Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

37684 miejsce

Czego uczą szkoły

Mija pierwszy miesiąc nauki w nowym roku szkolnym. Dla jednych nuda, dla innych męczarnia. I tak trwa to od lat, a kolejne pokolenia przyzwyczajają się do wizji i godzą na nią, że tak właśnie ma wyglądać edukacja.

Najmniej istotne szczegóły
Problemy w systemie edukacji naszego kraju wiele cech wspólnych dzielą z problemami systemów edukacji innych krajów, w końcu wychodzą od jednego modelu. Mamy jednak też własne specyficzne dysfunkcje. Jak zmieniamy jedne i drugie?
Osobiście nie wierzę, że kolejne reformy w edukacji w jakikolwiek radykalny sposób przeobrażały szkolnictwo. Uważam że są to co najwyżej zmiany powierzchowne, a często jedynie slogany, narzucane na stary system, czy - tak jak w przypadku gimnazjów i nowej matury - są to zmiany kosztowne, wprowadzające w teorii dużo, ale w praktyce mało, niedotykające tego, co najistotniejsze.
Przykładem omijania sedna problemu są ostatnie spory o posyłanie sześciolatków do szkół. Według jednej strony to lepsze szanse na przyszłość, według drugiej skracanie dzieciństwa.
W ramach kompromisu wybrano opcję, która niczego nie usprawni, a może pogorszyć: kto chce niech wysyła sześciolatka, kto chce siedmiolatka. W moim przekonaniu gwarantuje to sytuację, w której zdarzy się tak, że sześciolatki będą traktowały swoich starszych kolegów jako gorszych, jak takich którzy jakby nie zdali, a tych z kolei czeka wstyd lub mszczenie się.
Faktem jest, że niewielkie ma znaczenie, czy pośle się do szkoły sześcio- czy siedmiolatka, jeśli w obu tych przypadkach szkoła posiada liczne dysfunkcje.
Jakichkolwiek dokonuje się zmian lub choćby proponuje je, odbywa się to przy założeniu starej formy szkolnictwa. Jedni chcą nakładać na ten model „nowinki ze świata”, inni chcą powrotu do „tradycyjnej” szkoły – cokolwiek mają tutaj na myśli, a najprawdopodobniej chodzi im o własną nostalgię do swoich lat nauki z okresu PRL.

Format z XIX wieku
Nauka taka, jaką znamy, polega na prowadzeniu zeszytów z notatkami z zajęć. Notatki robi się długo, dłużej niż się je czyta, przy okazji niewiele się rozumie notując je, a jeśli chce się rozumieć ogólny sens zajęć, to nie można prowadzić dobrych notatek. Możliwości zapamiętywania z takich zajęć i tak sięgają co najwyżej kilkunastu procent informacji. W dodatku więcej się zapamiętuje gdy się „gryzmoli”, a także na przykład żuje gumę – czyli paradoksalnie robi rzeczy, które nauczyciele uważają za lekceważenie ich. Dla większości uczniów większość przedmiotów nie jest po prostu interesująca, tym bardziej nie będzie ciekawa przekazywana w suchy sposób, z założenia ukierunkowany na zakuwanie, gdzie uwagę wymusza się odpytywaniem.
Przekazywanie informacji w postaci zajęć lekcyjnych ma sens, jeśli są one interaktywne, jeśli można zadawać pytania, dyskutować, robić eksperymenty i tym podobne rzeczy. Ale to dotyczy najwyżej kilku uczniów na klasę, nie da się tak prowadzić przedmiotu w dużym gronie o zróżnicowanym poziomie motywacji, wiedzy, zdolności.
Przykłady z uczelni wyższych pokazują, jak często zbędne są wykłady – nauka działa na przekazywaniu notatek. Na wykładzie można nigdy się nie pokazać, a egzamin z niego i tak zdać z najlepszym wynikiem. Ale w przypadku nauki wyższej przynajmniej czasami zdarzają się zajęcia autorskie, o których w szkołach niższego poziomu nie może być jednak mowy (chociaż zdarzają się nauczyciele niezwykle autorscy, którzy nauczają na przykład… alternatywnej historii).
W epoce cyfrowej zresztą wykłady prowadzone w salach stają się powoli przeszłością, kiedy zajęć słynnego profesora można odsłuchiwać za pośrednictwem komputera o dowolnej porze i miejscu. Argument, że nic nie zastąpi kontaktu z człowiekiem nie ma racji bytu wobec tego, jak wyglądają takie szkolne zajęcia „wykładowe”.
Tak więc zajęcia sprowadzają się do dyktowania i kaligrafii, często przez 7-8 godzin. Nauka tego materiału ma następować dopiero po tym czasie, w domu. Jednak jest to wiedza w najlepszym wypadku, która jest streszczeniem podręcznika, a nauczyciel powtarza ją notorycznie dzień w dzień, rok w rok. Można by ją dostać w postaci paru kartek wydruku i uczyć się w czasie, który poświęca się na makabrycznie nudne dyktowanie. Chyba że kaligrafia i prowadzenie schematycznych zeszytów są aż tak ważne.
I tu dochodzimy do problemu sensowności prac domowych, które mają być wykonywane po czasie spędzonym w szkole, który powinien być właśnie przeznaczony na naukę. Jednak ta, wedle tego systemu, następuje dopiero później, po czasie, który wynosi mniej więcej podobną ilość godzin, jak czas pracy dorosłego człowieka, a który – dodajmy - uznawany jest przez specjalistów za zbyt długi i tym samym nieoptymalny. Chyba, że uznajemy wprost, że dzieci powinny mieć siły na pracę domową, bo i tak z założenia obijały się w szkole.

Uczeń największą przeszkodą w nauczaniu
Jednakże szkoła nawet w teorii nie jest po prostu miejscem nauki - to miejsce socjalizowania się, przede wszystkim spontanicznego, co jednak systematycznie próbuje się ignorować lub narzucać na to instytucjonalne ramy. Jednocześnie to miejsce, które ma też cechy instytucji totalnej: przymusu i zamknięcia - zmusza się do jednoczesnej nauki i socjalizacji, wszystkich ze wszystkimi, w ramach standardów, które są nieadekwatne i nie obowiązują.
Władza odgórna instytucji szkolnej wymaga od uczniów poświęcenia zdobywaniu wiedzy, z drugiej jednak strony nie da się przerwać niemal spontanicznych procesów kontaktowania się i zawiązywania grup. Zestawianie ze sobą uczniów, po czym nakaz milczenia i nie zwracania na siebie uwagi przez większość czasu jest po prostu nienaturalny i dlatego notorycznie łamany. Oczywiście można takie zachowania powierzchownie wymusić skrajną dyscypliną, a czasem terrorem, tylko po co?
Socjalizacja szkolna jest nie tylko pozytywna, jest też często negatywna. Władza szkolna nie sięga zbyt daleko w dół, w instytucji o charakterze zamkniętym i skupiającym przekrój osobowości. Tworzą się grupy, które zawsze będą wykazały się mniejszą lub większą przemocą werbalną, czy fizyczną. Zawsze będą ustanawiały się oddolne porządki silniejszych nad słabszymi. Dewiacje zawsze będą miały miejsce, problem polega na zamknięciu w miejscu, gdzie dewiacje znajdują wiele możliwości na rozkwitanie, gdzie nie ma od nich wolnych miejsc, pełnej ochrony. Przeciwnie jest notoryczne przymusowe wystawienie na nie. Nauka, która nawet nie stara się stworzyć pozorów, że jest jakąś perspektywą na przyszłość, staje się wyjątkowo mało ważna. Ważne jest pogodzenie interesów, ułożenie się z różnymi grupami, zdanie, unikanie wstydu. Tutaj tkwi odpowiedzieć na pytanie skąd się bierze cisza w klasie, kiedy nauczyciele zadają pytania. Najmniejszą władzę mają tutaj ci, którzy faktycznie chcieliby się czegoś nauczyć.
Szkoła o takich charakterze to miejsce slalomu między nauką, władzami szkolnymi, własnymi potrzebami oraz różnego rodzaju grupami wpływów. Można także do tego dodać – od jakiegoś czasu słynne - „rewie mody”. Szkoła nie rozumie tego i nie rozumie młodzieży, nie rozumie jej podziałów wewnętrznych; nie rozumie, co się kryje za ich postawami.
Najlepiej w takich warunkach odnajdują się oportuniści, osoby wyciskający ze swojego pobytu w tej instytucji jak najwięcej się da, urządzający siebie najlepiej jak można w danych warunkach. I to często ich wysoko cenią nauczyciele - niechęć do szkoły, kiepska nauka, wybryki, jeśli trzymają się pewnych ram, są traktowane jako prawo młodości, oznaka zdrowego podejścia. Tutaj jest miejsce na pobłażanie.
Ale już uczniowie, którzy są zagubieni lub tacy którzy są oporni, nie wykazujący się dostateczną beztroską, czy mało się uśmiechają są uważani za wrogów szkoły, za zblazowaną, rozwydrzoną, trudną częścią młodzieży, której nie odróżnia się od realnych dewiantów. Ten sposób myślenia pokazała niegdyś Liga Polskich Rodzin (związana notabene z Młodzieżą Wszechpolską…) w swoich spotach wyborczych ukazując środowisko, które miało najwyraźniej przedstawiać subkulturę na kształt gotów lub czegoś podobnego (jakby ta subkultura miała jakiekolwiek znaczenie i niosła jakiekolwiek zagrożenie…) jako największego wroga szkoły.
Takich uczniów przekonuje się, że dostrzeganie nieprawidłowości w tym systemie świadczy o ich nienormalności. Wszyscy są przeciwko czemuś co wydawało się być zdrowym rozsądkiem. Z takim skutkiem, że dokonuje się samospełniające się proroctwo. Jednak to może właśnie głos tych uczniów jest tym, który dotyka najgłębszej prawdy o systemie edukacji. Może proste stwierdzenie, że „szkoła jest do dupy” jest najtrafniejszą diagnozą.

Jaka jest obietnica?
Z punktu widzenia państwa w szkolnictwie powinno chodzić o obywatela zdolnego do uczestniczenia w demokratycznym systemie politycznym i społeczeństwie obywatelskim, odpowiedzialnego, zdolnego do przykładania się do dobrobytu, oraz osoby posiadającej dostateczną wiedzę i umiejętności do sprawnego poruszania się oraz wysławiania w mowie i piśmie we współczesnym świecie, a także zdolną do samodzielnego poszerzania swoich umiejętności.
Tymczasem brakuje jakiejś metateorii wyłożonej uczniom po co w ogóle jest nauka, czemu jest taka jaka jest, jaki ma być tego ostateczny wynik, i jak on się ma mieć do ich przyszłego życia. Nie chodzi tylko o to, żeby wiedzieć dlaczego Słowacki był wielkim poetą, lub umieć uzasadnić dlaczego nie był, ale chodzi o to, żeby wiedzieć dlaczego jest się w szkole. Tymczasem jest to tradycja, rytuał i ostatecznie papierek. Jest się tam „bo ponieważ”.
Ta słabo przekazywana, wymuszana nauka nie składa się na żadną całość: matematyka z pragmatycznych rzeczy nagle przeskakuje w świat zupełnej abstrakcji. Podobnie inne przedmioty. Język polski przez 12 lat z namaszczeniem jak świętości naucza gramatyki i ortografii, która potem i tak nie jest nikomu w pełni znana – po czym dowiadujemy się, że można już mówić „poszłem”; a w połączeniu z historią, która paradoksalnie im bliżej wieku XX tym bardziej staje się mityczna, buduje smutną martyrologię w połączeniu z dziwacznie wysokim narodowym mniemaniem o sobie i roszczeniowością.
Problem nie leży tutaj w stopniu trudności tych przedmiotów, tylko brak wpisywania się w jakikolwiek kontekst, jakiś całościowy sens, braku podsumowań, zmierzanie w niewiadomym kierunku; uczenie się fragmentów, rzeczy wydających się absolutnie niepraktycznymi. A jednocześnie brakuje wdrażania myślenia naukowego o świecie, nie eliminuje się błędnych elementów myślenia intuicyjnego.
Ale znowu przedmioty, takie jak matematyka, traktowane są z niezwykłym namaszczeniem, mimo, a może właśnie z powodu ich niepraktyczności, tymczasem takie przedmioty jak podstawy przedsiębiorczości, ale też plastyka i muzyka, traktowane są i przez szkołę i uczniów jako zbędne, aczkolwiek wymagane dodatki. To tylko podkreśla absurdalny charakter szkolnictwa, którego zrozumienie wymaga albo jakiejś mistycznej dialektyki, albo prostego stwierdzenia, że ma się do czynienia z idiotyzmem. I to ten ostatni przekaz trafia do uczniów i buduje postawy wobec rzeczywistości.
Wszelki spójny sens, którą tworzyłaby tak zdobywana wiedza jest skutecznie dewastowany dodatkowo przez takie przedmioty, jak religia i wychowanie fizyczne.
Ten ostatni jest szczególną patologią szkolnictwa w pigułce. Na zajęciach tych od dziesiątek lat nie wykonuje się programu nauczania, któremu może i daleko było do ideału, ale przynajmniej miał jakiś związek z dwoma członami nazwy tego przedmiotu. Zamiast tego stworzono system nieformalnej przymusowej zabawy oraz jeszcze mniej zabawnego oceniania wyników na podstawie niczego, po czym dziwiono się że taka „zabawa” zniechęca do sportu, nie leczy skoliozy i otyłości. Tutaj znowu winny jest uczeń, który rzekomo unika wartościowego przedmiotu i rzekomego wysiłku, ponieważ „woli grać w gry komputerowe” – taka jest zazwyczaj „profesjonalna” diagnoza. W ramach zmian funduje się, zamiast nowego programu wychowania, sformalizowanie przymusowej „zabawy”.
Dodatkowo obecnie Ministerstwo Sportu wydaje pieniądze na kampanie zachęcającą rodziców do nie zwalniania dzieci z tego przedmiotu, co świadczy tylko o tym, że Ministerstwo nie czyta raportów NIK’u z własnego zakresu działalności, które wykazały że większość zajęć w-f łamie podstawowe standardy (nie chodzi tylko o egzekwowanie programu, ale o podstawowe normy bezpieczeństwa!) niezbędne w prowadzeniu zajęć.
Tym samym: jeśli jakiegoś przedmiotu nie da się sensownie uzasadnić, tym gorzej dla sensu. Co ma powiedzieć nauczyciel na przykład języka polskiego swoim uczniom o zasadności istnienia swojego przedmiotu w kontekście całościowego nauczania, na które składają się właśnie takie wychowanie fizyczne i taka religia? Co z tego, ze trafiają się nauczyciele z pasją, jeśli stanowią tylko część takiej całości?
Masowe wychowanie, nie tylko że masowe, nie jest nawet w pełni wychowaniem, jest tylko w dużej mierze bezsensownym masowym procesem, którego wyniki negatywne nieraz przeważają pozytywne; notoryczną stratą czasu, a często gorzej. I wszystko to traktujemy w dużej mierze jako normalne: tak jest, tak ma być, też tak miałam/miałem, to pewna tradycja, rytuał przejścia, każdy to musi zaliczyć, a jak inaczej ma być?
I paradoksalnie ta edukacja częściowo przygotowuje do życia w tym społeczeństwie, ponieważ sama odnawia i konserwuje rzeczywistość, w takiej postaci, jaką znamy. Paradoksalnie też, ci którzy stawiają bardziej na relacje społeczne niż na naukę, zyskują z tego więcej na przyszłość, bo takie są realne warunki.

Trochę pomysłów i przewidywań
Aby nie kończyć pesymistyczne, warto rzucić garść pomysłów, jakkolwiek dalekich od opracowania, to jednak starających się przewidzieć, jak może i jak powinna zmieniać się nauka.
System, do którego wszyscy są przyzwyczajeni, klas jako roczników, zajęć 45-minutowych, może zostać złożony już teraz do lamusa.
Zamiast tego szkoła powinna być miejscem o charakterze dużo bardziej otwartym, w którym nauczyciele pełnią ciągły dyżur, w ramach którego prowadzą korepetycje, konsultacje, warsztaty, laboratoria i kółka naukowe. Kto uważałby, że potrzebuje pomocy przy jakimś problemie mógłby z niej zawsze skorzystać. Poza tym powinno to być miejsce, gdzie można w spokoju uczyć się na egzaminy oraz przygotowywać prezentacje, także zespołowe. Szkoła tym samym stałaby się miejscem, w którym odrabia się to, co nazywa się teraz „pracą domową”, połączeniem biblioteki, świetlicy i laboratoriów, z możliwością skorzystania z pomocy specjalistów w każdej chwili.
Nowoczesna technologia powinna wreszcie służyć nauce, a nie być jej wrogiem. Epoka cyfrowa umożliwia dużo lepsze możliwości zdobywania wiedzy przy pomocy komputerów, niż przy pomocy zeszytów, tablic i kredy. Komputery mogą też pomóc zrozumieć dużo lepiej różne abstrakcje (obok przedmiotów interaktywnych). Zanim jednak wyposaży się uczniów w komputery (a był taki pomysł) trzeba stworzyć programy do nauki na nie.
Każdy przedmiot mógłby mieć kolejne stopnie. Można by być na różnym poziomie z różnych przedmiotów, można by je zaczynać w różnym czasie (np. w wieku czterech lat, jak i sześciu). Oczywiście powinny tu istnieć także deadline’y i minimalne osiągnięcia, maksymalny czas na zdanie określonego poziomu do określonego wieku. Ważne jest jednak, żeby duża swoboda czasowa, pozwalała na faktyczne zdiagnozowanie talentów i problemów, żeby stworzyć bufor czasowy na pomoc, wsparcie i pokierowanie.
Nauczyciel też mógłby wykazać się w takich warunkach swoją weną: indywidualne problemy, projekty, koła naukowe, pomaganie konkretnym uczniom z problemami. Schematyczne byłoby tylko egzaminowanie.
Jednocześnie przy nauce z przygotowywanych w postaci elektronicznej przez MEN wykładów i programów ta sama wiedza obowiązywałaby faktycznie w całym kraju. Ewentualnie wykłady takie mogą być przygotowane w kilku wersjach różniących się formą, ale nie treścią.
Szkoła nie powinna przetrzymywać uczniów tylko ich przyciągać – atmosferą pracy, dostępnymi materiałami i pomocą nauczycieli. Wreszcie też powinna być oficjalnie tym czym faktycznie jest w rzeczywistości, czyli miejscem spotkań uczniów. Uczniowie sami sobie powinni organizować zajęcia, korzystać ze szkoły wedle swoich potrzeb i dzielić czas na poświęcony nauce, ćwiczeniom, przygotowywaniu prezentacji, projektów, i tym podobnym oraz na socjalizację.
W takich warunkach też urządzenia sportowe szkoły, stają się możliwością spędzania czasu, a nie przymusem. Nauczyciel wychowania fizycznego powinien być opiekunem, instruktorem, indywidualnym trenerem i organizatorem zajęć dla tych, którzy są chętni na nie przychodzić.
Jeśli problem stanowi to, że dzieci miałby w dowolnych porach chodzić do szkoły, lub też przesiadywać w domu bez opieki, to można odwrócić pytanie: czy szkoła jest przechowalnią bagażu? Jeśli tak, to może warto głośno to powiedzieć.
Oczywiście taki system stwarza też duże wymagania wobec uczniów, musieliby umieć stawiać sobie cele, musieliby nauczyć się systematyczności i odpowiedzialności. Ale czy tego uczy współczesna szkoła, czy raczej co najwyżej wymusza? Może właśnie pierwsze zajęcia, jakie uczniowie powinni mięć dotyczyłyby właśnie sensownej nauki, systematyczności, odpowiedzialności, stawiania sobie celów.


Być może w takich kierunkach potoczy się sposób nauczania. Jednak w Polsce możemy być niemal pewni, że stanie się to z należytym długim opóźnieniem. A tymczasem kolejne roczniki będą jeszcze długo co roku odnawiały ten system i uzupełniały swoją wiedzę o świecie o to, czego uczy ich szkolny przymus, nuda, absurdalność i sprzeczność, a najmniej o tę wiedzę, którą mają przekazywać przedmioty. Szkoła oczywiście nigdy nie będzie idealna, ale też istotne jest żeby sobie własną ułomność uświadamiała, a nawet wplotła ją w uzasadnienie przed uczniami swojego istnienia.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.