Ford, najnudniejsza marka pod słońcem - robią owszem dobre samochody, ale tak cholernie nudne, że po prostu obrzydzenie bierze. Więc skoro to Ford, a nie Aston Martin - to jak król może nie mieć suwerenności i jak ma panować, gdy wszędobylscy księgowi Forda obcinają budżety wszystkich projektów Forda. Niebawem V12 z hrabstwa Warwick, będzie po prostu skręcony z dwóch widlastych szóstek, rodem z Mondeo...

Lamborghini w 2003 roku wskoczył na tron - po prostu jak grom z jasnego nieba. Włoski producent traktorów, który wypuszczał na rynek samochody sportowe, zawsze był w cieniu innych - po prostu, gdy oni wypuszczali Countach, Murcielago czy Diablo - ktoś inny akurat wypuszczał na rynek rewolucyjny model i siłą rzeczy, uwaga świata kierowała się gdzie indziej. Tym razem jednak Gallardo złamało wszelkie konwenanse i przeniosło wszystkich do świata motoryzacyjnej przyszłości, dostępnej od ręki. Świeży klin, który przecina powietrze i karmi się ludzkimi spojrzeniami, duszami wyprzedzanych samochodów i podpalanym asfaltem.

W 2005 roku, miałem przyjemność zasiąść na prawym fotelu tej super maszyny. Facet, który ją prowadził, podawał się za dziennikarza motoryzacyjnego jeden z elitarnych niemieckich gazet branżowych. Podawał się, bowiem był w rzeczywistości psychopatą, zbiegłym zapewne z jednego z zakładów dla szaleńców. On to właśnie na pięknej drodze Szwarcwaldu, wypatrzył przed nami motocyklistę na niebotycznie pięknej Hondzie CBR900 - zrównał się z nim i przy nieomal 200 km/h, wpędził tego facet w kompleksy. Bez wysiłku wcisnął łopatkę, zredukował dwa biegi w dół i wbił pedał gazu w podłogę. Auto po prostu wgryzło się na chwilę w miejsce, a potem wystrzeliło jak z katapulty, przed siebie zostawiając próbującego konkurować motocyklistę z tyłu. Daleko z tyłu. Motocyklista zapewniam Was, że po dziś dzień ma kompleksy, a mnie łatwość z jaką ten pojazd wystrzelił przed siebie, ostro rozdziawiła buzię. Powiem krótko - ten król miał niezwykle elastyczne i wydatne muskuły.

Kwintesencja brutalnej siły w pięknej osnowie // fot. Mercedes AMG / Fot. Mercedes AMGNa króla kreuje się również Nissan. Skyline GT-R w najnowszej ewolucji, ma ponoć zasiadać na tronie. Japoński parweniusz, który wysyłał dotąd do Europy bezecne szkaradzieństwa i nazywał je samochodami, wyrobił się. 350Z był doprawdy ładnym i udanym modelem, ale spadkobierca legendy Skyline'a, która w Europie rozbrzmiała dopiero ostatnimi czasy, za sprawą "Szybkich i wściekłych" i popularyzacji driftu, może poważnie namieszać. Może - ale na krótko i nie będzie to pełna władza. Czemu? Bo to Nissan...

Japoński przemysł owszem wiedzie prym na świecie, ale oni po prostu dopracowują cudze pomysły. Biorą produkt z Nowego czy Starego Kontynentu i dotąd przy nim dłubią, aż czegoś nie ulepszą. To mało ożywcze. Z ich autami jest jak z zegarkami. Co z tego, że Casio robi dobre, w miarę wytrzymałe produkty, które dyktują czas i harmonogramy milionom osób na świecie? Ale prawdziwe chronometry, które dodają stylu życiu pochodzą ze Starego Lądu - tu przecież korzenie ma IWC... Tak samo jest z autami. Co z tego, że Japończycy zalewają nasze rynki popularnymi maszynkami - Corolla, Micra, jakiś Yaris - król będzie ponad nimi. Poza ich zasięgiem...

Obnażamy nowego króla...


Uberholprestige w całej okazałości // fot. Mercedes AMG / Fot. Mercedes AMGKról wejdzie na rynek już w listopadzie. I wszyscy mogą wymieniać swoje typy, na nowego władcę - będą to jego konkurenci. Którzy zawsze będą o krok za nim... Za jedynym w swoim rodzaju - Mercedesem-Benz SL 65 AMG Black Series...

Jak już wspominałem Mercedes jest czystej krwi oligarchą, szlachtą na rynku samochodowym. Natomiast auta sygnowane przez AMG Performance - jedynego właściwego i w dodatku fabrycznego tunera "gwiazdorów" są jak prawdziwa elita, kąpiąca się nieomal w mleku i tętniąca błękitną krwią. Nieważne, z jakiej stajni pochodzi król - Mercedesy AMG zawsze będą go niepokoiły. Jednakże pojawienie się każdego auta z oznaczeniem Black Series zwiastuje pojawienie się nowego króla, panującego nad całą czterokołową bracią. Spójrzmy dlaczego Mercedes SL 65 AMG Black Series zasiądzie na tronie i przyozdobi skronie koroną.

Przede wszystkim wygląd. Jest on po prostu oszałamiający - i mówię to, mimo że nie miałem jeszcze przyjemności oglądać go w ruchu. Specjaliści od marketingu Mercedesa i AMG, zadecydowali, że auto zostanie oddane w ręce ludzi ze świata motoryzacyjnego dopiero w dniu jego rynkowej premiery. Może to i dobrze? Będę mógł ochłonąć po wrażeniu, jakie zrobiło mnie to auto podczas jednej z nielicznych dotychczasowych prezentacji. Nie dziwię się już wspominanym marketingowcom, że zakazali robić zdjęcia tej bestii i zarzucali wszystkich pakietem zdjęć wybranych przez nich - obawiali się po prostu, że zdjęcia zrobione przez nas będą zamazane - wszystko przez podniecone drżenie dłoni.

Auto wygląda jak Piękna i Bestia w jednym. Piękna przez śmiałą, pełną prostoty i nawiązań do klasyków linię. Linię, która nie zestarzeje się nigdy - znajdzie swoje miejsce w annałach historii, jako typowe coupe. Coupe, które jak wino, albo mężczyzna - miast blednąć czy gorzknieć z wiekiem, nabiera coraz to mocniejszego błysku i specyficznego, boskiego posmaku i klaru. Piękna, bowiem auto jest konsekwentne - nie ma tu pomieszania milionów krzywizn i zaokrągleń wrzuconych na bryłę pojazdu i nazwaną przez designerów "koncepcją trendową wizerunku modeli" (cytat z katalogu Renault). Tu zamysł jest jeden - ma być prosto, ostro i agresywnie.

I tak oto dochodzimy do sformułowania Bestia - auto wygląda jakby mogło zjeść, nie dość, że swoich konkurentów, to jeszcze asfalt i swojego kierowcę na dokładkę. I nie byłbym pewien, czy to by zdołało zaspokoić jego głód. Wszystko w tym aucie emanuje mocą. Muskularne nadkola, przechodzące w agresywny klin progu i rozszerzone błotniki, które wręcz wgniatają nas w ziemię swymi monstrualnymi rozmiarami, do tego "skrzela" za przednimi kołami rozdzielone jakby perforacją drzwi, czy też groźnie zerkające na nas reflektory i maska, która zdaje się zasysać tlen, absorbować go z atmosfery, za sprawą czterech olbrzymich wlotów powietrza. Wszystko to sprawia, że auto kipi wigorem i wygląda, jakby miało 500 koni pod maską.

500? Nie wiem dlaczego akurat takie skojarzenie - przecież równie na miejscu byłoby 450 czy 520... Choć nie, wiem dlaczego akurat 500. Z powodu Fiata 500, a dokładniej tego, że został on wybrany samochodem roku... Wybór takiego auta samochodem roku, umniejsza coraz to bardziej mój szacunek do zacnego międzynarodowego gremium, które wręcza ów laur. Szacunek, który i tak już topniał jak lodowiec, odkąd kazano mi się zachwycać Fordem Focusem i uznać go za auto roku. Fiat 500 w zestawieniu z SL 65 AMG Black Series wypada jak rozwalony saturator z okresu głębokiego PRL.

Zresztą każdy samochód wypada blado, postawiony obok tego monstrum. Ferrari przestaje magnetyzować, Lamborghini przestaje czarować, Aston Martin dewaluuje się do rangi wózka golfowego. Inne auta przestają istnieć. Wszystkie zazdrosne spojrzenia zbiera ten osiłek, który mimo, że szczerzy kły i napina muskuły, robi to z gracją i wpada w oko. Każdemu.

Wróćmy jednak do mocy, którą szczyci się od pierwszego wejrzenia. Patrząc na specyfikację tego auta, przestaje dziwić fakt, że jego twórcy zdecydowali się założyć mu stałe skrzydło, które ma za zadanie dociskać pojazd do podłoża. 6 litrów pojemności i 12 cylindrów w układzie V wespół z dwiema sprężarkami dają nam 670 koni mechanicznych brutalnej mocy oraz moment obrotowy 1 000 Nm dostępny w zakresie od 2 200 do 4 200 obrotów. 1000 brzmi po prostu niewyobrażalnie - to średni moment obrotowy wyczynowych ciężarówek, a jeszcze trudniejsze do uwierzenia jest to, że moment obrotowy został tu elektronicznie ograniczony - bo normalnie sięga on 1200 Nm. Moc dostarczana jest na tylne koła za pośrednictwem dwusprzęgłowej, pięciostopniowej skrzyni automatycznej AMG Speedshift Plus.

Twór ów, pozwala na zredukowanie czasu potrzebnego na zmianę przełożenia do 250 milisekund. Prawie tak dobrze, jak we wspomnianej wcześniej skrzyni PDK od Porsche. Ale osiągi tego potwora wzbudzają we mnie jednocześnie kilka reakcji. Jęk niedowierzania, szaleńczy chichot, uchylenie czapki z respektem... 3,9 sekundy do 100 km/h, 200 km/h zaś po 11 sekundach. Prędkość maksymalna ograniczona została do 320 km/h, ale chłopcy z AMG zdradzili, że podczas testów na jednym z torów badawczych "nowy król" osiągnął 370 km/h.
Król od góry. Fenomenalne osiągi widać gołym okiem. // fot. Mercedes AMG / Fot. Mercedes AMG

Optymistyczna myśl na koniec


I wiecie co? W grudniu przyjdzie moja kolej, aby zasiąść za sterem jednego z 350 egzemplarzy, które opuszczą fabrykę. Czterogodzinny test drogowy już teraz powoli zaczyna spędzać mi sen z powiek. Zwłaszcza, że mam świadomość, iż Mercedes Benz SL 65 AMG Black Series zrobi mi najlepszy prezent na gwiazdkę, jaki mogłem sobie wyobrazić.

Nie omieszkam wówczas znaleźć jakiegoś Fiata 500 na ulicy i postawić obok niego Piękną Bestię, ze Stuttgartu... I zobaczycie sami, jak wygląda porównanie samochodu roku, z prawdziwym samochodowym królem.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

mój ulubiony to aston martin to najlepsze auto bonda i najlepszy model db9:):):):)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.