Facebook Google+ Twitter

Czas na strajk? Niemieccy studenci na ulicach!

Kiedy w roku 1999, 29 krajów zobowiązało się w Bolonii do ujednolicenia swego systemu szkolnictwa, siły zwolenników, jak i przeciwników inicjatywy były zrównoważone. Dziś uczniowie, studenci i wykładowcy mówią zgodnie "NIE".

Przeszkoda w nauce - pieniądze. / Fot. Aleksandra PucilowskaPoniedziałek. Godzina 10. Dziedziniec głównego budynku Uniwersytetu Humboldtów w Berlinie wygląda, jak co dzień. Studentów jak na lekarstwo, uniwersytet przypomina, okupowaną przez rzeszę zwiedzających atrakcję turystyczną, a nie uczelnię.

O godzinie 10 się jeszcze śpi. Wielu studentów świadomie nie zapisuje się na zajęcia poranne. A jeśli się już zapisali, to pojawiają się sporadycznie - tak było dotychczas. Wolność i samodzielność studentów nieograniczana zbędnymi przepisami i kontrolami, brak zajęć fakultatywnych - to rzeczywistość, która odeszła już w przeszłość.

Wczoraj ci, których uwiera decyzja tych, którzy "z edukacją i tak wiele wspólnego nie mają", wyszli na ulice. Rozpoczął się, długo przygotowywany, ogólnokrajowy strajk szkolnictwa. Postulaty są jasne: więcej swobody, więcej pieniędzy, więcej demokracji.

Solidarnie. Studenci i uczniowie, mówią zgodnym głosem o swoich obawach i problemach. Od prozaicznych spraw, jak zakaz wynoszenia obiadów ze stołówki na dziedziniec uczelni, po strach przed przyszłością swej naukowej kariery - każdy mógł pozwolić, by to co leży mu na sercu powędrowało "ku niebu".

Puszczanie balonów, leżakowanie na kanapach blokujących drogi prowadzące ku uczelni, imprezowanie w budynku uniwersyteckim, wywiady z telewizją, demonstracja na ulicach miasta - od wczoraj przez cały następny tydzień każdy ze studentów znajdzie zajęcie odpowiadające jego oczekiwaniom. Amatorów regularnych wykładów i seminariów jest niewielu. Sale świecą pustkami. Nie tylko uczący czują się ofiarą politycznej decyzji, która nie może odnaleźć się w rzeczywistości. Profesorzy też zauważają przepełnione sale wykładowe i uciekają od obowiązku prowadzenia listy obecności.

Bolońska reforma wprowadziła podział studiów na dwa stopnie. Trzyletni Bachelor, przypominający polski "licencjat" miał przygotowywać do zawodu. Następujący po nim Master (odpowiednik studiów magisterskich) być tylko alternatywą dla chcących rozwijać się dalej. Rzeczywistość jest zupełnie inna. Nowym studentom już na początku ich naukowej drogi jasno tłumaczone jest, że, o ile nie chcą zasilić rzeszy bezrobotnych, szykować się mają nie na 3, a 5 lat studiów. Sęk w tym, że ilość miejsc dla osób chcących kształcić się w kierunku Master jest nieadekwatnie niska do tych, które oferuje propozycja na Bachelor. A, więc ktoś tym bezrobotnym zostać musi.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

200 do 300 euro miesięcznie to standard, ale raczej w zachodnich Landach, w Berlinie przkładowo jest to 320 euro za cały semestr(w tym bilet na komunikację miejską).
Faktem jest jednak, że finansowanie studiów często staje się dla wielu przeszkodą nie do pokonania.
Faktycznie, kiedy porównamy sytuację studentów w Polsce i Niemczech dziwię się, że Polacy jeszcze nie wyszli na ulice..?
Kiedy słucham o warunkach studiów w Polsce od znajomych, aż trudno mi czasem w niektóre z ich opowieści uwierzyć. Tutaj, w Berlinie- wydaje się to być niewyobrażalnym.
To dziwne, że polscy studenci, tak naprawdę, mają o wiele więcej powodów, by wyjść na ulice,a to dziś w Niemczech strajkowano...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Świetny tekst!

Dlaczego u nas jest inaczej? Po pierwsze my nie mamy płatych studiów publicznych jak nasi niemiecy koledzy i koleżanki. Tam 200-300 euro m-cznie to standard. Pod drugie mam takie dziwne wrażenie, że polscy studenci nie potrafią jakoś masowo i zorganizowanie walczyć o swoje - cokolwiek by to nie było. U nas takie akcje przyciągają góra 2-3 tys. osób, za granicą jest 10 razy więcej. Nie wiem z czego to wynika. Niemieccy studenci dobrze wiedzą, że rząd Merkel nie zniesie tych opłat i że będzie nadal pompował kasę w banki. Ale sposób w jaki protestują powoduje, że ich głos jest słyszalny i zauważalny. U nas z tym marnie. Gdyby studenci byli też zwartą grupą wyborców, politycy na pewno bardziej by się z nami liczyli. A przy frekwencji w granicach 30-40 proc. mają nas w dupie. W Niemczech frewkencja jest w okolicach 50-70 proc. i tak każdy głos jest ważny, w tym głos studentów.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.