Politycy nie przykładali się do lekcji fizyki w szkole. Wyraźnie bowiem widać, iż niewiele pojmują z istoty czasu. Gdyby więcej wiedzieli o tym straszliwym pożeraczu sekund i lat, to ich życie wyglądałoby zupełnie inaczej.
Fizycy na takie rozróżnienia patrzą sceptycznie i z rozczuleniem.
Obserwując jednak straszliwe polityczne zamieszanie po rozpadzie
koalicji, która miała trwać ponad trzy lata, a trwała tylko trzy
miesiące, dobrze jest uświadomić sobie, że czas polityków biegnie
zawsze znacznie szybciej niż kierowanemu przez nich społeczeństwu. I
nie chodzi o to, iż przedstawiciele tej najmniej chyba szczęśliwej
grupy społecznej (oni tego nie wiedzą) są ciągle zabiegani od rana do
wieczora, dzieci widzą tylko na rodzinnych świętach, a ich żony z
pachnącym, gładkim policzkiem godzinami wystają przy drzwiach na
pożegnalny lub powitalny pocałunek. Ostatnia uwaga wyrażająca kobiecą
solidarność nie dotyczy oczywiście Kazimierza Marcinkiewicza, który
słynie z doskonałej organizacji i pocałunki przesyła, korzystając z
wynalazku, jakim są sms w telefonach komórkowych.
Szczęśliwi czasu nie liczą
Ale to tylko mała dygresja. Piszę ten felieton z poczucia wielkiej
troski o wszystkich polityków, podejrzewając przy tym, że nie
przykładali się oni do lekcji fizyki w szkole. Wyraźnie bowiem widać,
iż niewiele pojmują z istoty czasu. Gdyby więcej wiedzieli o tym
straszliwym pożeraczu sekund i lat, to ich życie wyglądałoby zupełnie
inaczej. Przypominałoby niekończącą się sielankę, a tak jest
przerażającą pogonią za uciekającymi kartkami z kalendarza. Stare
porzekadło mówi : „szczęśliwi czasu nie liczą”. Politycy, którym zawsze
szczerze wierzyłem i nigdy nie podejrzewałem o cynizm, sprawiają
wrażenie, jakby nie rozumieli, że ich czas biegnie znacznie szybciej
niż reszcie społeczeństwa.
Dowody? Oto one. Przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwośći obiecywali
zachwyconemu społeczeństwo, że wybudują trzy miliony mieszkań. Zaraz po
zaprzysiężeniu rządu premiera Marcinkiewicza wredna opozycja zaczęła
wykazywać skrajną niewiarę w to wiekopomne przedsięwzięcie. I, jak
zwykle, nie mieli racji. Otóż muszę stanąć w obronie zwycięzców (Byłbym
wdzięczny za odnotowanie tego w moich aktach, gdyż zdarza mi się to po
raz pierwszy, ale obiecuję, wykazując obywatelską lojalność, że z
pewnością nie po raz ostatni). Czy kiedykolwiek powiedziano, kiedy do
tych mieszkań wprowadzą się ich szczęśliwi właściciele?
Przejrzałem
uważnie gazety z okresu ostrej, przedwyborczej walki i nigdzie nie
znalazłem wyraźnego określenia momentu, kiedy do tego dojdzie. Może
stanie się to za pięć, dziesięć, a nawet za piętnaście lat. Na pewno
jednak nie można stawiać politykom zarzutu, że były to tylko puste
przedwyborcze obietnice.
Psychicznie męczący problem numeracji
Jeśli, z całym szacunkiem dla ich wyborców, ktoś był tak naiwny i w to
uwierzył, to niech ma pretensje tylko do siebie. Obiecywano wybudowanie
niewyobrażalnie wielkiej ilości mieszkań, nikt, chytrze, nie mówił o
czasie ich powstania.
Ale problem mieszkań to tylko drobiazg z próbą fundamentalnego,i bardzo
psychicznie męczącego dla wielu, rozstrzygnięcia numeracji
Rzeczpospolitej. Wyborcy zwycięskiej partii obudzili się w poniedziałek
po wyborach z wyrazem szczęścia na twarzy i w radosnych podskokach
pobiegli do pracy (nie licząc oczywiście tych, którzy nie muszą
pracować, gdyż robią to za nich ohydni przedstawiciele „Polski
liberalnej”). Oni obudzili się już w IV RP. Nieszczęśliwi przegrani,
nie kryję, iż ja też do nich należałem, kurczowo trzymali się łóżka,
gdyż stało ono jeszcze na ostatnim, wolnym skrawku III RP.
Minęło dwanaście długich miesięcy, a ten schizofreniczy stan ciągle
trwa. Część polskiego społeczeństwa uważa, że odzyskanie Ministerstwa
Spraw Zagranicznych oraz powołanie Centralnego Biura Antykorupcyjnego
to fundamenty wystarczające do powołania IV RP. Ale jego większość, na
co wskazują sondaże, tkwi uparcie w skompromitowanej i pełnej układów
III RP, nie chcąc zrozumieć, iż nadszedł czas moralnej sanacji.
By nie
trwać dłużej w tej męczącej niepewności niniejszym ogłaszam powstanie V
RP. Tylko o jeden numer więcej, (jak w grze z dzieciństwa), a jak
pięknie brzmi.
Politycy, czytajcie Hellera
Poważnie jednak mówiąc, proponuję polskim politykom, ze wszystkich
partii, lekturę książek profesora Michała Hellera, wybitnego polskiego
filozofa. Nikt tak pięknie i zrozumiale nie potrafi pisać o czasie.
Może po ich lekturze pojmą wreszcie, że w rok można przeżyć cudowny,
miodowy miesiąc z ukochaną żoną, ale w czasie polityka to tylko
mgnienie oka. Co gorsze, cztery lata to okres także zbyt krótki, by coś
sensownego zrobić.
Zmieniłem zdanie, cztery lata w zupełności wystarczą. Właśnie na
schodach prowadzących do mojego mieszkania zderzyły się z hukiem
uzbrojone po zęby ekipy Policji Skarbowej i Centralnego Biura
Antykorupcyjnego. Nie uzgodniły terminów i zgodnie zaatakowały o
siódmej rano. Dobrze, że się nie ostrzelały. Ale i tak za karę musiałem
pozbierać, pogubione przez nich,
kajdanki.